Archive for the 'Uncategorized' Category

Aug 31 2010

Nowy zbawca Polski – komisarz Oettinger

Published by engelgard under Uncategorized

Polscy rusofobi mają nowego bohatera – jest nim niemiecki komisarz ds. energetycznych Günther Oettinger. Polityk ten kwestionuje polsko-rosyjską umowę gazową, twierdząc, że… jest sprzeczna z prawem europejskim. Zdania ekspertów są podzielone, ale wiadomo, że nie o prawo tu idzie, lecz o interesy i pieniądze. Na forach internetowych pojawiły się mniej więcej takie komentarze – „No proszę, Unia broni naszego interesu przed zdrajcą Waldemarem Pawlakiem”. Tak, przyjemne zaskoczenie, prawda? Polski rusofob myślący na zasadzie odruchów Pawłowa, kupi wszystko, co połechta jego poczucie patriotyzmu, które rozszyfrował swego czasu Roman Dmowski: „Bardziej nienawidzili Rosję niż kochali Polskę”.
Niemcy budują razem z Rosją gazociąg Północny, włożyli w to przedsięwzięcie gigantyczne pieniądze. Gaz popłynie z ominięciem Polski. Jednak włożone środki muszą się w miarę szybko zwrócić. Trzeba więc stworzyć taką sytuację, żeby np. Polska kupowała gaz z Rosji, ale za pośrednictwem Niemiec, najlepiej jak najdrożej. Jak to osiągnąć? No bardzo prosto – uniemożliwić zakup rosyjskiego gazu do Polski bezpośrednio z Rosji (czyli przy pomocy gazociągu Jamał I). Wtedy Polska nie będzie miała wyjścia i kupi gaz z Niemiec.
Umowa polsko-rosyjska przygotowana przez premier Waldemara Pawlaka jest więc krokiem mającym na celu zneutralizowanie tego zagrożenia, jest próbą zminimalizowania negatywnych skutków budowy Gazociągu Północnego. Nawet jeśli niektóre zapisy tej umowy budzą zastrzeżenia. Okazuje się jednak, że polityka niemiecka może liczyć w Polsce (tak jak w końcu XVIII w.) na wiernych sojuszników – jedni robią to ze świadomością, inni z głupoty.

No responses yet

Aug 30 2010

O czym „zapomniał” Janusz Śniadek

Published by engelgard under Uncategorized

Zjazd „Solidarności” w rocznicę 30-lecia powstania tej organizacji – zakończył się skandalem. Nie o tym jednak. Moją uwagę zwróciło przemówienie przewodniczącego związku Janusza Śniadka, który sformułował ostre zarzuty pod adresem rządzących za politykę gospodarczą, która doprowadziła wielu ludzi na skraj nędzy. Upomniał się o stoczniowców, górników, motorniczych, wypomniał puste portfele „ludzi pracy”. W tym miejscu wymownie spojrzał na premiera Donalda Tuska, a on na niego. Nie było wątpliwości, że zarzuty mają konkretnego adresata – obecny rząd.

Wygląda na to, że Janusz Śniadek ma bardzo krótką i wybiórczą pamięć. Tak jakoś dziwnie się składa, że szef związku nie pamięta, co robiła przez ostatnie 20 lat „Solidarność”. „Zapomniał”, że najpierw rozpostarła „parasol ochronny” nad programem Balcerowicza, co było pierwszym gwoździem do trumny, nad którą teraz płacze. Potem były cztery lata bezpośrednich rządów „Solidarności” w Polsce (1997-2001) pod szyldem Akcji Wyborczej Solidarność (AWS). Klub tego ugrupowania miał ponad 200 mandatów a mimo to posłusznie realizował program Unii Wolności. W tym czasie nastąpiła – jak to się określa – ostateczna wyprzedaż majątku narodowego, w tym prawie wszystkich polskich banków. Politykę tę realizował solidarnościowy minister skarbu Emil Wąsacz. W tym też czasie dokonano oszustwa w postaci tzw. reformy służby zdrowia (utworzenie NFZ) oraz oszustwa tzw. reformy emerytalnej (OFE). AWS z wielką ochotą forsowała te „reformy”, a czuwał nad tym faktyczny premier – szef „S” Marian Krzaklewski. Po takim gospodarczo-reformatorskich tsunami po polskiej gospodarce zostały strzępy.

Tego pan Śniadek nie pamięta, woli walić w obecny rząd, który zamierza odzyskać część sprzedanych banków oraz pogroził OFE. Czyż to nie jest przykład obłudy i zakłamania? Jeśli „S” ma pretensje, to powinna kierować je do siebie, a nie szukać winnych na prawo i lewo. To „Solidarność” stworzyła ten system, na który teraz narzeka, to „Solidarność” jest winna nędzy polskich robotników, to wysocy działacze „S” żyrowali „programowi reform”, który doprowadził do upadku wielu branż, to wreszcie wysoko postawieni działacze „S” w okresie swoich rządów wprost mówili, że Stocznia Gdańska to wrzód na d… Przewodniczący Śniadek nie zrugał ich za to, nie skierował pod ich adresem żadnej pretensji, wołał patrzeć z wyrzutem w oczy Tuska.

