Mar
31
2008
Bronisław Łagowski, jeden z niewielu dzisiaj wybitnych konserwatystów jest pewien, że przejęcie rządów z rąk PiS w ręce PO niewiele zmieniło, poza estetyką. Nie zmieniło, bo obie partie w jednym domku stoją, ulepione są z tej samej gliny, a czołówka obu ugrupowań to solidarnościowi zadymiarze, “niepokorni”, byli anarchiści i pacyfiści, wierzący w lewicowe bzdury w rodzaju “prawa człowieka”, “wolność”, “demokracja” itp.
Łagowski pisze (tygodnik “Europa” z 29.03.2008): “Rządy PiS w walce z przeciwnikami posługiwały się metodami sprzecznymi z prawem. Na razie Platformie tego zarzucić nie można. Ale instytucje policyjne jak CBA czy też parapolicyjne jak IPN, funkcjonujące poza porządkiem konstytucyjnym, PO utrzymała, a zatem bezprawnych działań w polityce się nie wyrzeka”. Ta sama “filozofia” myślenia o państwie, polityce zagranicznej, wartościach, historii, gospodarce - bije w oczy. PO udaje tylko bardziej wychowaną i tyle. Ale najgorsze jest coś innego: “Obie te partie odcięte są od tradycji politycznego realizmu, zarówno pozytywistycznego, jak i konserwatywnego. W efekcie z trudem przychodzi im rozumieć przyczynowo-skutkowe powiązania faktów zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Ich tło ideowe to woluntaryzm, strywializowany romantyzm, uświęcenie działań pozaprawnych, nieliczenie się z kosztami materialnymi, jednym słowem tkwienie po uszy w najgorszej z polskich tradycji”.
Słowa te pisał Łagowski przed kuriozalnym festiwalem, jaki politycy obu partii zaserwowali nam w kwestii “wolnego Tybetu”. Żenujące oświadczenia, kabotyńskie noszenie pomarańczowych wstążeczek, prześciganie się w pomysłach “ukarania” Chin, nawoływanie do uznania Lhasy za miasto bliźniacze Warszawy (to radni PiS-u) - nie już nawet śmieszne, to widomy dowód chronicznej zapaści intelektualnej. Z tym nawet polemizować się nie da, tak to jest obezwładniające.
Łagowski ocenia: “W Polsce mamy obecnie system jednopartyjny, a przynajmniej jednoobozowy. Podział na partie postsolidarnościowe jest w istocie podziałem na frakcje w jednym obozie. To nie są zasadnicze różnice międzypartyjne. Podział na PO jako ugrupowanie bardziej liberalne i na PiS jako bardziej socjalne występuje wyłącznie w sferze retoryki, bo w praktyce polityka gospodarcza obu partii jest taka sama. Odmienne retoryki używane są wyłącznie w celach wyborczych i demagogiczno-uwodzicielskich.
Platforma i PiS niejako instynktownie starają się usunąć ze sceny politycznej i medialnej wszystkie siły, które nie mają solidarnościowego rodowodu. W tej sytuacji lewica postpeerelowska funkcjonuje jako przyzwoitka mająca świadczyć o tym, iż w Polsce działa system wielopartyjny. W tym wszystkim traci ona orientację. Zdążyła już rozczarować swoich wyborców - co jest tu najistotniejszym czynnikiem - przyjmując punkt widzenia obozu postsolidarnościowego. SLD nie występuje w obronie interesów swoich wyborców - ani interesów materialnych, ani symbolicznych (…) Przeświadczenie obozu postsolidarnościowego o tym, że tylko on jest uprawniony do przewodzenia narodowi i państwu, nie jest kwestionowane nie tylko przez SLD, ale i przez PSL. Obie te partie, psychologicznie rzecz biorąc, stoją więc na straconych pozycjach”.
Tak oto, mamy wszechwładzę anarchosolidarności w wydaniu paratotalitarnym. Jest to popierane przez zagraniczne media w Polsce - powstaje pytanie dlaczego? To proste - zagranicy jest wygodne istnienie takiej a nie innej “klasy politycznej”, genetycznie uzależnionej od czynników zewnętrznych albo tak głupiej, że działa na szkodę własnego kraju i ułatwia wykorzystywanie “polityki polskiej” do własnych celów. To już kiedyś było. W końcu XVIII wieku. Wtedy to polska głupota polityczna stała się w Europie czymś wyśmiewanym powszechnie. Czego mamy więc oczekiwać? Tylko jednego - dajcie nam kogoś na kształt Vaclava Klausa, zamiast straszno-śmiesznych polityków wystruganych z solidarnościowego styropianu.
