Archive for December, 2008

Dec 30 2008

Ambicje osobiste czy polityka polska?

Published by engelgard under Uncategorized

Wśród kandydatów na stanowisko sekretarza generalnego NATO wymienia się dwóch polskich polityków ? Aleksandra Kwaśniewskiego i Radosława Sikorskiego, przy czym szanse tego ostatniego oceniane są znacznie wyżej. Obaj nie ukrywają, że nową funkcje objęliby bardzo chętnie. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, bardziej interesujące jest coś zupełnie innego ? jaki wpływ ambicje obu panów miały (w przypadku Kwaśniewskiego) lub mają (Sikorski) na kształt polskiej polityki zagranicznej.
Przypadek Kwaśniewskiego jest szczególny ? on, były członek PRL-owskiego establishmentu wybił się szybko na światowca. Jako prezydent RP miał decydujący wpływ na kreowanie polskiej polityki zagranicznej. To on parł do członkostwa w NATO, a potem w UE, to on zadarł z Rosją i wsparł tzw. pomarańczową rewolucję na Ukrainie i angażował się w koncepcję osaczania Rosji od południa, o Iraku nie wspominając. Lech Kaczyński tylko wyostrzył politykę, którą prowadził już Kwaśniewski. Jako członek NATO i UE wcale tego robić nie musieliśmy, ani czynnie wspierać tzw. prozachodnich ambicji Ukrainy, ani bez zastanowienia rzucać się Amerykanom w objęcia i zgadzać się z nimi we wszystkich kwestiach, nawet bardzo wątpliwych. Inne nowe kraje członkowskie NATO (np. Czechy czy Słowacja) tego nie robiły i nic strasznego się nie stało. Jakie były więc motywy Kwaśniewskiego? Czy czasem nie chodziło o zdanie egzaminu lojalności? Wszak wiadomo, że bez poparcia USA nikt sekretarzem generalnym NATO nie zostanie. Kwaśniewski stał się więc ostentacyjnie proamerykański, bo uznał, że mu to pomoże w uzyskaniu wymarzonego stanowiska. Jego błąd polegał na tym, że stał się zbyt proamerykański.
Pozycja Radka Sikorskiego była i jest zgoła inna. On od samego początku miał opinię wręcz polityka anglosaskiego (by wspomnieć tylko obywatelstwo brytyjskie i żonę, członkinię establishmentu amerykańskiego). Dla niego więc proamerykańskość była ciężarem. Dlatego jako minister spraw zagranicznych RP czyni wiele, by pokazać, że tak nie jest. Nie jest więc tak antyrosyjski jak np. Lech Kaczyński, nie jest też tak ostentacyjnie proukraiński i progruziński, stara się o dobre relacje z Francją i Niemcami. Czy to tylko nowa koncepcja polityczna czy raczej próba przekonania Europy, że wbrew opinii nie jest on ?człowiekiem Amerykanów?, co ? jak się okazuje ? może spalić każdego kandydata. NATO bowiem nie jest całkowicie amerykańskie, takie państwa jak Francja i Niemcy mogą zablokować każdego, kto jest im niewygodny.
Wszystko to skłania do raczej niewesołych konkluzji ? oto bowiem interesy Polski są naginane do ambicji osobistych polityków. Dotyczy to nie tylko Kwaśniewskiego czy Sikorskiego. Tak zachowywał się także np. Bronisław Geremek. Owszem, żyjemy w czasach silnej pozycji instytucji międzynarodowych, ale doprawdy trudno mi sobie wyobrazić polityka francuskiego czy niemieckiego, który zabiegając o stanowisko w takiej instytucji traktowałby interes swojego państwa instrumentalnie. U nas natomiast ma się wrażenie, że jest to normą. Nie znaczy to, by Polacy nie mogli pełnić funkcji w strukturach międzynarodowych, chodzi tylko o to, by interes państwa polskiego nie był tylko kartą w grze o jej zdobycie.