No responses yet

Aug 27 2010

Wyblakły sztandar

Published by engelgard under Uncategorized

30. rocznica powstania „Solidarności” prawie nikogo w Polsce „nie kręci”. Sztandar wielkiego niegdyś ruchu jest dzisiaj wyblakły. Właściwie jedyne co w tej chwili jest żywe, to narzucona Polsce i Polakom jedynie słuszna wizja historii ze stemplem „Solidarności”. Wizja ta, zmitologizowana i w wielu miejscach zakłamana, została uznana jako obowiązująca ideologia państwa polskiego. Prawie nikt nie odważy się jej skrytykować, przez co nabrała cech ideologicznego gorsetu krepującego realistyczne myślenie i obiektywne badania historyczne. Kiedy widzi się opasłe tomiska z nadrukiem IPN o herosach „Solidarności”, o jakiś nieraz nic nie znaczących epizodach, ociekające łzami i gromami rzucanymi na „totalitarny reżim” – to niestety przypomina to nieboszczkę PZPR. Grupka nieprzejednanych kontra siły ciemności, no i także jest happy end – „rewolucja” zakończona upadkiem „reżimu”. Walcząc z PRL działacze Solidarności stali się jej odbiciem, czego oczywiście nie dostrzegali i nie dostrzegają.
30 lat temu duża część narodu zbuntowała się przeciwko władzy – motywacje tego buntu były różne, głównie natury socjalnej. Solidarność była dla nich wielką nadzieją, ale bardzo szybko nadzieje te rozwiały się. Jak pisał wnikliwy badacz dziejów związku – Lech Mażewski – od marca 1981 roku (kryzys bydgoski) masy solidarnościowe przestały bezkrytycznie popierać kierownictwo związku – zaczął się wielki odwrót zakończony zejściem ze sceny milionów członków „Solidarności” w grudniu 1981 r. Po kryzysie bydgoskim sprowokowanym przez Jana Rulewskiego jeden z działaczy orientacji narodowej popierający „Solidarność” powiedział: „Wielki ruch, mali ludzie”. Dzisiaj ruchu już nie ma, zostali tylko ludzie – skłóceni, zaciekli, sfrustrowani…
Być może to gorzka refleksja, ale konieczna, bo w mediach i oficjalnych wypowiedziach będziemy mieli festiwal wazeliny i samochwalstwa.

No responses yet

Aug 15 2010

„Bitwę Warszawską wygrałem ja”

Published by engelgard under Uncategorized

W związku z 90. rocznicą Bitwy Warszawskiej przez media przewaliła się fala publikacji dotyczących roli Józefa Piłsudskiego w bitwie. Historycy, jak jeden mąż, wyśmiewali i deprecjonowali tezę, że w decydującym momencie zmagań Wódz Naczelny zwyczajnie się załamał i przestał dowodzić bitwą, ba, w przeddzień bitwy (12 sierpnia) poszedł do premiera Wincentego Witosa i jak gdyby nigdy nic złożył dymisję z zajmowanych stanowisk! Na pytanie zaskoczonego premiera, co ma z tym zrobić, odpowiedział: „Co pan uzna za stosowe”. Witos zataił dymisję, bo uznał, że ogłoszenie jej publicznie byłoby straszliwym ciosem w morale armii. Piłsudski opuścił Warszawę, najpierw pojechał do kochanki – Aleksandry Szczerbińskiej pod Tarnów, a dopiero potem do Puław. Ponaglony przez szefa sztabu generalnego gen. Tadeusza Rozwadowskiego – przyspieszył planowany atak znad Wieprza o jeden dzień, dołączając już do pościgu za cofającymi się już od paru dni bolszewikami.

Historycy w Polsce po 1989 roku uznają niemal za dogmat wszystkie tezy piłsudczykowskiej propagandy. Czynią to w stylu, który musi budzić uczucie zażenowania. Czy dochodzenie prawdy, i to sprzed 90 lat – to jest jakiś zamach na świętość? Czy ujawnienie jak było, sprawi, że Polska się zwali? Wolne żarty. Czytam oto wywiad z dr. Grzegorzem Nowikiem („Gazeta Wyborcza”, 14-15.08.2010) pod wymownym tytułem „Jak Piłsudski pobił Lenina”. Na pytanie redakcji o kontrowersje związane z bitwą, Nowik odpowiada: „Spór powstał po publikacji „Pierwszej wytycznej operacji warszawskiej” wybitnego historyka płk. Mariana Kukiela. Uważał on, że autorem planu Bitwy Warszawskiej 1920 r., a szczególnie kontrofensywy znad Wieprza był nie Piłsudski, ale gen. Tadeusz Rozwadowski. Tezy Kukiela w świetle badań prof. Wiesława Majewskiego oraz dr. Marka Tarczyńskiego, a także moich, są nie do utrzymania. Zresztą i Kukiel wycofał się z nich w 1928 r.”.