Mar
27
2008
Ryszard Czarnecki ogłosił wszem i wobec, że na znak protestu nie pojedzie na do Chin. Na swoim blogu obwieścił: “Każdy może mieć swój protest przeciwko temu, co się dzieje w Tybecie. Ja zrezygnowałem z wyjazdu do Chin. Na początku czerwca do ChRL miała udać się grupa eurodeputowanych, aby zwiedzać obiekty olimpijskie - tuż przed igrzyskami. Byłem zaproszony do jej składu. Przewodniczącym tej delegacji miał być brytyjski europoseł Christopher Heaton-Harris (konserwatysta). Poinformowałem go, że w związku z sytuacją polityczną w Chinach, a zwłaszcza w Tybecie, biorąc pod uwagę systematyczne łamanie praw człowieka w tym państwie, nie widzę możliwości wzięcia udziału w tym oficjalnym, bądź co bądź, wyjeździe posłów PE. Zasugerowałem jednocześnie odwołanie - lub przełożenie - wyjazdu na bardziej dogodny czas. Uważam po prostu, że uwiarygodnianie tego, co dzieje się w Chinach - nie tylko przecież w Tybecie - przez polityków europejskich jest niestosowne, niewłaściwe, wręcz zachęcające władze w Pekinie do dalszych represji. Ja nie chcę w tym uczestniczyć. Zamiast gadać banały o nierealnym bojkocie lepiej niech każdy zrobi coś może mniejszego, ale konkretnego. Tak, aby uniknąć hipokryzji, obłudy i politycznego daltonizmu - a wszystkie te rzeczy są udziałem wielu europejskich rządów i wielu polityków ze “starej”, ale i “nowej” Unii”.
Gdyby odbywały się mistrzostwa kabotynizmu, to Rysio miałby duże szanse. W Chinach pewnie nikt nie wie kim jest Rysio, ale przecież na jeden dzień zaistniał w mediach w Polsce, i o to chodziło. Uśmiać się można czytając uzasadnienie tego “bojkotu” - Rysio uwiarygodniający to, co się dzieje w Tybecie - dobre? Znakomite! George Bush oficjalnie zapowiedział, że Olimpiady nie zbojkotuje i jedzie na otwarcie Igrzysk - Rysio natomiast nie. Bush, wedle tej logiki, sankcjonuje krwawy terror w Tybecie. Boże, całe szczęście, że mamy Rysia!
Mar
24
2008
Tzw. ośrodki opiniotwórcze w Polsce, a mam tu na myśli media elektroniczne z TVN na czele, czołowe gazety i tabloidy, a także stacje radiowe RMF FM i Zet - co jakiś czas wszczynają kampanie propagandowe na rzecz “praw człowieka” czy w “obronie demokracji”. Wydawać by się mogło, że to są rzeczywiście ośrodki czułe na ludzką krzywdę i jakoś tam wierzące w to, o czy mówią. Niestety, tak nie jest. Wystarczy tylko przyjrzeć się tym kampaniom, by dostrzec kilka charakterystycznych prawidłowości. W ostatnich latach za najbardziej znamienne uznać należy następujące kampanie - w “obronie” rzekomo maltretowanych i zabijanych przez Serbów muzułmanów na Bałkanach (Kosowo i Bośnia), po stronie obozu Juszczenki w czasie tzw. “pomarańczowej” rewolucji, przeciwko Łukaszence na Białorusi w połączeniu w pompowaniu Andżeliki Borys, przeciwko “reżimowi Putina” i w obronie “demokracji” i takich postaci jak Kasparow czy Limonow, no i ostatnio oczywiście w obronie “Wolnego Tybetu” i przeciwko “komunistycznym Chinom”.
