Archive for February, 2009

Feb 25 2009

Sikorski jak Saakaszwili

Published by engelgard under Uncategorized

Jeśli niemiecka gazeta “Sueddeutsche Zeitung” pisze prawdę o wystąpieniu Radosława Sikorskiego podczas listopadowego (2008 r.) panelu na konferencji na temat stosunków transatlantyckich, zorganizowanej przez Institute for Security Studies i Unię Europejską – to niestety mamy jeszcze jeden dowód na to, że pan minister nie ma dostatecznych kwalifikacji na funkcję szefa polskiej dyplomacji. Gazeta pisze, że swoim „wystąpieniem w Waszyngtonie w listopadzie sam podstawił sobie nogę”. Co takiego powiedział? „Zażądał doktryny sojuszu, która zakładałaby „proporcjonalną odpowiedź” na każdą rosyjską próbę zmiany granic siłą albo poprzez działania wywrotowe”. W ocenie gazety: „Propozycją rozszerzenia de facto gwarancji pomocy sojuszu na Białoruś, Ukrainę, Mołdawię albo Gruzję Sikorski zdyskredytował się w oczach wielu zachodnich rządów”. Takich wyskoków w stylu Michaiła Saakaszwili na Zachodzie nie puszcza się mimo uszu. Teraz jest jasne, dlaczego państwa europejskie nie chcą poprzeć kandydatury Sikorskiego na sekretarza generalnego NATO.
Sikorski już wcześniej miał opinię „człowieka Ameryki”, jego natarczywe nawoływania do zwiększenia polskiego zaangażowania w Afganistanie, czy też zupełnie bezsensowne podpisanie porozumienia z USA w sprawie tarczy (na parę miesięcy przed wyborami w Stanach), a także powtarzające się co jakiś czas wystąpienia w stylu tego z listopada 2008 – opinię te utrwaliły. Niemcy pamiętają pewnie także zupełnie niefortunną wypowiedź Sikorskiego na temat gazociągu północnego, nazwanego przez niego mianem „nowego paktu Ribbentrop- Mołotow”. Podejmowane przez ministra próby zmiany wizerunku są spóźnione i dla wielu niewiarygodne. W Sikorskim zbyt często bierze górę antykomunistyczny i antysowiecki zadymiarz, młodzieńczy reporter brytyjskiej prasy z Afganistanu, a zbyt mało w nim profesjonalnego szefa dyplomacji dużego państwa europejskiego, jakim jest Polska.