No responses yet

Dec 23 2008

Chanuka i Begin patriota

Published by engelgard under Uncategorized

PAP podała: ?W warszawskiej synagodze im. Nożyków w niedzielę [21 grudnia] wieczorem zapłonęła pierwsza świeczka chanukowa, umieszczona w specjalnym ośmioramiennym świeczniku zwanym “chanukija”. Uroczystość ta rozpoczęła obchody Chanuka ? żydowskiego święta Światła, które potrwają osiem dni. Pierwszą świeczką chanukową zapalił prezydent Lech Kaczyński. Następnie naczelny rabin Polski Michael Schudrich odmówił błogosławieństwo.
Podczas ceremonii, zorganizowanej przez Gminę Wyznaniową Żydowską, odmówiono uroczyste modlitwy za pomyślność państwa polskiego oraz z okazji 90. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Prezydent podziękował za modlitwę za Polskę. Lech Kaczyński dodał, że “można powiedzieć, iż jest to ostatni akcent obchodów 90- lecia niepodległości naszego kraju”. Podkreślił, że ok. 10 proc. obywateli międzywojennej Polski było narodowości żydowskiej. “Warszawa miała ? już przed II wojną światową ? 360 tys. obywateli narodowości żydowskiej plus co najmniej kilkadziesiąt tysięcy żydowskiego pochodzenia” ? mówił prezydent. Jak dodał, “według danych, które posiada Instytut budujący Muzeum Historii Żydów Polskich, Żydzi stanowili ok. 12-13 proc. oficerów i podoficerów Wojska Polskiego”. Lech Kaczyński przypomniał, że Żydzi byli również wśród ofiar mordów w Katyniu i innych miejscach kaźni na wschodzie. “Okres międzywojenny nie był łatwy we współżyciu obu narodów. Ale też trzeba pamiętać, że właśnie w tym okresie, na początku lat 30. ? już w okresie rządów marszałka Piłsudskiego tzw. sanacji ? Zniesiono ostatnie przepisy, które ograniczały osoby narodowości żydowskiej w jakichkolwiek ich prawach obywateli Rzeczpospolitej” ? powiedział prezydent. To był ? dodał Lech Kaczyński ? ?bez wątpienia dorobek międzywojennego państwa”. Przypomniał też, że parlamencie II RP było wielu posłów narodowości żydowskiej. Wspomniał też urodzonego w Polsce, jednego z twórców i wieloletniego premiera państwa Izrael Menachema Begina. ?Pamiętajmy, że był on żołnierzem Korpusu Andersa i że wprawdzie już od młodych lat związany był z ruchem syjonistycznym i jemu wierny, to nie chciał opuścić szeregów polskiej armii, dopóki nie został z niej zwolniony. Wykazał do końca lojalność wobec państwa, w którym się wychował, w którym działał, którego językiem, językiem narodu polskiego się posługiwał? ? mówił prezydent?.
Lech Kaczyński jest konsekwentny w propagowaniu, za swoim mistrzem Janem Józefem Lipskim, ?patriotyzmu sanacyjnego? i piętnowaniu ?etnicznego nacjonalizmu endeckiego?. Ta konsekwencja sprawia, że nigdy nie oddał hołdu współtwórcy Polski Niepodległej Romanowi Dmowskiemu (np. poprzez złożenie wieńca pod jego pomnikiem), ale za to kończy obchody 90. rocznicy odzyskania niepodległości w synagodze Nożyków, wychwalając Menachema Begina jako ?polskiego patriotę?. Chciałoby się rzecz za Bronisławem Komorowskim, jaki prezydent, taka wizja historii.

No responses yet

Dec 14 2008

Ad vocem do ad vocem?