Akcje te nie są na pewno spontaniczne - media maszerują podczas nich “pod sznurek”, stosują te same chwyty, używają tych samych haseł, mają ten sam znak rozpoznawczy (np. pomarańczowa kokardka w klapie marynarki). Tak jakby istniał gdzieś nieformalny sztab je planujący. Przy okazji takich akcji stosuje się też swoisty terror psychologiczny w myśl zasady - kto nie z nami, ten przeciw nam. Widzieliśmy to np. przy okazji medialnego linczu na abp. Stanisławie Wielgusie, a obecnie przy okazji akcji “Wolny Tybet”. Media demoliberalne napominają np. Watykan, że milczy w sprawie Tybetu. Tak też było np. podczas “pomarańczowej rewolucji” - wychwytywano skrupulatnie i stawiano do kąta tych, którzy nie wykazywali entuzjazmu. To zaś pachnie już swego rodzaju totalitaryzmem - wszyscy mają maszerować pod dyktando ośrodka centralnego.
Jaki jest wspólny mianownik wszystkich wymieniowych akcji? Wymierzone są one w kraje, które nie podporządkowały się jedynie obowiązującej linii, czyli mówiąc w skrócie “nowemu porządkowi światowemu”. Te kraje to Chiny, Rosja, Serbia, Białoruś,Kuba, Iran,wcześniej Irak. Ten klucz jest widoczny gołym okiem. To są zaś kryteria czysto polityczne, by nie powiedzieć geopolityczne. No bo dlaczego nasi “obrońcy praw człowieka”, zatroskani o ich przestrzeganie, nie pisnęli nigdy w obronie Serbów, których najpierw wygnano z ich domów w Krainie i Kosowie, a potem z premedytacją niszczono średniowieczne zabytki chrześcijańskie (Kosowo)? Czy kult Buddy jest dla nich ważniejszy niż XIV-wieczne cerkwie w Kosowie? Nigdy też nie słyszałem, by upomniano się o dyskryminowanych chorwackich katolików w muzułmańskiej Bośni. Albo następny problem - dlaczego podnoszą wrzask, kiedy w Polsce ktoś upomni się o sprawy narodowe czy gdy we Francji parę procent głosów zdobędzie Le Pen, a milczą, kiedy “nasz przyjaciel” Juszczenko rehabilituje UPA i ewidentnych zbrodniarzy, takich jak Szuchewycz? No i dlaczego milczą, kiedy nie wpuszcza się do Polski zasłużonych działaczy Związku Polaków na Białorusi, bo nie chcieli przyłączyć się do hucpy pani Borys? Dlaczego zawsze bardziej obchodził ich los Czeczenów a nie Kurdów?
To są pytania retoryczne. Tak naprawdę, ośrodki “prawoczłowiecze” są machiną propagandową na usługach zewnętrznego ośrodka stawiającego sobie za cel budowę “nowego porządku światowego”. Zawsze w tle takich akcji jest albo George Soros, albo Borys Bierezowski, albo neokonserwatyści w USA i co za tym idzie (póki co) Departament Stanu USA. Zdumiewa tylko udział w tej maskaradzie tzw. prawicy, która próbuje usprawiedliwić swój w tym udział sloganami o “polskiej racji stanu”. Niestety, tak nie jest, ci panowie i panie pełnią w tym tylko rolę pożytecznych idiotów.
Mar
17
2008
To było prawie pewne, że ośrodki tzw. prawoczłowiecze nie pogodzą się z tym, że Chiny otrzymały prawo organizowania Igrzysk Olimpijskich. Nie jest też chyba dziełem przypadku, że akurat w roku olimpijskim doszło w Tybecie do zamieszek i niepokojów. W spontaniczność tych rozruchów nie bardzo mi się chce wierzyć. Gdyby miały one miejsce w innym czasie, pewnie mało kto by na nie zwrócił uwagę, ale w roku olimpijskim - to jest okazja do zaistnienia. Tybet jest od dawna jednym z oczek w głowie tych środowisk, tak samo jak Dalajlama. To sympatyczny człowiek, ale wspomniane środowiska traktują go całkowicie instrumentalnie - jest dla nich dobry, bo jest symbolem walki z “reżimem totalitarnym”. A dlaczego lewica wszelkiej maści walczy z Chinami? Bo to kraj, który nie uznaje “praw człowieka” i “demokracji”, czy szerzej “demokratycznego paradygmatu Zachodu”, jak mawiają amerykańscy neokonserwatyści. No i w dodatku ta kara śmierci! Co jakiś czas próbuje się nas przekonać, że Chiny to totalitarne monstrum, gdzie publicznie wykonuje się egzekucje (jest nawet film z takiej egzekucji powtarzany w nieskończoność - nie mówi się tylko, że skazani to mordercy lub handlarze narkotyków). Nie chcę wchodzić w dywagacje na temat systemu chińskiego. Już Feliks Koneczny sklasyfikował cywilizacje na świecie, wyróżniając i chińską. Ten stary naród o wielowiekowej tradycji żyje zgodnie z zasadami swojej cywilizacji. Może nam się ona nie podobać, ale to nie ma nic do rzeczy - pewnie Chińczykom wiele nie podoba się u nas, ale jakoś nie przejawiają ochoty, by nam coś narzucać. Ludzie Zachodu od pewnego czasu z uporem próbują za to narzucić całemu światu swój, zdegenerowany zresztą, model ustrojowy i cywilizacyjny. Nie jest to bynajmniej krzewienie chrześcijaństwa, jak czynili krzyżowcy w wiekach średnich. Ludzie współczesnego Zachodu to nie dzielni “Frankowie”, lecz żałosni degeneraci, przekonujący siebie i innych, że są jakoby doskonali. W rzeczywistości to ludzie zakłamani i dwulicowi - biadają nad karą śmierci dla morderców i jednocześnie propagują zabijanie nienarodzonych na skalę masową. W Chinach proporcjonalnie do liczby ludności wykonuje się mniej wyroków śmierci niż w USA, ale to Chiny są na czarnej liście.