No responses yet

Feb 23 2009

Od ZChN do Goldman-Sachs

Published by engelgard under Uncategorized

Groteskowy serial z Kazimierzem Marcinkiewiczem już dawno przestał być śmieszny, stał się żałosny. Jednak po informacji, że bank, w którym zatrudniony jest były premier – Goldman-Sachs – jest zamieszany w spekulacje polską walutą – sprawa nabrała nowego wymiaru. Premier Donald Tusk jest oburzony na zarzuty pod adresem Marcinkiewicza, twierdząc, że nie jest on spekulantem. Ale przecież nie o to chodzi – rzecz jest poważniejszej natury. Oto były premier rządu RP nagle dostaje posadę w banku zagranicznym, gdzie de facto nic nie robi (nie zna nawet języka angielskiego), ale za to zarabia spore pieniądze. Po co bankowi Goldman-Sachs taki „doradca”. Oczywiście nie po to, żeby doradzać, bo się na tym nie zna. Bankowi chodziło tylko i wyłącznie o uwiarygodnienie siebie – no bo skoro ma jako „doradcę” byłego premiera RP, to jego „wiarygodność” na polskim rynku musi być duża. Teraz wiemy do czego ta „wiarygodność” była potrzebna.
Marcinkiewicz pełni więc w tej grze, jaką ten bank, i nie tylko ten, prowadzi w Polsce – rolę figuranta. Można nawet założyć (co wcale nie jest takie pewne), że o niczym nie wiedział, ale to w żadnym stopniu go nie usprawiedliwia. Skoro nie wiedział, to powinien na drugi dzień po przyznaniu się banku Goldman-Sachs do spekulacji podać się do dymisji. O tym jednak nie słychać. Sprawa Marcinkiewicza nie jest bynajmniej odosobniona. Oto, jak pisze jeden tygodników: „W procederze [drenowania polskiego rynku dużą] rolę odegrały spółki związane z Cezarym Stypułkowskim i Janem Krzysztofem Bieleckim. Banki, które pół roku temu przepowiadały (ustami analityków) umocnienie się złotego, sprzedając jednocześnie asymetryczne opcje walutowe, z pewnością wiedziały, że wakacyjny, rekordowo wysoki kurs złotówki to wynik prowadzonej z zimną krwią gry spekulacyjnej. Mamy pewność, że jesienią 2008 r., gdy złotówka zaczęła nagle lecieć w dół, spadkom tym pomagały właśnie… JP Morgan i UniCredit. Pierwsza z tych instytucji, sprzedająca w Polsce opcje głównie za pośrednictwem lokalnych banków, pod koniec października opublikowała wyjątkowo nierzetelny raport na temat sytuacji polskich finansów. Zawarto w nim m.in. sugestię, że nasz kraj czekać będzie znacznie gorszy kryzys niż na Węgrzech. Nie trzeba dodawać, że każde osłabienie złotówki oznaczało (i oznacza) dla JP Morgan milionowe wpływy – oczywiście z zysków wypracowanych przez polskie firmy…”.
Nikt chyba nie jest w stanie podać, a byłoby to arcyciekawe, ile pieniędzy wyprowadziły z Polski zagraniczne banki od roku 1990. Obawiam się, że są to sumy astronomiczne. Od samego początku ich działalność jest osłaniania przez wpływowych polskich polityków, którzy nigdy nie odważyli się ukrócić tego procederu. Teraz zresztą byłoby to bardzo trudne, bo Polska jest de facto zakładnikiem tych banków, zakładnikiem tzw. kapitału krótkoterminowego. Takie są skutki totalnej wyprzedaży polskiej bankowości przez solidarnościowy rząd niesławnej pamięci Jerzego Buzka, który nie wiedzieć czemu uważany jest za osobę godną szacunku.
A co w tym wszystkim robi Kazimierz Marcinkiewicz? On, jeden z założycieli Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, partii mającej ambicje kontynuowania wielkiego dorobku Narodowej Demokracji? Jaką drogę przeszedł od ZChN-u do Goldman-Sachs? Niedawno podczas spotkania z Wojciechem Turkiem, autorem książki o Wojciechu Wasiutyńskim, mowa była o jego wielkim rozczarowaniu działaczami tej partii. Po pierwszym niepowodzeniu, zamiast zacisnąć zęby i walczyć o odzyskanie pozycji – rozbiegli się on po wszystkich partiach w poszukiwaniu posad i karier. Niektórzy tę pogoń zakończyli sukcesem, inni nie. Ze Stronnictwa Wielkiego Celu, jak ZChN chciał widzieć Wasiutyński, postały zgliszcza i właśnie ci „działacze”, którzy są teraz wszędzie – w PO, w PiS, w Kancelarii Prezydenta, w Prawicy Narodowej, w chwilowym zawieszeniu, jak Ryszard Czarnecki, no i w banku Goldman-Sachs, jak Kazimierz Marcinkiewicz. On chyba zaszedł najdalej…