Published by engelgard under Uncategorized

W poprzednim wpisie odniosłem się krótko do opinii Macieja Eckardta nt. stanu wojennego (?13 grudnia roku pamiętnego??), mimo że poświęcony on był postępowaniu obecnej Młodzieży Wszechpolskiej. Od razu powiem, że ja też bardzo lubię Macieja Eckardta i tak na pewno zostanie, bo w większości spraw zgadzamy się w stu procentach. W tej zaś, która jest przedmiotem naszej wymiany zdań ? tak nie jest. Maciej pisze, że to normalne, bo obóz narodowy zawsze był otwarty na dyskusję. Zgoda, tyle że ? jak napisałem ? w historii naszego obozu były wydarzenia i sprawy, kiedy takiego pluralizmu nie było. Nie znam np. żadnego znaczącego działacza narodowego, który twierdziłby, że powstanie warszawskie czy styczniowe było działaniem rozumnym i patriotycznym. Tak samo, jak w przypadku orientacji geopolitycznej w roku 1914 czy np. zamachu majowego. Albowiem pluralizm w ruchu narodowym dotyczył wielu spraw, ale nie wszystkich.
Pytanie brzmi ? czy stan wojenny to jest wydarzenie, które można zaliczyć do kategorii spornych, gdzie możemy mieć rożne zdania, czy też nie? Maciej twierdzi, że można, ja mam poważne wątpliwości. Zresztą, bardziej niż jego stanowisko uderzyła mnie forma jego wyrażenia, przypominająca niestety pohukiwania tak powszechne w latach ostatnich. Ja mogę zrozumieć działaczy Solidarności, którzy muszą wykazać, że w 1981 roku popełniono zbrodnię, że nic nam jako Polsce nie groziło, że Sowieci siedzieliby cicho, nawet wtedy, kiedy byśmy ogłosili wyjście z Układu Warszawskiego i zablokowali ich drogi tranzytowe do NRD. Oni muszą tak mówić, bo w przeciwnym wypadku tracą nimb jedynych zatroskanych o Polskę patriotów, którym brutalnie przerwano zbożne dzieło. Oni tak muszą, ale nie my. Bo my, jako ludzie obozu narodowego, w większości nie jesteśmy solidarnościowcami. My mamy starszą tradycję niż Sierpień 1980, my mamy swój system myślenia, mamy swój pogląd na historię.
I uwaga druga, ja nie koncentrowałem się na ocenach PRL, nie zajmowałem się analizą intencji gen. Jaruzelskiego ani jego polityką po 1981 roku ? mnie interesował tylko i wyłącznie konkretny przypadek, jakim było wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Tu dodam, że jako student byłem wówczas przeciwnikiem jego wprowadzenia, bo też ulegałem emocjom i nastrojom chwili. Dopiero potem, głównie pod wpływem Jędrzeja Giertycha, zdanie zmieniłem. I do dzisiaj twierdzę, że alternatywą dla stanu wojennego była katastrofa. Pisze się teraz, że Jaruzelski był tchórzem i bał się Moskwy. Być może, a nawet na pewno się bał. Ale, jak pisał Wasiutyński, mieliśmy w naszej historii wielu, którzy się