Chińczycy niepokoją demoliberałów jeszcze z jednego powodu - bo pokazali, że można nie mieć demokracji i rozwijać gospodarkę rynkową. To połączenie nowoczesności i dynamizmu ekonomicznego z systemem autorytarnym doprowadza wielu ludzi na Zachodzie do pasji. Przeczy bowiem dogmatowi, że demokracja jest niezbędnym warunkiem kapitalizmu. Wcale nie jest. To chyba jest jedna z głównych przyczyn ataku na Chiny.
W Polsce, jak na razie, nie mówi się w kręgach politycznych o przyłączeniu się do “walki o wolność Tybetu”, czy o bojkocie olimpiady. Na razie, bo nie wiemy, czy PO lub PiS nie popadną w “mesjanizm wyzwoleńczy”, jak to już nie raz oglądaliśmy. Był już czas, że Bronisław Geremek de facto zamroził stosunki Polski z Chinami, bo podczas wizyty w Pekinie jako szef naszej dyplomacji jedyne co go interesowało, to “przestrzeganie praw człowieka w Tybecie”. No i mieliśmy lata chłodu, podczas gdy inni rozwijali handel i wchodzili z inwestycjami na wielki chiński rynek. Z Tybetem, niestety, interesów robić się nie da. Były też próby “grania Tajwanem” na antykomunistycznej piszczałce (nieszczęsne inicjatywy Leszka Moczulskiego), ale to już chyba przeszłość. Licho jednak nie śpi - trzeba uważać, by znowu jacyś durnie nie narobili szkód, których i tak uczyniono w polskiej polityce od 1989 roku całą masę.
Mar
12
2008
To zdumiewające zjawisko, ale kiedy tylko ktoś w Polsce odważy się zabrać głos w obronie suwerenności albo żądać oddania sprawiedliwości historycznej w odniesieniu do zagłady Polaków na Kresach - natychmiast jest atakowany za to, że za nim stoi… Moskwa. Podam dwa przykłady z dzisiaj.
W wypowiedzi dla TVN 24 Stefan Niesiołowski, pełen egalizacji, zaatakował o. Tadeusza Rydzyka za to, że ten jest przeciwny Traktatowi Reformującemu. Nie to jest jednak najważniejsze, ale argumentacja pana senatora - otóż ni mniej ni więcej, ale Niesiołowski sugeruje, że o. Rydzyk jest “przeciwny zakończeniu Jałty” oraz że działa na korzyść… Moskwy. “Nie twierdzę, że o. Rydzyk jest agentem Moskwy, ale działa jakby był jej agentem” - dodaje finezyjnie. Nie wiem na podstawie czego pan senator twierdzi, że zabierający nam suwerenność Traktat Reformujący ma być końcem Jałty, bo jest akurat odwrotnie. Jeśli Jałta pozbawiała nas suwerenności, to nie można Traktatu uznać za odejście od niej, lecz chyba za jej kontynuację! To jest chyba proste. Wątek Moskwy jest też charakterystyczny, bo pojawia się u nas często i ma za zadanie zamknąć dyskusję na ważne tematy. Pan senator nie zauważył tylko swojej śmieszności, bo użył argumentu tak znienawidzonego przez siebie Jarosława Kaczyńskiego, który kilka la temu też oskarżał o. Rydzyka o to, że pewnie Radio Maryja to robota GRU, bo ma nadajniki na Uralu. Widać ta sztafeta idiotyzmu ciągle trwa.