Humorystycznie brzmi zdanie „Kukiel wycofał się z nich w 1928 r.”. Było to dwa lata po zamachu majowym. W więzieniu przez rok gnił twórca zwycięstwa warszawskiego – gen. Tadeusz Rozwadowski. To była zemsta za ujawnienie tuż przed majem 1926 kulisów bitwy warszawskiej, po tym, jak Piłsudski w książce „Rok 1920” zdeprecjonował wszystkich generałów i tylko siebie uznał za zwycięzcę. Po wyjściu z więzienia Rozwadowski długo nie pożył. W takiej atmosferze, kiedy kult Piłsudskiego był obowiązującą ideologią – weryfikowanie swoich poprzednich poglądów było znaczące. Nowik przekonuje, że dzisiaj Kukiel przychyliłby się do jego tez, a argument za tym jest wręcz rozbrajający:  „Kukiel nie wykorzystał najcenniejszego źródła – relacji Wodza Naczelnego”. Oczywiście, to jest rozstrzygające, relacja Naczelnego Wodza. Co innego inne relacje, te nie mają znaczenia – a chodzi tu o takie osoby jak: gen. T. Rozwadowski, W. Witos. Maciej Rataj (marszałek Sejmu), gen. Maxime Weygand oraz wiele innych. Wszystkie one jednoznacznie stwierdzają, że przez prawie dwa miesiące Piłsudski był w stanie kompletnego załamania psychicznego. Wystarczy zresztą przejrzeć ogromne zbiory dokumentów z tego okresu (od czerwca 1920) – nie znajdziemy żadnego z podpisem Naczelnego Wodza! Pierwszy pochodzi dopiero z 15 sierpnia – jest nim rozkaz o ataku Grupy Uderzeniowej znad Wieprza. No i oczywiście jest nim także akt dymisji z 12 sierpnia, ale ten dokument był tajemnicą aż do 1962 roku! Obecnie ten dokument jest przez historyków ignorowany – mówią, że to był tylko pozór, bo Piłsudski nie chciał utrudniać rokowań z bolszewikami. Tyle tylko, że wcale tego Witosowi nie powiedział. Ale analiza faktów wskazuje, że po 12 sierpnia (a i wcześniej) faktycznym prowadzącym bitwę był gen. Rozwadowski. W zachowanych dokumentach mamy setki stron jego rozmów juzowych z dowódcami frontów, mamy dziesiątki narad i wizyt na pierwszej linii frontu. Gdzie był wtedy Wódz Naczelny? Nie zachowała się ani jedna fotografia przedstawiająca Piłsudskiego wśród żołnierzy, a przecież tak bardzo lubił fotografować się z wojskiem. Tych fotografii nie było, bo nie było go na froncie. Ale to nie wszystko – bitwę stoczono nie wedle rozkazu z 6sierpnia (w jego wypracowaniu rzeczywiście brał udział Piłsudski), ale z 9 sierpnia, po tym, jak Rozwadowski dostrzegł nieaktualność tego pierwszego. Był to pisany ręcznie przez Rozwadowskiego rozkaz o fikcyjnym numerze 10.000. Został on upubliczniony w 1929 roku w książce „Generał Rozwadowski”. Charakterystyczne jest to, że podpis Piłsudskiego widnieje pod zdaniem „Zostają niniejszym informowani”. Jest tam kilkanaście nazwisk generałów. Wódz Naczelny „zostaje informowany”? Jak to rozumieć? Bardzo prosto – Piłsudski niejako poddawał się decyzji Rozwadowskiego co do prowadzenia bitwy, choć nie podobała mu się koncepcja uderzenia także na północy (5. Armia gen. W. Sikorskiego) – umył ręce, jakby mówiąc: „To niech Pan Generał walczy wedle swojej koncepcji, ale ja nie będę tego firmował”. I bitwę wedle koncepcji Rozwadowskiego przeprowadzono – 5. Armia uderzyła na kilka dni przed atakiem Grupy Uderzeniowej znad Wieprza, a Józefowi Hallerowi udało się przełamać bolszewików pod Radzyminem. Potem Piłsudski uważał, że działania Hallera i Sikorskiego były niepotrzebne, ale do kogo miał pretensje? Jeśli Naczelny Wódz tak mówi, to znaczy, że przyznaje, że nie miał wpływu na przebieg operacji, a więc faktycznie nie pełnił funkcji Naczelnego Wodza.

Nie wiem co ma na myśli dr Nowik mówiąc:  „Ani Kukiel, ani historycy z komisji nie wiedzieli też, że część dokumentów sztabowych gen. Rozwadowski dekretował już po bitwie. Przed laty ujawnił to prof. Piotr Stawecki. Marian Kukiel zawierzył także zawodnej – zdaniem dr. Tarczyńskiego – pamięci szefa Sztabu Generalnego”. To już pachnie dosyć ordynarną próbą zdyskredytowania Rozwadowskiego wedle wskazań piłsudczykowskiej machiny propagandowej z lat 20. oskarżającej znanych generałów o „fałszowanie dokumentów”. Jak się też okazuje, pamięć szefa sztabu była zawodna, ale pamięć Naczelnego Wodza nie podlega dyskusji. A może i podpis Piłsudskiego na rozkazie nr 10.000 z 9 sierpnia też jest sygnowany później, a może i podrobiony?

Piłsudski był dzieckiem szczęścia, uratował się dzięki temu, że ludzie, z którymi współpracował w poczuciu odpowiedzialności za państwo nie wykorzystali okazji, by go zdyskredytować. Witos nie ogłosił jego dymisji, a Rozwadowski tłumił krytykę Naczelnego Wodza w sferach wojskowych, milcząc latami na temat prawdziwego przebiegu bitwy. W maju 1926 roku, po zajęciu siedziby premiera, piłsudczycy pierwsze co zrobili, to włamali się do szafy pancernej Witosa w poszukiwaniu aktu dymisji Piłsudskiego z dnia 12 sierpnia 1920. A Rozwadowskiego zwyczajnie, bez sądu, zamknięto w więzieniu. Miał tam gnić, bo – jak rzucił mu podczas ostatniej rozmowy Piłsudski: „Bitwę Warszawską wygrałem ja”. I nikt inny. I tak jest po dziś dzień.

 

PS. Jedyną książką naukową, która przedstawia wydarzenia z innej perspektywy, jest biografia autorstwa dr. Mariusza Patelskiego pt. „Generał broni Tadeusz Rozwadowski – żołnierz i dyplomata” (wyd. RYTM, Warszawa 2002). Znamienne jest jednak to, że Wydawca uzupełnił to wydanie swoim posłowiem, dystansując się od ustaleń autora. Napisał m.in.: „Jedno jest jednak pewne i nie budzi wątpliwości: Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski  był Naczelnikiem Państwa, Przewodniczącym Rady Obrony Państwa, Naczelnym Wodzem i z racji swego stanowiska podejmował kluczowe decyzje oraz brał na siebie pełną odpowiedzialność wobec Boga i Historii”. Tak wygląda polska poprawność polityczna w wieku XXI.