nie bali i którzy sprowadzili na nasz kraj tragedię, by wspomnieć o podchorążych, którzy zrobili powstanie listopadowe, ?czerwonych?, którzy zrobili powstanie styczniowe i Komendę Główną AK, która zrobiła powstanie warszawskie. Czasem lepiej się bać niż kusić los, tym bardziej, że konsekwencje za popełnione błędy ponoszą z reguły inni. Z tego punktu wiedzenia lepiej się stało, że na czele państwa stał wtedy ?człowiek bojowy? (czyli bojący się), jak mawiał Stefan Kisielewski, niż kandydat na kolejnego straceńczego bohatera, by wymienić np. Imre Nagy`ego. Powtarzam, w tym momencie nie są ważne jego intencje, liczy się efekt.
Zresztą, czyż to nie dziwne, że stan wojenny został przeprowadzony tak sprawnie? Nikt wcześniej nie przekazał Solidarności planów jego wprowadzenia (mimo że miała ludzi wszędzie), nikt nie zbuntował się, kiedy już nastał. Dlaczego dziesiątki tysięcy żołnierzy polskich wypełniło rozkazy bez szemrania i sprzeciwu? Bo byli ?komuchami?? Wolne żarty, zrobili tak dlatego, że podświadomie wiedzieli, że nie ma innego wyjścia i w ten sposób chronią Polskę przed czymś znacznie gorszym. A gdzie było 10 milionów członków Solidarności? Dlaczego nie wyszli na ulicę? Bo myśleli podobnie jak żołnierze. Lech Mażewski napisał w jednej z prac, że masy związkowe zeszły po prostu z placu bitwy i zostawiły samych swoich przywódców, do których straciły zaufanie. I miały rację, Bo kiedy normalny człowiek patrzył na to co wyprawiają tacy ludzie jak Rulewski, Kuroń, Gwiazda czy Bujak ? to ciarki mu przechodziły po plecach.
Jest jeszcze jeden aspekt sprawy ? postawa USA. Amerykanie wiedzieli, że przygotowania do stanu wojennego są na ukończeniu, ale nic nie zrobili, nie ostrzegli Solidarności. Jak to wytłumaczyć? Albo nie wierzyli, że będzie on ogłoszony, albo uznali, że to jest ?mniejsze zło?. Nie jest wykluczone, że ? jak pisał znany konserwatywny myśliciel Mirosław Dzielski ? część kierownictwa amerykańskiego życzyłaby sobie sowieckiej interwencji, takiego drugiego Afganistanu, stąd późniejsza wciekłość na Jaruzelskiego. Polska miała być kolejnym antysowieckim frontem, krwawiącą raną na ciele Imperium Sowieckiego. Wszystko co osłabiało Moskwę było dobre. Stan wojenny wykluczył taki scenariusz. Był więc wydarzeniem wyjątkowym w naszej historii, bo z reguły dawaliśmy się używać jako mięsa armatniego w interesie obcym. I powtarzam, nic tu nie mają do rzeczy ideowe sympatie czy antypatie.
Tyle gwoli wyjaśnienia. Życzę Maciejowi udanego wypoczynku i kolejnych trofeów zdjęciowych. Nie obiecuję, że do tematu nie wrócimy, wszak za rok znowu będzie 13 grudnia. Jednak w tym roku chyba starczy.
Pozdrawiam