Tego samego zabiegu często imają się też spadkobiercy OUN-UPA w Polsce. Kiedy tylko chcą uciąć dyskusję na temat ludobójstwa dokonanego przez tę organizację - natychmiast sięgają po moskiewski straszak. Oto jak Bogdan Huk, redaktor probanderowskiego “Naszego Słowa”, organu Związku Ukraińców w Polsce, przekonywał do swoich racji Jarosława Kalinowskiego, przewodniczącego komitetu obchodów 65. rocznicy zbrodni UPA na Wołyniu: “Działania z inspiracji Kresowego Ruchu Patriotycznego - formacji z niejasnym rodowodem i powiązaniami, stwarzają taką możliwość, że PSL wykonuje w polsko-ukraińskich stosunkach tą pracę, którą dotychczas nie mogła zrealizować dyplomacja i służby specjalne Federacji Rosyjskiej”. Tak oto, każde upominanie się o pamięć po zamordowanych to “robota Moskwy”. Ta sama argumentacja, co Niesiołowski, takie samo łajdactwo.
Niedawno PiS oskarżał Donalda Tuska o to, że “wycierał buty” Władimirowi Putinowi. Wtedy Niesiołowski bronił swojego szefa, teraz razem z banderowcami używa takich samych argumentów, tyle że pod innym adresem. Jest to chyba - przyznajmy - przejaw schizofrenii, i to nie tylko politycznej.
Mar
06
2008
Kiedy słucha się niezliczonych audycji i czyta całą masę artykułów na temat Marca 1968 złość bierze człowieka - nie dlatego, że się o tym mówi, ale jak się mówi. Tenże Marzec 68 roku urasta do bodaj największego kataklizmu w Polsce po 1945 roku. Słyszę, jak w radiu jakiś ówczesny student pochodzenia żydowskiego przekonuje, że wtedy “komunizm pokazał swoje prawdziwe oblicze”, i że uświadomił sobie, że “żyje w więzieniu”. Kiedy to usłyszałem od razu przypomniały mi się “Dzienniki” Stefana Kisielewskiego, który opinie tego samego typu chłostał niemiłosiernie ładnych parę lat wstecz. Zacytujmy jeden z fragmentów (zapis z 27.XI.1970): “Muszę powiedzieć, że przy czytaniu szlag człowieka trafia, gdy na przykład jakiś facet stwierdza, że Marzec 1968 to był dla niego największy wstrząs, jaki przeżył w Polsce Ludowej, wstrząs, dzięki któremu przejrzał na oczy. Największy wstrząs! A więc nie pogrom w Kielcach, nie rozstrzeliwanie i więzienie akowców, nie procesy generałów, nie mianowanie Rokossowskiego marszałkiem Polski, nie uwięzienie Gomułki, a potem Wyszyńskiego, nie wypadki poznańskie 1956, lecz właśnie akurat tylko Marzec 1968. Bo wtedy akurat o n i dostali w dupę”.
Dosadnie powiedziane, ale celnie, no i po dziś dzień aktualne! Cytat to ważny, bo Kisielewski bynajmniej nie zaliczał się do “moczarowców”, “endeków”, czy “polskich antysemitów” - był i jest zaliczany do grona najświatlejszych liberałów. Jednak i jego ponosiło, kiedy słuchał tego rodzaju wywodów. Dzisiaj żyje znacznie mniej ludzi, którzy mogliby nam to wyjaśnić, a ci co mogą zwyczajnie się boją. A prawda o Marcu nie jest bynajmniej jednowymiarowa. Przeważająca część emigrantów, którzy wyjechali z Polski (termin “wypędzeni”, jaki co rusz się pojawia - jest grubym nadużyciem i nietaktem) to był trzon aparatu państwa - ludzie z MSW, MO, wojska, telewizji, radia i prasy, wyższych uczelni. Tracąc stanowiska, prawie natychmiast stracili “wiarę w system” - “tu nie da się żyć” - orzekli. Do tej pory niczego nagannego w istniejącym systemie nie widzieli, teraz z dnia na dzień “państwo socjalistyczne” słało się dla nich “totalitarnym monstrum”, antydemokratycznym i nacjonalistycznym. Ogłosili to całemu światu, bo mieli ku temu narzędzia. Ale był to fałsz - Kisielewski zauważył, że w 1968 roku zadano w Polsce cios komunizmowi jako ideologii. Kiedy spotkał w tych dniach Władysława Tatarkiewicza, słynnego polskiego filozofa, ten stwierdził, że długi czas przymusowego “urlopu”, jaki zaserwowali mu ludzie typu Baczki i Kołakowskiego - skończył się. I to była puneta - w Polsce właśnie wtedy skończył się stalinizm. Dzisiaj tego nikt jednak nie powie.