 

 

No responses yet

Aug 14 2010

„Komsomolskaja Prawda” nie ma racji

Published by engelgard under Uncategorized

Agencje doniosły: „Polacy hucznie świętują zwycięstwo nad Armią Czerwoną – pisze „Komsomolskaja Prawda”, podkreślając, że w obchodach 90. rocznicy Bitwy Warszawskiej bierze udział cała elita polityczna Polski z nowo wybranym prezydentem Bronisławem Komorowskim. Gazeta publikuje opinię swojego sztandarowego komentatora Andrieja Baranowa, który uważa, że „uczucia Polaków można zrozumieć, gdyż 90 lat temu zdołali uniknąć porażki w wojnie”. „Jednak my też mamy swoją prawdę historyczną. Wszak rozpętała tę wojnę Polska, dochodząc do Kijowa. Gnać agresora musieliśmy aż od Dniepru” – pisze komentator „Komsomolskiej Prawdy”.
„A może trzeba było zatrzymać się na <linii Curzona> i pogrozić uciekającemu przeciwnikowi pięścią? Proszę wybaczyć, ale tak się nie walczy. Owszem, skutek był taki, że Armia Czerwona potem doznała porażki, a w polskich obozach zginęły dziesiątki tysięcy czerwonoarmistów” – kontynuuje Baranow.
Komentator dodaje, że „Warszawa do dzisiaj kategorycznie nie poczuwa się do odpowiedzialności” za śmierć tych jeńców. Baranow pisze też, że „abstrahując od historycznych realiów, były nadzieje na to, iż nowe władze Polski tym razem powstrzymają zapał w świętowaniu zwycięstwa nad +wrogiem ze Wschodu+”. „Chociażby mając na uwadze szlachetną postawę Moskwy w związku ze śmiercią prezydenta (Lecha) Kaczyńskiego. Nic z tego!” – konstatuje. Komentator „Komsomolskiej Prawdy” podkreśla, że „symbole w polityce zagranicznej są bardzo ważne”. „Z Warszawy dano nam do zrozumienia, że rok 1920 jest tam teraz czczony bardziej niż 1945” – konkluduje Baranow”.
Tyle relacja. Jak wynika z tekstu, Baranow identyfikuje ówczesną armię bolszewicką (mylnie nazywaną w tekście Armią Czerwoną, którą oficjalnie utworzono dopiero w 1923 r.) z Rosją. Traktuje więc wojnę 1920 r. jako wojnę polsko-rosyjską, tak zresztą, jak większość naszych historyków i komentatorów. Ale przecież ta wojna nie była wojną Polski z  Rosją. Mianem Rosji możemy określić istniejące jeszcze wówczas wojska „białych” pod dowództwem barona Piotra Wrangla. On w tym samym czasie też walczył z bolszewikami, obiektywnie więc był naszym sprzymierzeńcem (wypatrywał polskiego zwycięstwa jak zbawienia). Po polskiej stronie, jak się oblicza, walczyło ok. 1000 białych Rosjan – w tym ci, którzy przeszli na polską stronę jeszcze pod Kijowem (byli to wcieleni do armii bolszewickiej żołnierze armii Antona Denikina). Ci Rosjanie byli więc także naszymi sprzymierzeńcami. Wojna 1920 była wojną Polski z bolszewikami, którzy nie mieli uczuć narodowych, wręcz nimi pogardzali (jak Lenin i Trocki). To prawda, że pragmatyzm podyktował im, by skorzystać z usług dawnych oficerów carskich, w tym gen. Aleksieja Brusiłowa, którzy uznali, że zajęcie przez Polaków Kijowa to rękawica rzucona w twarz Rosji – ale nie zmienia to faktu, że wojna nie miała charakteru wojny między narodem polskim i rosyjskim.
Mało kto wie, że po wojnie w samej Warszawie mieszkało ok. 20.000 białych Rosjan, wychodziła gazeta codzienna „Warszawskaja Riecz”, że w Polsce osiadła rodzina znanego kontrrewolucyjnego generała Ławra Korniłowa, która się całkowicie spolonizowała, a jej członkowie dzielnie walczyli w powstaniu warszawskim (wnuk generała żyje w Warszawie).  Na Kresach osiedlili się rosyjscy ziemianie, mający tam spore majątki – to oni pierwsi padli ofiarą prześladowań tuż po 17 września 1939 r. Sprawa nie jest więc taka prosta. Jeśli już, to komentator „Komsomolskiej Prawdy” mógłby podnieść fakt nie udzielenia pomocy przez Piłsudskiego białym Rosjanom w lecie 1919 roku, kiedy była realna szansa na zgniecenie bolszewików. Denikin był pół-Polakiem (matka Wrzesińska, urodzony we Włocławku, wychowany w kulturze polskiej) – jednak jego listy do Naczelnika Państwa pozostawały bez odpowiedzi. Piłsudski wybrał tajne porozumienie z bolszewikami w tajemnicy przed polską opinią publiczną. To był wyrok na Denikina i wyrok na starą Rosję. Tego jednak zbyt często się nie podnosi, w Rosji także.  Mimo że oficjalnie kreuje się kult białych generałów – a z polecenia Putina sprowadzono kilka lat temu prochy Denikina i uroczyście pochowano je w Moskwie.
Owszem pozostaje kwestia jeńców bolszewickich, wśród których byli także biali wcieleni na siłę lub tacy, którzy zgłosili się dobrowolnie. Ich los był tragiczny – co prawda nikt ich nie rozstrzelał, ale dopuszczono do tego, że na choroby zmarło ich 18.000. Warto by i ten problem w polsko-rosyjskich stosunkach zakończyć pozytywnie.