No responses yet

Feb 14 2009

Klasa próżniacza się bawi

Published by engelgard under Uncategorized

Kompromitacja Jana i Nelly Rokita na lotnisku w Monachium spotkała się z jednoznacznymi ocenami tzw. zwykłych obywateli. Już na pokładzie samolotu Lufthansy pasażerowie Polacy nie tylko nie „przyszli z pomocą” wrzeszczącemu Rokicie, to jeszcze po usunięciu z pokładu marionetkowego małżeństwa rozległy się oklaski dziękujące policji niemieckiej za przywrócenie porządku. Tak samo było w kraju, wystarczy poczytać komentarze internautów, by przekonać się o tym, co sądzą o incydencie. Sam „bohater” tego wydarzenia zamiast przeprosić za skandaliczne zachowanie zaczyna rozrabiać tym razem w mediach, wypowiada jakieś bzdury o „tradycyjnej niechęci do Polaków”, o tym, że nie dopuści do przejęcia LOT-u przez Lufthansę, o procesie wytoczonym tym liniom. Ma też za złe rodakom w samolocie, że mu nie przyszli z pomocą. Tupet połączony z wyjątkową arogancją.
Zdumiewa jednak co innego – reakcja świata polityki. Nagle znaleźli się użalacze i obrońcy Rokity. Prezes PiS Jarosław Kaczyński nawołuje do „twardej” reakcji wobec władz niemieckich, a wydawać by się mogło w miarę inteligentny Jerzy Szmajdziński przekonuje, że w tej sprawie trzeba być „solidarnym z Janem Rokitą”, to samo powtarza Wojciech Olejniczak. Bije w oczy diametralna różnica między reakcjami ludzi a polityków. Kiedyś mówiło się, że partia oderwała się od mas, teraz można powiedzieć, że partie oderwały się od narodu. Liczą się bardziej z mediami niż opiniami przeciętnego obywatela. Alienacja „klasy politycznej” i grających z nią w jednej drużynie mediów jest coraz większa. Wielkie pieniądze, kult zabawy, przekształcanie życia publiczne w jeden wielki kabaret (a raczej w tragikomedię) – to zjawisko powszechne. Winę za to ponoszą „najwięksi” polskiej sceny politycznej (kabaretowej). Kto bowiem wylansował jako posła RP Nelly Rokitę? Lech Kaczyński, kto latami przekonywał, że Jan Rokita to najinteligentniejszy polski polityki? Media. Dzisiaj zbieramy tego owoce – gość, który miał być premierem chodzi po mieście w marynarce i adidasach, wszczyna awantury za granicą i robi sobie z tego niezłą zabawę, występując w jakimś kompromitującym programie pt. “Czy leci z nami pilot” w koszulce z napisem „Jestem osobą prywatną”. Patrząc na show małżeństwa Rokitów można nawet mieć podejrzenia, że cały incydent sprowokowali celowo, bo dawno o nich nie mówiono, dawno nie byli na pierwszych stronach gazet. No to znowu są.
Za kurtyną tego kabaretu ukrywają się prawdziwe oblicza aktorów. Po raz kolejny do opinii publicznej przeciekły informacje o chamskim zachowaniu się dziennikarzy TVN – najpierw Tomasza Lisa i Hanny Lis (potem Polast, obecnie TVP), a teraz uznawanego za „gwiazdę” Kamila Durczoka. Tacy dziennikarze i tacy politycy wyznaczają standardy w „wolnej Polsce”. Bluzgający na prawo i lewo obelgami i kompromitującymi nas za granicą. I czyż dziwić się należy, że Polska jako państwo ma taką słabą markę na świecie? Mało kto traktuje nas poważnie, bo sami na to ciężko pracowaliśmy. A Rokita próbuje nas przekonywać, że ukrócenie jego pokładowego awanturnictwa to przejaw „tradycyjnej niechęci do Polaków”. A jakże, bo klasa próżniacza jest przecież bez skazy, ona ma zasługi, walczyła o wolność, cierpiała – to teraz może wszystko.