No responses yet

Dec 13 2008

MW pod willą Jaruzelskiego

Published by engelgard under Uncategorized

Doprawdy przeżyłem szok widząc wielki transparent ?Młodzież Wszechpolska? podczas corocznego zbiegowiska pod domem gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Prymitywne okrzyki, slogany nie poparte żadną refleksją, zwyczajnie poddanie się modzie na tzw. antykomunizm. Od dłuższego czasu ze smutkiem śledzę upadek myśli politycznej MW (jeśli to w ogóle myśl), jej staczanie się na pozycje młodszego brata obozu styropianowo-solidarnościowego, co przejawia się w przejmowaniu całej siatki pojęciowej tegoż obozu, w takim samym postrzeganiu historii i współczesności, w zwyczajnym małpowaniu obcych wzorców programowych, wreszcie w próbie przebicia wielkiego brata solidarnościowego w ortodoksji ?antykomunistycznej?. Nie jest to tylko smutne, to jest śmieszne.
Swoją obecnością pod willą Jaruzelskiego działacze MW napluli nie tylko na niego, napluli także na Jędrzeja Giertycha, Macieja Giertycha (który niestety milczy wobec tych zjawisk), Leona Mireckiego, i wielu innych ludzi obozu narodowego, którzy widzieli stan wojenny jako dramatyczne wydarzenie, ale którzy wiedzieli, że alternatywą wobec niego byłaby narodowa katastrofa. Tak widzieli to wówczas prawie wszyscy ludzie obozu narodowego, także ci z Londynu. Nawet Wojciech Wasiutyński, zwolennik Solidarności i opozycji, pisał, że sprawy zaszły za daleko, a największym błędem kierownictwa związkowego był słynny apel do robotników Europy Środkowej (jesień 1981). Wasiutyński uważał, że: ?Najgorszym wyjściem byłby, z punktu widzenia polskiego, wielki najazd sowiecki i bezpośrednie rządy KGB. Polałaby się szeroko rzeka polskiej krwi i rozwalone zostały te bardzo niedoskonałe podstawy, z których można próbować odbudowy niepodległości w przyszłości. Lepiej, że nie było konfrontacji z najliczniejszą armią współczesną. Lepiej mieć kociokwik po święcie solidarności niż głowę rozłupaną toporem?. Cytuję Wasiutyńskiego celowo, by pokazać, że ludzie obozu narodowego, bez względu na barwę i poglądy, w tej kwestii zajęli w miarę jednolite stanowisko. Tak jak w 1914 roku poseł Wiktor Jaroński, pod nieobecność Romana Dmowskiego, wydał na własną rękę słynne oświadczenie o poparciu w wojnie Rosji przeciwko Niemcom, co pokazywało jedność myśli całego obozu ? tak i w tym dramatycznym momencie roku 1981 było tak samo. Czy to oznaczało poparcie dla Jaruzelskiego, dla PZPR? Oczywiście, że nie. Ale nie o to chodziło, gra szła o Polskę, jej byt i przyszłość.
Jeśli więc dzisiaj młodzi ludzie występujący pod szyldem obozu narodowego tego nie rozumieją, bo idą na intelektualną i emocjonalną łatwiznę i nie chcą poznać argumentów swoich starszych kolegów ? to jest to nic innego jak przejaw pychy i zarozumiałości. Nie ma w tym zachowaniu nic ze szkoły narodowej, jest wyłącznie tromtadracja. Żałosne jest to, że takie zachowanie wywołuje ironiczne uśmiechy i uwagi ludzi z innych obozów politycznych. Tak jest zawsze, kiedy zamiast własnego zdania jest się papugą.
I przy okazji kilka uwag do tekstu Macieja Eckardta pt. ?13 grudnia roku pamiętnego??. Niestety wpisuje się on w poetykę tych występujących pod willą Jaruzelskiego pod szyldem MW ? nie ma w tym tekście refleksji, są za to inwektywy i slogany. Szkoda, bo Macieja Eckardta stać na coś więcej, niż do wezwanie do pójścia pod jakąś tablicę ?Solidarności?. A ja w tym dniu wspominam naszych nieżyjących nauczycieli ze starszego pokolenia narodowego ? Jędrzeja Giertycha, Leona Mireckiego i Wojciecha Wasiutyńskiego. Mają mi wciąż znacznie więcej do powiedzenia niż pseudokombatanci stanu wojennego.