No responses yet

Aug 10 2010

Szkoda prof. Andrzeja Nowaka

Published by engelgard under Uncategorized

Prof. Andrzej Nowak z UJ w Krakowie to w tej chwili bodaj najwybitniejszy historyk zajmujący się Rosją. Jego prace czytam zawsze z największą uwagą. Problem w tym, że profesor ma także ambicje polityczne, ambicje wytyczania polskiej polityki wschodniej, co robił dosyć skutecznie w ostatnich latach. Niestety, w tej roli wypada znacznie gorzej, by nie powiedzieć, że całkiem źle. Nowak jest wielkim zwolennikiem polityki mesjanistycznej, polegającej na czynnym zaangażowaniu Polski w ograniczanie wpływów Rosji w tzw. strefie limitrofu (przestrzeń rozdzielająca od siebie imperia lub cywilizacje). Zgodnie z tą koncepcją Polska ma mobilizować, a nawet organizować politycznie przeciwko „rosyjskiemu imperializmowi” kraje postsowieckie – Ukrainę, Gruzję, Azerbejdżan, Litwę, Białoruś (po jej „zdemokratyzowaniu”), a także Kazachstan. W praktyce politykę taką starał się realizować Lech Kaczyński.

Prof. Nowak stworzył dla takiej polityki swego rodzaju nadbudowę ideologiczną, wykorzystując swoją wiedzę na temat historii Rosji. Tyle tylko, że historia wcale nie jest w tym przypadku rozstrzygającym argumentem, jest raczej bardzo wygodna, bo można w niej znaleźć rzeczy straszne. Jednak w realiach początku XXI wieku historia, interpretowana w dodatku „pod tezę” – może uzasadniać fałszywą koncepcję polityczną. Tak jest w tym przypadku.
Prof. Nowak, mimo ewidentnego krachu takiej polityki, protestuje przeciwko jej korekcie i ogłasza ten fakt jako niemal zdradę polskiej racji stanu. W artykule „Rosnący apetyt Rosji” („Rzeczpospolita”, 8.08.2010) pisze m.in.: „Zmiana w prowadzeniu polskiej polityki wschodniej polegała głównie na przekreśleniu przez rząd Donalda Tuska jej dotychczasowych założeń strategicznych sformułowanych przez Jerzego Giedroycia i paryską ,,Kulturę”. Dowodem na rezygnację z tej linii są otwarte deklaracje ministra Radosława Sikorskiego oraz działania polskiego MSZ w latach 2008 – 2010. Polska od rozpadu ZSRR w 1991 roku konsekwentnie przyjęła w polityce wschodniej zasadę dążenia do budowania strategicznego partnerstwa z Ukrainą, wspierania niepodległości wszystkich krajów powstałych po rozpadzie ZSRR oraz zabezpieczenia ich przed ewentualną kontrolą ze strony Moskwy.
W czasach prezydentów Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego działania te przybrały charakter aktywnej i skutecznej polityki. Przypomnę choćby nasze zaangażowanie w pomarańczową rewolucję na Ukrainie, a następnie dalsze wspieranie przemian w tym kraju”. I dalej: „Aktualny i stale podgrzewany w Polsce spór polityczny, spór związany z oceną przyczyn katastrofy smoleńskiej, doskonale służy dodatkowemu, całkowitemu już sparaliżowaniu polskiej polityki wschodniej, niezależnie od podjętej wcześniej przez rząd premiera Tuska decyzji, by tak aktywnej jak w latach 2002 – 2007 polityki nie prowadzić. Taka postawa polskich władz umożliwia Rosji realizację dalszych celów w odzyskiwaniu swojej kontroli na przestrzeni dawnego Związku Sowieckiego”.

Pomijam tutaj spór o interpretację mitycznych „założeń strategicznych Jerzego Giedroycia”, bo coś takiego po prostu nie istnieje. Rację ma Bartłomiej Sienkiewicz twierdząc, że koncepcje Giedroycia były formułowane w zupełnie innej epoce i nie mają żadnego odniesienia do współczesności. To co głosi prof. Andrzej Nowak to anachroniczna, jak się okazało, koncepcja prometejska w wydaniu publicysty Włodzimierza Bączkowskiego (idol pos. Pawła Kowala) rodem z lat 30. XX wieku. W zderzeniu z realiami początku XXI wieku okazała się ona tragicznym nieporozumieniem. Po prostu, Polska jest za słaba, by taką politykę realizować, zwłaszcza po tym, jak USA zrezygnowały z wykorzystywania nas do własnych celów na Wschodzie. Rząd Tuska  zwyczajnie wyciągnął wnioski wynikające z nowej sytuacji i próbuje przystosować do niej Polskę. Nie ma w tym nic dziwnego ani strasznego. Jeśli na pozostawienie w spokoju „limitrofu” godzą się już nie tylko kraje zachodniej Europy z Niemcami i Francją na czele, ale także USA – to tym bardziej my nie mamy tam czego szukać (w sensie aktywnej polityki antyrosyjskiej rzecz jasna, a nie obecności gospodarczej czy kulturalnej). W tym miejscu aż prosi się o przytoczenie słynnej anegdoty związanej z Napoleonem. Po wjechaniu do jednego z miast francuskich, zapytał mera, dlaczego nie było tradycyjnej salwy na powitanie. Mer odpowiedział: „Są trzy powody, sire, po pierwsze nie mamy armat…”. W tym miejscy Napoleon przerwał mu: „Dziękuję, to mi wystarczy”. I nam powinno wystarczyć.

