May 30 2008
Gruzińska choroba
Swego czasu przekonywano, że Aleksander Kwaśniewski ma tajemniczą przypadłość filipińską, teraz zaś Lech Kaczyński cierpi na chorobę gruzińską. Jeździ do Tbilisi non stop, napina muskuły, próbuje mobilizować przeciwko Rosji całą Unię Europejską. Na obchodach święta narodowego Gruzji był fetowany niczym przywódca wielkiego kraju, choć rzucało się w oczy, że był de facto jedynym znaczącym szefem państwa tam obecnym. Podczas gdy normalne państwa europejskie unikają jak ognia tego typu wyskoków - u nas panuje moda na irracjonalizm. Można zrozumieć, że mającemu skłonności do zamordyzmu prezydentowi Saakaszwilemu Kaczyński jest bardzo potrzebny, trudniej zrozumieć, po co potrzebna jest nam Gruzja. Pan prezydent przekonuje, że tak częste wizyty w Tbilisi podyktowane są “naszymi narodowymi interesami”. Bo, po pierwsze, Gruzja to klucz do Kaukazu, po drugie zaś przez jej terytorium można tłoczyć ropę i gaz. Gdybym słyszał jakiegoś polityka z Departamentu Stanu USA, to byłoby to dla mnie zrozumiałe. Ameryka ma swojego człowieka w stolicy Gruzji, który robi na złość Moskwie, co jest w interesie Waszyngtonu. Jednak kiedy mówi to szef państwa polskiego, jest to żenujące. Jakie my niby mamy możliwości grania wielkiej roli w tej części świata? I po co to nam, co nam to da?
Polityka zagraniczna prezydenta RP śmierdzi na odległość naftaliną koncepcji prometejskiej z okresu II RP. Ale nawet dla Józefa Piłsudskiego była tylko gra, a nie główna idea. Pan prezydent Kaczyński nie odbył w czasie swojej prezydentury ani jednego spotkania z prezydentem Rosji, nie wykazał nawet determinacji, by do takiego spotkania doszło. Piłsudski, kiedy tylko uznał, że jest to dla Polski korzystne wysłał swoich przedstawicieli do Moskwy, do Gruzina (!) Stalina-Dżugaszwilego, by podpisać układ polityczny. Bo Piłsudski wiedział, że Polska leży między Niemcami a Rosją. I nie liczyła się wtedy ani Ukraina, ani Kaukaz. Lech Kaczyński zamiast polityki woli jednak miraże.