No responses yet

Dec 10 2008

Klaus to nie Hacha

Published by engelgard under Uncategorized

W nocy z 14 na 15 marca 1939 roku Adolf Hitler, rozmawiając z prezydentem Czechosłowacji Emilem Hachą, doprowadził go do omdlenia, grożąc zmasowanym bombardowaniem Pragi, jeśli ten natychmiast nie podpisze zgody na aneksję swojego kraju. Hacha zemdlał i zgodził się na złożenie podpisu. Tym razem aż tak dramatycznie nie było, ale ekipa przewodniczącego Parlamentu Europejskiego z Hansem-Gertem Poetteringiem wykazała podobną arogancję, jak Hitler i Goering w 1939 roku. Już sam fakt, że Poettering zabrał ze sobą do Pragi Daniela Cohn-Bendita i Martina Schulza, lewackich krzykaczy, był symptomatyczny. Po co ich zabrał? Pewnie po to, by wygarnęli Klausowi. Poettering musiał wiedzieć, że miło i dyplomatycznie nie będzie, a mimo to zabrał ich, to on więc ponosi odpowiedzialność za to, co się stało. Bendit to stary lewak, trockista i anarchista, który demolował w maju 1968 Paryż. Jego bezczelna twarz, uwieczniona na zdjęciach z 1968 roku, po dziś dzień jest symbolem tego przerażającego pokolenia. Dzisiaj Bendit ma podwójnie obywatelstwo ? francuskie i niemieckie ? i stał się fanatycznym orędownikiem ?zjednoczonej? Europy. Z kolei Schulz to typowy intelektualny zadymiarz, swego czasu Silvio Berlusconi zgasił go podczas obrad Parlamentu Europejskiego, proponując mu rolę kapo w filmie o obozach koncentracyjnych.
Jeśli podrzędny eurodeputowany, jakim jest Bendit, mówi do prezydenta Czech, że nie interesują go jego poglądy i musi traktat podpisać, po czym bezczelnie wyjmuje flagę UE i wciska ją Klausowi (wiadomo, że Klaus nigdy nie zgodził się na wywieszenie takiej flagi na Hradczanach) ? to jest mało wyszukana prowokacja. Mało tego, ta prowokacja znajduje poparcie u przewodniczącego Poetteringa! I tak, trzej Niemcy na salonach hradczańskich próbują ustawić prezydenta Czech do pionu. Ale Klaus to nie Hacha, a rok 2008, to nie rok 1939. Pomysłodawcy tej intrygi nie rozumieją, że akurat im, Niemcom, nie wypadało tego rozbić. Cała czeska klasa polityczna stanęła po stronie Klausa, także komuniści. Zbyt świeże jest nadal wspomnienie roku 1938 i 1939, by przejść nad tym do porządku dziennego. Zbyt czułą strunę dumy narodowej dotknęli Bendit i Schulz, by nie pozostało to bez echa. Klaus, spychany pomału do politycznego narożnika we własnym kraju, nagle znowu stał się centralną postacią, dzisiaj atak na niego byłby wsparciem dla bezczelności Cohn-Bendita i próby wymuszania na krajach UE wygodnych dla doktrynerów i eurokratów rozwiązań. To był wielki błąd Poetteringa. Jeśli chciał przybliżyć ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, to efekt może być zupełnie odwrotny. Klaus dostał do ręki nowe karty i rzucił je na stół. Teraz ci w Czechach, którzy chcieli szybko ratyfikować traktat są w rozterce ? nie mogą przecież stanąć po stronie Benditów i Schulzów przeciwko własnemu prezydentowi. Nie mogą stanąć po stronie Niemców, którzy obrazili i zbesztali ich prezydenta.