Na koniec krótko o „rosyjskim imperializmie”. Nowak używa tego terminu w tradycyjnym rozumieniu, przynajmniej tak to wynika z tekstu. Co to jednak oznacza? Przecież nie  podboje w stylu państwa carów w XIX wieku, czy w wydaniu stalinowskim. Tutaj chodzi o wzmocnienie wpływów Rosji w strefie „limitrofu”, a nie o podbój. To zaś trudno uznać za przejaw „imperializmu”. Jestem właśnie po lekturze znakomitego opracowania naukowego, autorstwa Jakuba Potulskiego z Uniwersytetu Gdańskiego pt. „Współczesne kierunki rosyjskiej myśli geopolitycznej” (Gdańsk 2010, ss. 361). Autor dokonał wnikliwej analizy wszystkich koncepcji geopolitycznych w Rosji, stwierdzając, że w Polsce zbyt dużą wagę przyjmuje się do romantycznych, silnie zideologizowanych teorii w wydaniu np. Aleksandra Dugina, którego w rosyjskim establishmencie traktuje się jako ciekawego, ale jednak fantastę. W czasach Putina do głosu doszli teoretycy formułujący wnioski bardzo pragmatyczne i realistyczne (np. Wadim Cymburski). Odrzucono romantyczne mrzonki imperialne, uznając je za niebezpieczne dla samej Rosji (taką opinię forsował jeszcze za życia Aleksander Sołżenicyn).

Potulski pisze: „Za rządów Władimira Putina nastąpiła rewizja polityki zagranicznej państwa, stała się ona bardziej pragmatyczna i nakierowana na rozwiązywanie wewnętrznych. Zrezygnowano z retoryki neoimperialnej i promowania nierealnych celów polityki zagranicznej na rzecz odbudowy silnego państwa, przede wszystkim poprzez rekonstrukcję i rozwój potencjału gospodarczego państwa jako najskuteczniejszego środka dla przywrócenia Federacji Rosyjskiej statusu światowego supermocarstwa. Wśród elit skupionych wokół urzędu prezydenckiego uznano, iż w polityce zagranicznej Federacji Rosyjskiej na obecnym etapie rozwoju kraju najważniejszą wartością i podstawowym interesem narodowym dla Rosji jest zapewnienie wzrostu poziomu życia obywateli i zabezpieczenie godziwego życia jednostki na podstawie ochrony praw i swobód obywatelskich oraz rozwoju ekonomii państwa. Tak więc celem jest nie ekspansja zewnętrzna, jak to miało miejsce w przeszłości, ale koncentracja do wewnątrz i odbudowa poziomu życia obywateli oraz poprawa jakości życia. Jest to priorytet całej polityki rosyjskiej, a polityka zagraniczna ma stworzyć sprzyjające warunki zewnętrzne, ma chronić zasoby i interesy Rosji bez wdawania się w konfrontację” .
Wpływy w strefie „limitrofu” mają temu właśnie służyć, a nie jakiemuś celowi imperialnemu w starym stylu. U nas tymczasem w ogóle nie analizuje się rosyjskiej rzeczywistości, nie śledzi dyskusji jaka się tam toczy, zastępujemy to czerpanymi z historii fobiami i strachami. Bo tak jest wygodniej i tak łatwiej indoktrynować maluczkich, którzy w to uwierzą. No i efekty mamy jak na dłoni – spora część Polaków zamiast nowej Rosji widzi nadal zbrodniczą Bolszewię z czerezwyczajką w roli głównej. Na tym jednak nie można budować żadnej przyszłości, to spycha nas w otchłań koszmarnego anachronizmu, gdzie kluczowym argumentem jest zdanie: „My Rosję dobrze znamy”. Obawiam się, że nie znamy jej w ogóle.

No responses yet

Aug 05 2010

Hyde Park „Gazety Polskiej” pod krzyżem

Published by engelgard under Uncategorized

Wiele mówiło się ostatnio o walce o krzyż przed Pałacem Prezydenckim, wiele o motywach ludzi, którzy tam przychodzą i przesiadują całe noce. Prawie nikt natomiast nie wspomniał, że na chodniku przed krzyżem ulokowała się jaczejka „Gazety Polskiej” – znanej choćby z haniebnych ataków na abp. Stanisława Wielgusa, wykończonego m.in. za sprawą tzw. przecieków z IPN dla tejże gazety. Epilogiem tej hupcy było oklaskiwanie przez b. prezydenta Lecha Kaczyńskiego dymisji arcybiskupa w katedrze warszawskiej.

Tym razem pismo to ma na koncie kolejną akcję przeciwko Kościołowi, tym razem biorąc udział w instrumentalnym wykorzystywaniu symbolu wiary chrześcijańskiej do walki politycznej. Na chodniku przed krzyżem zwolennicy (a raczej wyznawcy) tej gazety rozkładali artykuły zionące jadem lub pisali teksty inspirowane tymi artykułami. Takie wytresowanie czytelników to zaiste „wielki sukces” dziennikarski, niektórych z nich doprowadziło to nawet na skraj obłędu. „Sukces” polega też na tym, że wtedy, w katedrze, tłum krzyczał w obronie abpa Wielgusa, teraz zaś ten sam tłum chodzi na smyczy „Gazety Polskiej” mniemając, że broni krzyża i wiary. Abp Kazimierz Nycz był o krok od wygwizdania i obrzucenia wyzwiskami, gdyby się tylko pojawił na Krakowskim Przedmieściu.  To się nazywa majstersztyk rodem z XIX-wiecznej szkoły mierosławszczyzny, która zaprzęgła polski lud do walki z hierarchią Kościoła.