No responses yet

Feb 11 2009

Rokita dostał lekcję praworządności

Published by engelgard under Uncategorized

Janek i Nelly dostali wycisk od niemieckiej policji na pokładzie samolotu „Lufthansy” mającego lecieć z Monachium do Krakowa. Janek najpierw powiesił płaszcz i – a jakże – kapelusz w miejscu nie dla niego przeznaczonym, a potem zaczął się awanturować się i zwyczajnie nie chciał zapiąć pasów. Kapitan niemieckiej maszyny interweniował, ale bezskutecznie, potem do akcji wkroczyła policja i pan Janek został skuty kajdankami i wyprowadzony. Nelly krzyczała „pomocy”, ale nikt z pasażerów Polaków się nie ruszył, bo chcieli jak najszybciej polecieć do domu. Tyle tej historyjki.
Z wypowiedzi pana Janka wynika, że nie rozmulenie on tego, co się wydarzyło. On, bojownik opozycji, obalacz „komuny”, pacyfista i anarchista w jednym, abnegat i narcyz, obrońca mniejszości wszelkiej maści, człowiek roku tygodnika „Wprost”, niedoszły premier rządu RP, były poseł, a obecnie wielki publicysta upadającego Der Dziennika” – został skrzyczany i skuty kajdankami. Uważa, że to skandal, a niemiecka policja kojarzyła mu się z milicją obywatelską z okresu PRL. Tu ma rację, bo MO nie cackała się z łamiącymi prawo, można było dostać pałką za np. załatwianie się w miejscu publicznym czy za zakłócanie ciszy nocnej. Dzisiaj, dzięki wielkiej pracy pana Janka, policja w Polsce boi się własnego cienia, woli zmyć się z miejsca przestępstwa, bo gdyby ostrzej interweniowała, to dopiero by miała kłopoty (media, obrońcy praw człowieka, dzieci itp.). A poza tym, gdyby ujrzała, że wykroczenia dokonuje pan Janek, to by mu się jeszcze ukłoniła.
A w takich Niemczech, zgroza, policja stoi na straży prawa i przepisów! I co najgorsze, nie patrzy kogo skuwa w kajdanki! Poseł nie poseł, prawo jest prawo. Dlatego więc należy uznać, że to dobrze, że pan Janek dostał lekcję praworządności i pokory obywatelskiej. U nas bowiem nikt by się na to nie odważył.