No responses yet

Dec 08 2008

Ekshumacja, niesmak i szantaż

Published by engelgard under Uncategorized

Werdykt jest jasny ? w krypcie na Wawelu leży ciało gen. Władysława Sikorskiego, nie został on zastrzelony, w czaszce nie ma śladu kuli, nie został też uduszony, a liczne złamania świadczą jednoznacznie, że śmierć spowodował upadek samolotu ?Liberator? do morza. O tym było wiadomo już kilkudziesięciu lat, ale cały tabun sensatów, maniaków, cyników i nawiedzonych prokuratorów wytworzył taką atmosferę, że nikt nie zdobył się, by powiedzieć nie niepotrzebnej ekshumacji, która ? w opinii wielu ludzi ? była profanacją. Dlaczego tak się stało, że kard. Stanisław Dziwisz i premier Donald Tusk ulegli szantażowi? Bo przestraszyli się, że odmowa spowoduje, że zostaną oskarżeni o chęć zatarcia jednej jedynej i nie podlegającej dyskusji prawdy ? że za śmierć Sikorskiego odpowiedzialność ponoszą Sowieci, czyli Rosja. Kto by sprzeciwił się ekshumacji, byłby natychmiast podejrzany o przynależność do ?rosyjskiego lobby?, albo wprost o agenturalność. To jest stała metoda dyskusji politycznej w ?wolnej Polsce?. Jeśli nawet rusofob Bronisław Komorowski został zaliczony do ?lobby rosyjskiego?, to co mówić o tych, którzy powiedzieli by nie ekshumacji?
Szantaż jako metoda uprawiania polityki, to jest wynalazek IV RP i jej animatorów. Czym się on objawia? Po pierwsze, kto się z nami nie zgadza jest ?ruskim agentem?. Po drugie, za wszelkie zło w naszej historii winę ponoszą Rosjanie, a kto to kwestionuje jest ?agentem wpływu? lub ?agentem KGB?. Po trzecie, agenci Rosji są wszędzie, ich macki sięgają samych szczytów władzy, a kto się z tym nie zgadza, ten jest ?sowieciarzem?. Po czwarte, Rosja jest dla Polski śmiertelnym zagrożeniem, a kto poddaje to w wątpliwość, ten pracuje dla Rosji i jej Imperium. I tak dalej, i tak dalej. Rzecz jasna, Sikorskiego też zabili Sowieci, to nie podlega przecież żadnym wątpliwościom. Tak wygląda u nas dyskusja, wystarczy nie tylko poczytać internetowe fora, gdzie wypowiadają się młodzi gniewni, co to na oczy nigdy Sowieta nie widzieli, ale za to wiedzą wszystko ? ale posłuchać prominentnych polityków, by przekonać się o finezji politycznego i ideowego dyskursu w III czy IV RP.
Sprawa ekshumacji ciała gen. Sikorskiego ujawniła też inny aspekt sprawy ? uciążliwość dla polskiego życia publicznego istnienia tzw. pionu śledczego IPN. Symbolem tej patologii stała się prokurator Ewa Koj z IPN Katowice, wymyślająca co rusz różne idiotyzmy, którym nikt nie jest w stanie się sprzeciwić. Chęć udowodnienia za wszelką cenę potrzeby swojego istnienia sprawia, że mamy biegunkę pomysłów i inicjatyw. To że oznacza to brak szacunku do historii, otwieranie spraw już dawno wyjaśnionych i zbadanych, granie ma emocjach, czy wręcz profanacje, jak w przypadku gen. Sikorskiego ? nie ma znaczenia. Ciekawi mnie, czy znajdzie się ktoś, kto przetnie to żałosne widowisko. Pewnie będzie to jakiś ?ruski agent?.