No responses yet

Aug 03 2010

Książę Józef – niemy świadek polskiego szaleństwa

Published by engelgard under Uncategorized

Stoi milcząco na cokole, miecz wysunięty do przodu, sylwetka wzorowana na cesarza rzymskiego Marka Aureliusza. Dzieje pomnika księcia Józefa Poniatowskiego są nie mniej dramatyczne jak jego samego. Aresztowany, ukrywany, wysadzany – stanął ostatecznie przed Pałacem Prezydenckim. Po 10 kwietnia u jego stóp rozgrywają się sceny tragiczne, wzniosłe, groteskowe, oburzające i ośmieszające. Wokół drewnianego krzyża wrze polskie piekiełko, pojawiają się ludzie różnego autoramentu – chorzy psychicznie, dziwacy, nawiedzeńcy, prowokatorzy, sensaci, autentycznie wzruszeni, cynicy, patrioci i nihiliści, zadymiarze, posłowie, dziennikarze i zagraniczni turyści.

Książę patrzy na nich codziennie, z góry, z pewnym zdziwieniem i zainteresowaniem, a może ze zniechęceniem i irytacją. Pewnie zastanawia się o co w tym wszystkim chodzi. Może nawet trochę się niepokoi, że ktoś chce postawić obok innym pomnik, ktoś chce usunąć go w cień. Już tyle razy przenoszono go w różne miejsca – był w dobrach Iwana Paskiewicza w Homlu, był w Modlinie, potem stanął przed Pałacem Bruhla, ale z rozkazu von dem Bacha wysadzono go w powietrze w 1944 roku, po wojnie też się tułał, by wreszcie stanąć tu, przy Krakowskim Przedmieściu. 50 lat nic się nie działo, nawet komuniści dali mu spokój – aż tu nagle takie zamieszanie. Ma być w cieniu polityka, który zginął w katastrofie lotniczej i teraz szerzy się jego pseudoreligijny kult. Pewnie rozmyśla o swojej śmierci i o swoim i Polski losie. On, do końca wierny przysiędze, walczył z bronią w reku i zginął jak żołnierz, stał się symbolem polskiego bohaterstwa i polskiej tragedii. Uwielbiany przez rodaków, był natchnieniem przez całe dziesięciolecia. A teraz? Nikt o nim nie pamięta, nikt go nie wspomina, tak jakby wokół tego krzyża, gdzie kłębią się tłumy – wcale go nie było. A przecież to on jest uosobieniem polskiego ducha i patriotyzmu. Widział wiele w swoim życiu – upadek Polski, nadzieje związane z Francją, był ze swoim wojskiem pod Raszynem, potem pod Borodino, by zakończyć życie pod Lipskiem. Wie co to jest Polska i patriotyzm i wie też, że to co się dzieje u jego stóp ma z tym niewiele wspólnego.      

No responses yet

Jul 24 2010

Bielecki i Tusk wykończą PiS gospodarką?

Published by engelgard under Uncategorized

Szef Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku – Jan Krzysztof Bielecki – uchodzi za skrajnego liberała, wciąż kojarzonego z aferami lat 90., czy wyprzedażą majątku narodowego. Dlatego wszyscy czytający jego ostatnie wywiady i wypowiedzi przecierają oczy ze zdumienia – J. K. Bielecki zmienia bowiem optykę patrzenia na polską gospodarkę o 180 stopni i bulwersuje ortodoksów – Leszka Balcerowicza i Jana Winieckiego.
W głośnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Bielecki sprzeciwił się pomysłom sprzedaży czołowych polskich przedsiębiorstw (PKN Orlen, PZU, PKO BP), mówiąc: „Są to spółki o kluczowym znaczeniu, gdzie najważniejszą rzeczą jest profesjonalne zarządzanie i nadzór. Jeśli można te elementy zagwarantować, to nie ma powodu, by państwo pozbywało się swoich udziałów tylko dlatego, że przyjęliśmy zasadę, by sprzedawać wszystko, co się da. Ważne, by – tak jak w Norwegii – w odpowiednim departamencie w ministerstwie skarbu pracowali ludzie z doświadczeniem z rynku i z banków inwestycyjnych, którzy kompetentnie zajmują się nadzorem właścicielskim”. Któż by pomyślał?!
Ale to nie wszystko, Bielecki uważa, że w Polsce sprzedano zagranicznym podmiotom za dużo udziałów w bankach (przypomnijmy, dokonał tego rząd AWS-UW z Jerzym Buzkiem na czele). Bielecki tak to ocenia: „Pierwsze zasady prywatyzacji banków przyjął w 1991 r. mój rząd. Jedną z wytycznych była etapowa prywatyzacja do 30 proc. sektora. A potem nastąpiła większa prywatyzacja wymuszona przez deficyt budżetowy. Ale kontynuowanie tego procesu nie jest rozsądne. Rządy (…) stanęły przed alternatywą: czy pompować w banki pieniądze podatników, czy może nakazać tym bankom drenowanie gotówki z oddziałów winnych krajach? Zaczęły naciskać na Komisję Europejską, aby im to ułatwiła”. A więc zagraniczne centrale bakowe drenują nasz rynek, a my nie mamy z tego żadnych korzyści. Tak mówili przeciwnicy totalnej wyprzedaży banków polskich, ale nikt ich nie słuchał. Dzisiaj te argumenty powtarza Jan Krzysztof Bielecki.
Okazuje się, że to nie tylko słowa. Irlandzka grupa kapitałowa AIB ma kłopoty i chce sprzedać swoje udziały w trzecim co wielkości polskim banku BZ WBK. I oto polski rząd przystępuje do misternej gry o odzyskanie kontroli nad tym bankiem, polegającej na przejęciu go przez PKO BP. Po takiej fuzji powstałby bankowy polski gigant (8 mln kont osobistych). Od razu do boju ruszyli doktrynerzy. Leszek Balcerowicz uznał, że proponowane przez Bieleckiego rozwiązanie, to „byłby przykład nacjonalizacji”. Działania w tym kierunki określił mianem „ślepoty” i „arogancji”. Z kolei Jan Winiecki uznał wypowiedzi Bieleckiego za „głęboko niepokojące” i „produkt myślenia idącego pod prąd teorii ekonomii”.
No i mamy wojnę w obozie liberalnym, przy czym Balcerowicz i Winiecki tkwią na pozycjach dogmatyczno-teoretycznych a Bielecki kieruje się także pragmatyzmem i obserwacjami, jakie poczynił pracując na Zachodzie. Wie dobrze, że nawet z pozoru bardzo liberalne państwa dbają przede wszystkim o własny interes, i my musimy robić to samo. Widać z tego, jak wielką ewolucję przeszli ludzie dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD), nie tylko w tej kwestii.
Sprawia to, że PiS będzie miał (i chyba już ma) coraz większe problemy z konfrontacją z PO na tym polu. Być może to jest jedna z przyczyn ucieczki w konfrontację mistyczno-smoleńską, bo tu PiS jest znacznie lepszy. Pozostaje tylko pytanie – co z tego będzie miała Polska? Tusk przyjął taktykę aktywnego przeczekania ataku PiS – będzie otwierał nowe stadiony i odcinki autostrad, być może odzyska BZ WBK, a konkurencja będzie snuć rozważania o „zbrodni”, „ruskiej trumnie” i „carze Wszechrusi”. Ten plan wciągania PiS-u na mieliznę jest aż nadto widoczny – dziwne tylko, że nie dostrzega tego jego kierownictwo.