No responses yet

Feb 09 2009

Kołczak – „święty” putinowskiej Rosji

Published by engelgard under Uncategorized

Polscy rusofobi próbują nam wmówić, że w Rosji szerzy się kult ZSRR i Stalina, czyli że panuje tam na dobre ideologiczny i historyczny komunizm. Śledzę uważnie oficjalną telewizję rosyjską i czytam prasę kontrolowaną przez Kreml i stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że jest to bzdura. Jest wręcz odwrotnie – rządowa Rosja postawiła na „białych”, na cara Mikołaja II, na kontrrewolucyjnych generałów – Denikina, Wrangla, Judenicza i Kołczaka. W tej wizji historii Lenin przedstawiany jest jako niemiecki agent, który pozbawiał Rosję owoców zwycięstwa w I wojnie światowej. Stalin może liczyć na więcej uznania, bo to on zlikwidował bolszewików i odwołał się do rosyjskiej tradycji.
Film „Admirał” powstał na zlecenie ministerstwa kultury Rosji, a wcześniej jego powstania domagała się „Jedna Rosja”, partia Putina i Miedwiediewa. Film powstał i od razu zdobył miliony widzów, m.in. dlatego, że władze zachęcają do jego obowiązkowego oglądania młodzież i wojsko. Z tego punktu widzenia film „Admirał” jest ucieleśnieniem oficjalnej polityki historycznej państwa rosyjskiego.
Takie polityczne zlecenia nigdy filmom na dobre nie wychodzą, bo obniżają jego wartość artystyczną. Nie inaczej jest teraz – film wielki nie jest, choć oczywiście jest nieźle zrobiony i zagrany. To takie rosyjskie „Pearl Harbour”, odpowiednik patriotycznego obrazu made in Hollywood. Widzimy więc dzielnego admirała Aleksandra Kołczaka (1874-1920), który walczy na Morzu Bałtyckim z niemieckimi okrętami (pierwsze sceny filmu). Potem widzimy go podczas wizyty w kwaterze cara Mikołaja II, podczas której car (postać wręcz mityczna, a może i mistyczna) wręcza mu ikonę z wizerunkiem Matki Boskiej i błogosławi, tak jakby to admirałowi powierzał los Rosji. Jak wiadomo, Kołczak w tym czasie nie należał do zwolenników upadającego monarchy i poparł jego obalenie. Dopiero potem, kiedy zobaczył do czego zmierza Rosja, zmienił front.  Film jednak o tym nie mówi, a szkoda, bo to wcale nie pozbawiałoby go wartości. Prawda jest czasem lepszym scenarzystą niż lukrowane agitki.
Druga część filmu to zmagania Kołczaka z bolszewikami na Syberii. Widzimy więc przesiąkniętego mistyczną wiarą w Rosję i prawosławie wojskowego próbującego ratować kraj. Przemówienia, publiczne modlitwy (film pokazuje ich kilka), patos. Atak „białych” na pozycje bolszewików jest jak wyjęty z propagandowych filmów sowieckich – powoli się załamuje, gdy nagle siostra miłosierdzia podrywa się do boju i ginie. Wściekli żołnierze rzucają się na przeciwnika i rozpędzają go na cztery wiatry. Potem jest scena sprzedaży Kołczaka przez francuskiego gen. Janin, który dowodzi wojskami koalicyjnymi na Syberii (Czesi, Polacy, Łotysze, Francuzi, Japończycy). Jak wiadomo wojska te zostały zablokowane w Irkucku, na trasie linii transsyberyjskiej, przez eserowców i bolszewików. Ci, za głowę Kołczaka, pozwolili przejechać Czechom dalej. Tutaj Czesi są w tle, sprzedawczykiem jest Janin, symbol Zachodu, który poświęcił Rosję, odpłacając jej za to, że przez 4 lata walczyła za Francję na froncie wschodnim, tracąc miliony ludzi (trochę prawdy w tym jest). Kołczak, symbol zdradzonej Rosji, ginie w nocnej egzekucji, obok starego monastyru, a jego ciało zostaje wrzucone do przerębli.
Film ustępuje dramaturgią i kunsztem reżyserskim sowieckim obrazom typu „Cichy Don”, „Droga przez mękę”, „Czterdziesty czwarty” czy „Bieg”. Tam czuło się dramat rewolucji, dramat ludzi w niej uczestniczących, a także dramat „białych”. To paradoks, ale kino sowieckie z większym wyczuciem oddawało to, co nie udało się twórcom „Admirała”. Tylko że wtedy nie można było pokazać Kołczaka czy Antona Denikina. W „Admirale” jest odwrotnie – mamy Kołczaka, ale brak w nim zwykłych ludzi, po obu stronach barykady. Mimo wszystko zachęcam do obejrzenia – ten film dowodzi bowiem, że Rosja odrzuca bolszewizm i podąża drogą wyznaczoną przez Aleksandra Sołżenicyna.
 

 „Admirał”. Reżyseria: Andriej Krawczuk Scenariusz: Zoya Coudrie, Vladislav Romanov. Obsada: Konstantin Khabensky jako admirał Aleksandr Kołczak, Anna Kowalczuk jako Anna Timiriewa, Sergiej Bezrukow jako Generał Kappel
Nikolai Burliajew jako Car Mikołaj II. Rok produkcji: 2008. Produkcja: Rosja