No responses yet

Dec 05 2008

Aleksy II ? patriarcha przejścia

Published by engelgard under Uncategorized

Jeśli ktoś myślał, że wydobycie się Rosji z okowów bolszewizmu będzie aktem jednorazowym ? ten mylił się gruntownie. Nie można bagażu 75 lat historii znieść przy pomocy dekretu czy nawet najbardziej wzniosłej deklaracji. Leczenie ran historii trwać musi długo i wymaga cierpliwości. Rozumiał to zmarły patriarcha Moskwy i Wszechrusi Aleksy II. Był postacią łączącą dawną epokę i nową ? zaczynał w kontrolowanym przez władze seminarium duchownym w Leningradzie. Innej drogi dla Cerkwi wtedy nie było. W końcu lat 30. Cerkiew była już prawie wyniszczona ? nieliczni hierarchowie dogorywali w łagrach, świątynie były zrujnowane bądź zamienione w magazyny lub muzea bezbożnictwa. I wówczas wydarzył się cud ? napadnięta przez Niemcy Rosja Sowiecka szukała czegoś co może przekonać miliony Rosjan do walki na śmierć i życie. Stalin, mistrz intrygi i obłudy, morderca, ale jednocześnie pragmatyk do szpiku kości uznał, że trzeba odwołać się do idei Świętej Rusi, do prawosławia, do odwiecznych odczuć zwykłych ludzi. Wiedział, że nie wystarczą już hasła bolszewickie. To działało w 1918, ale nie mogło już działać w 1941. Wyciągnięci przez NKWD łagrów hierarchowie stanęli przed obliczem Stalina, a ten obiecał im pomoc w odrodzeniu Cerkiew. W zamian mieli zmobilizować Rosjan do walki. I tak się stało. Stalin, kiedy już wiedział, że wojny nie przegra, mógł wrócić do stanu poprzedniego. Postąpił jednak inaczej, w 1943 roku usankcjonował układ z hierarchami podpisaniem porozumienia między państwem a Cerkwią Prawosławną. O dziwo, porozumienie to było respektowane aż do śmierci Stalina i dopiero mający wciąż dobrą prasę na Zachodzie Chruszczow ? złamał je i wrócił do prześladowań. To w czasach Chruszczowa zniszczono w ZSRS więcej cerkwi niż za Stalina. Mimo to pewnych rzeczy nie można było już zlikwidować. Ograniczana i kontrolowana Cerkiew przetrwała do 1990 roku.
Aleksy II był duchownym epoki Stalina i Chruszczowa, wiedział co to jest Związek Sowiecki, przeżył ten czas razem z milionami Rosjan. Wiedział też, że w 1990 roku Cerkiew de facto zaczynała od zera. Przez 18 lat istnienia Rosji jako nowego państwa dokonano, bez spektakularnych wydarzeń, bez fajerwerków, rzeczy niebywałej ? odbudowano i zbudowano tysiące cerkwi i monastyrów. W samej Moskwie było ich 18, a jest 500! Nie są to bynajmniej pomniki architektury, to żywe ośrodki odrodzonej religii. Symbolem jest oczywiście wielki chram Chrystusa Zbawiciela w centrum Moskwy wybudowany za 200 mln dolarów. Widziałem w czasie swojej podróży do Rosji odbudowane, za państwowe pieniądze, monastyry w Obwodzie Moskiewskim. W oczy rzuca się pietyzm z jakim je zrekonstruowano oraz pobożność mnichów i mniszek.
Czy jest we współczesnej Europie państwo, które tak otwarcie wspiera budowę świątyń chrześcijańskich? Czy jest w Europie państwo, które uznaje chrześcijaństwo za religię de facto państwową? Owszem, tylko Polska zbliża się do tego modelu, ale do Rosji nam daleko. Genialny emigracyjny pisarz rosyjski, Vladimir Volkoff, zastanawiał się nad tym fenomenem ? co się stało? Może to socjotechniczna sztuczka władz wywodzących się z KGB? To teza u nas bardzo popularna, bo rusofobia nie uznaje, że w Rosji może zdarzyć się coś dobrego. Ale Volkoff wskazywał na coś innego ? na modlitwy milionów chrześcijan o nawrócenie Rosji i na Matkę Boską Fatimską. I stał się cud, wywodzący się z KGB prezydent Rosji instaluje przy Łubiance klasztor Sretenka, którego przełożony jest jego osobistym spowiednikiem. Nieprawdopodobne? A jednak to się stało. Czy nasza niewiara w szczere nawrócenie Rosji i nasza sterowana z zewnątrz rusofobia nie jest czymś z gruntu złym i fałszywym? Czy tak należało przyjmować wydarzenia, na które czekały przez dziesięciolecia miliony ludzi w Rosji i na świecie, i na co czekał Jan Paweł II, admirator Matki Boskiej Fatimskiej? Czy nasza nienawiść do Rosji nie jest wynikiem podszeptów sił zła, które nie mogą pogodzić się z tym, że w Rosji, która wydawała się na zawsze wydarta chrześcijaństwu, powróciła wiara? Warto się nad tym zastanowić wspominając zmarłego patriarchę.

No responses yet