No responses yet

Jul 23 2010

Międzynarodowa farsa w sprawie Kosowa

Published by engelgard under Uncategorized

Orzeczenie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (MTS) w Hadze (agenda ONZ) uznające deklarację niepodległości Kosowa za zgodną z prawem międzynarodowym nie było żadną niespodzianką. Spośród 15 sędziów kilku było przeciwko (zapewne przedstawiciel Rosji i Chin), ale reszta za. Tak oto przybito pieczęć sankcjonującą odebranie suwerennemu państwu (Serbii) prowincji będącej jego historyczną kolebką. Ta decyzja to także usankcjonowanie bezprawia i brutalnej wojny wypowiedzianej w 1999 roku przez cały Zachód (NATO) małemu bałkańskiemu państwu broniącemu swojej integralności terytorialnej. Tak samo bezprawne było działanie Międzynarodowego Trybunału ds. zbrodni w b. Jugosławii, który miał za zadanie wykazać, że zbrodniarzami byli Serbowie i Slobodan Miloszević. Chodziło przecież o to, by usprawiedliwić agresję NATO na Jugosławię. Gdyby bowiem stało się inaczej, to pociągnięci do odpowiedzialności powinni zostać Bill Clinton i Madeleine Albright oraz wojskowi NATO – główni architekci tej wojny. Kosowo musiało zostać niepodległe, bo Amerykanie zainstalowali tam potężną bazę wojskową Bonsteel Camp, a Niemcy uwieńczyli tym swoje starania o rozbicie Jugosławii i wzmocnienie swoich sojuszników – Słowenii i Chorwacji.

Decyzja MTS jest wszakże sprzeczna z rezolucją nr 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ z 1999 roku, która jasno potwierdza integralność terytorialną Jugosławii (obecnie Serbii), a Kosowo sytuuje jako prowincję pod kuratelą międzynarodową. To miało „osłodzić” Belgradowi złożenie broni. Z czasem jednak fakty dokonane (wygnanie prawie wszystkich Serbów) oraz jednostronne ogłoszenie przez Kosowo niepodległości (2008) – uczyniły z rezolucji nr 1244 świstek papieru. Formalnie jednak, zgodnie z literą tego zapisu, Kosowo było nadal częścią Serbii. Belgrad odwołał się do MTS, licząc chyba na sprawiedliwy werdykt (wszak MTS to agenda ONZ!) i się przeliczył. Wyrok nie jest oczywiście sprawiedliwy i jeszcze raz potwierdziła się zasada, że kto daje pieniądze, ten wymaga. Tak samo było z Międzynarodowym Trybunałem ds. Zbrodni w b. Jugosławii – instytucja ta była finansowana przez USA i wykonywała grzecznie zlecone jej zadania.

Serbia nie ma już się gdzie odwoływać. Może liczyć tylko na jakiś zwrot w historii (nie wiadomo kiedy) i hamowanie procesu uznawania Kosowa przez inne państwa. Póki co uznaje je 69 państw, w tym – niestety – Polska. Tu dodać jednak trzeba, że w przeciwieństwie do innych krajów (np. Czech) nie mamy w Prisztinie przedstawicielstwa dyplomatycznego. Stało się tak pewnie dlatego, że w polskim MSZ nie było entuzjazmu w tej sprawie, a zmarły prezydent Lech Kaczyński bał się precedensu grożącego integralności Gruzji zagrożonej separatyzmem abchaskim. I nie mylił się, Rosja skrzętnie z tego skorzystała upokarzając sojusznika USA. Dla pełności obrazu i stanu zakłamania, jaki ma tu miejsce warto przytoczyć wypowiedź sekretarza generalnego ONZ Ban Ki-Moon z 1 kwietnia 2008: „Misja ONZ w Kosowie dalej działa na podstawie Rezolucji nr 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która pozostaje w mocy dopóki Rada nie zadecyduje inaczej”. Rada Bezpieczeństwa zdania nie zmieniła, a MTS orzekł, że Kosowo może być w pełni niepodległe. To się dopiero nazywa przewrotność.

 

No responses yet

Next »