No responses yet

Feb 06 2009

Korowskie święto i pogoń za mitami

Published by engelgard under Uncategorized

Zadęcie propagandowe wokół 20-lecia okrągłego stołu przyprawia o mdłości. Gadki o „obaleniu komunizmu”, o tym, że „byliśmy pierwsi”, o epokowym wydarzeniu, idą w parze z biadoleniem, jak to Niemcy swoim „obaleniem muru” ukradli nam laur zwycięzcy. Patrząc na „bohaterów” tamtych dni nagle przypominamy sobie upadłą już grupę polityczną pod nazwą KOR – Michnik, Geremek, Kuroń, Wujec, Lityński, Bujak, Frasyniuk, Onyszkiewicz. Kilku z nich już nie żyje, inni znowu mają swoje 5 minut. Tak, wtedy to oni byli „Solidarnością”, to oni rozegrali decydującą partię z gen. Czesławem Kiszczakiem. Takie pokrętne ukoronowanie projektu pod nazwą „Solidarność”. Już w 1980 i 1981 to oni wymyślili i nazwę związku, a potem opanowali jej kierownictwo. W 1989 władza to uznała, wolała ich, niż ogarniętych amokiem radykałów. Bo oni, wspierani przez Zachód, już nie tylko moralnie – byli najlepiej przygotowani do nowego etapu. Wcześniej wyeliminowali jakąkolwiek konkurencję we własnym obozie, albo ta konkurencja sama się wyeliminowała. Dopóki władza nie chciała traktować ich jak partnera, wysoko zawiesili poprzeczkę „patriotyzmu”, oskarżając o „zdradę” takich, którzy nawoływali do rozmów, albo nawet stanowili zagrożenie, że mogą to zrobić. Przekonał się o tym znany działacz katolicki Władysław Siła-Nowicki, zaszczuty przez KOR i paryską „Kulturę” jako „kolaborant”. Kiedy nadszedł czas rozmów, „odrodzona Solidarność” nawet nie zgłosiła go, by był na nich obecny, a potem skrzętnie wykreśliła z listy wyborczej. Taki był los niepokornych. To KOR wygrał wtedy tę rozgrywkę, reszta była tylko tłem.
A teraz słów kilka o mitach. Największy i najgłupszy to ten o „obaleniu komunizmu”. Pomijam już kuriozalność tego terminu. Przede wszystkim nie było w tym czasie w Polsce żadnego „komunizmu”, był tylko, czy aż, system „realnego socjalizmu”, czyli autorytarna dyktatura PZPR. Jeśli „komunizm” w Polsce był, to w stopniu szczątkowym w okresie 1948-1956. Taki wytrych terminologiczny jest kompletnie oderwany od ówczesnych realiów. Po drugie, niczego nie obalono, bo decyzja o stopniowym demontażu systemu zapadła w Moskwie. Gdyby nie Gorbaczow i jego „pierestrojka”, do żadnych „obalań” by nie doszło. Dlatego, kiedy słyszy się teraz owych bohaterów „walki z komuną”, to człowieka szlag trafia, bo nie wiadomo co podziwiać – głupotę tych „kombatantów” czy ich bezbrzeżną śmieszność. Jest i nuta tragizmu w tym wszystkim – tysiące robotników popierających „Solidarność” i wpatrzonych w nią niczym w obraz – zapłaciło za to cenę najwyższą, po prostu pracowali na własną zbędność. Przewidział to jeszcze w 1980 roku Edward Gierek, mówiąc na swoim ostatnim posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR, że „klasa robotnicza” ciężko będzie żałować, że poparła „politycznych hochsztaplerów”.
Czy oznacza to, że okrągły stół należy potępiać, tak jak robią to „ostatni bojownicy z komuną”? Bynajmniej, oni bowiem najchętniej widzieliby szubienice na Placu Zamkowym. To właśnie oni, paradoksalnie, są jednak ojcami chrzestnymi okrągłego stołu, bo tylko oni stanowili solidarnościową alternatywę dla KOR, a więc władza wolała KOR, bo na prawo od niego byli prawie wyłącznie ludzie niepoczytalni.
Czasu już się nie cofnie – nigdy też pewnie nie dowiemy się, czy lepszą drogą dla Polski nie byłoby otwarcie na rynkowe reformy, z utrzymaniem autorytaryzmu. Po dziś dzień przedsiębiorcy z westchnieniem wspominają ustawę o działalności gospodarczej z 1988 roku. Może trzeba było reformować gospodarkę, a dopiero potem myśleć o demokratyzacji? Pewnie tak, tylko że ludzie, którzy stworzyli „Solidarność”, nigdy by do tego nie dopuścili. Trzymali władze w szachu – bo bez nich, bez „poparcia społecznego”, żadne radykalne reformy by się nie udały. Nie pozwoliliby też na takie reformy, które na zawsze wykluczyłyby możliwość ich politycznego zaistnienia. No i doczekali się – KOR i jego mutacje (OKP, UD, UW) urządzały nam Polskę przez lat 15. Skutki niech każdy sobie sam oceni. Teraz zmuszają nas, żeby obchodzić z nimi „święto wolności” i „obalenia komunizmu”. Przepraszam, ale jakoś nie mam ochoty.

No responses yet