Mar
03
2008
Zmarł jeden z seniorów Ruchu Narodowego - dr inż. Witold Staniszkis, przedwojenny członek “Falangi”, wiceprzewodniczący Rady Politycznej Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego (SND) w latach 1992-1999. Żył bardzo długo, prawie 100 lat, urodził się jeszcze w okresie panowania Franza Josefa, ale młodość przeżył już w Polsce niepodległej. Znałem go, nigdy jednak nie udało się go wyciągnąć na szersze wspomnienia - był powściągliwy i nieco zamknięty, uważał, że najważniejsza jest teraźniejszość i przyszłość. On, syn jednego z założycieli Narodowej Demokracji - prof. Witolda Teofila Staniszkisa - nigdy nie ekscytował się przeszłością. Pamiętam tylko, że prawie przy każdej okazji z pogardą wspominał rządy sanacji, uważał, że było to uwłaczające dla Polski, dla formacji, którą reprezentował on i jego ojciec. Nie znosił też martyrologizmu, tromtadracji, rzucania kamieni na szaniec. To mogło niejednego szokować, ale uważał, że konspiracja podczas wojny była bez sensu, czego namacalnym dowodem była dla niego klęska powstania warszawskiego. W tym podejściu do tej kwestii niewątpliwie był bliski Jędrzejowi Giertychowi.
Zupełnie nieznanym epizodem w jego życiorysie było zaangażowanie się w odbudowę portów bałtyckich po 1945 roku. To był jedyny temat historyczny, przy którym się zapalał, widać było, że uważał to za bodaj najważniejsze dla siebie. Dał mi kiedyś kilka publikacji na ten temat. Były to “Polskie porty morskie” - periodyk Morskiego Stowarzyszenia Technicznego w Gdańsku, “Technika Morza i Wybrzeża” tegoż samego stowarzyszenia oraz wydane po latach “Materiały i przyczynki do dziejów gospodarki Polski na morzu 1920-1960″. Periodyki te zawierały jego fachowe teksty na temat odbudowy portów w Gdańsku, Gdyni i w Szczecinie. Niespełna 40-letni inżynier Witold Staniszkis, “falangista”, narodowiec, natychmiast po zakończeniu wojny jedzie nad polskie morze i angażuje się do pracy w Biurze Odbudowy Portów. Obejmuje funkcję naczelnika Kierownictwa Robót Gdańsk w tymże Biurze. Pod jego kierownictwem pracuje ponad 1400 robotników. On sam publikuje artykuły na temat odbudowy portu w Gdańsku i w Szczecinie. W tym drugim przypadku wykonuje dokumentację projektowo-kosztorysową. Robi to z zespołem współpracowników w błyskawicznym tempie, aż dziw bierze, jak ludzie wtedy pracowali. Powiew stalinizmu sprawia, że Staniszkis nie jest już potrzebny, ktoś odkrywa, że był w “Falandze”, ląduje w wiezieniu. Nigdy jednak nie miał do nikogo pretensji - uważał, że historia jest dla wszystkich, raz dobra, raz zła.
Ten epizod w życiu Witolda Staniszkisa to jednocześnie przyczynek do dyskusji na temat postaw Polaków po 1945. Są tacy, którzy zaczynają ludzi szufladkować - co są dobrzy, ci źli, ci patrioci, ci zdrajcy. To jest szaleństwo - czy gdyby np. Staniszkis poszedł do lasu, został zabity - wtedy lepiej przysłużyłby się Polsce niż jako odbudowujący dla całego narodu porty bałtyckie? Pytanie jest retoryczne. Czas już chyba skończyć z tym dzieleniem narodu i jego historii. Niech ten życiorys będzie krokiem ku temu.