Zadęcie propagandowe wokół 20-lecia okrągłego stołu przyprawia o mdłości. Gadki o „obaleniu komunizmu”, o tym, że „byliśmy pierwsi”, o epokowym wydarzeniu, idą w parze z biadoleniem, jak to Niemcy swoim „obaleniem muru” ukradli nam laur zwycięzcy. Patrząc na „bohaterów” tamtych dni nagle przypominamy sobie upadłą już grupę polityczną pod nazwą KOR – Michnik, Geremek, Kuroń, Wujec, Lityński, Bujak, Frasyniuk, Onyszkiewicz. Kilku z nich już nie żyje, inni znowu mają swoje 5 minut. Tak, wtedy to oni byli „Solidarnością”, to oni rozegrali decydującą partię z gen. Czesławem Kiszczakiem. Takie pokrętne ukoronowanie projektu pod nazwą „Solidarność”. Już w 1980 i 1981 to oni wymyślili i nazwę związku, a potem opanowali jej kierownictwo. W 1989 władza to uznała, wolała ich, niż ogarniętych amokiem radykałów. Bo oni, wspierani przez Zachód, już nie tylko moralnie – byli najlepiej przygotowani do nowego etapu. Wcześniej wyeliminowali jakąkolwiek konkurencję we własnym obozie, albo ta konkurencja sama się wyeliminowała. Dopóki władza nie chciała traktować ich jak partnera, wysoko zawiesili poprzeczkę „patriotyzmu”, oskarżając o „zdradę” takich, którzy nawoływali do rozmów, albo nawet stanowili zagrożenie, że mogą to zrobić. Przekonał się o tym znany działacz katolicki Władysław Siła-Nowicki, zaszczuty przez KOR i paryską „Kulturę” jako „kolaborant”. Kiedy nadszedł czas rozmów, „odrodzona Solidarność” nawet nie zgłosiła go, by był na nich obecny, a potem skrzętnie wykreśliła z listy wyborczej. Taki był los niepokornych. To KOR wygrał wtedy tę rozgrywkę, reszta była tylko tłem.
A teraz słów kilka o mitach. Największy i najgłupszy to ten o „obaleniu komunizmu”. Pomijam już kuriozalność tego terminu. Przede wszystkim nie było w tym czasie w Polsce żadnego „komunizmu”, był tylko, czy aż, system „realnego socjalizmu”, czyli autorytarna dyktatura PZPR. Jeśli „komunizm” w Polsce był, to w stopniu szczątkowym w okresie 1948-1956. Taki wytrych terminologiczny jest kompletnie oderwany od ówczesnych realiów. Po drugie, niczego nie obalono, bo decyzja o stopniowym demontażu systemu zapadła w Moskwie. Gdyby nie Gorbaczow i jego „pierestrojka”, do żadnych „obalań” by nie doszło. Dlatego, kiedy słyszy się teraz owych bohaterów „walki z komuną”, to człowieka szlag trafia, bo nie wiadomo co podziwiać – głupotę tych „kombatantów” czy ich bezbrzeżną śmieszność. Jest i nuta tragizmu w tym wszystkim – tysiące robotników popierających „Solidarność” i wpatrzonych w nią niczym w obraz – zapłaciło za to cenę najwyższą, po prostu pracowali na własną zbędność. Przewidział to jeszcze w 1980 roku Edward Gierek, mówiąc na swoim ostatnim posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR, że „klasa robotnicza” ciężko będzie żałować, że poparła „politycznych hochsztaplerów”.
Czy oznacza to, że okrągły stół należy potępiać, tak jak robią to „ostatni bojownicy z komuną”? Bynajmniej, oni bowiem najchętniej widzieliby szubienice na Placu Zamkowym. To właśnie oni, paradoksalnie, są jednak ojcami chrzestnymi okrągłego stołu, bo tylko oni stanowili solidarnościową alternatywę dla KOR, a więc władza wolała KOR, bo na prawo od niego byli prawie wyłącznie ludzie niepoczytalni.
Czasu już się nie cofnie – nigdy też pewnie nie dowiemy się, czy lepszą drogą dla Polski nie byłoby otwarcie na rynkowe reformy, z utrzymaniem autorytaryzmu. Po dziś dzień przedsiębiorcy z westchnieniem wspominają ustawę o działalności gospodarczej z 1988 roku. Może trzeba było reformować gospodarkę, a dopiero potem myśleć o demokratyzacji? Pewnie tak, tylko że ludzie, którzy stworzyli „Solidarność”, nigdy by do tego nie dopuścili. Trzymali władze w szachu – bo bez nich, bez „poparcia społecznego”, żadne radykalne reformy by się nie udały. Nie pozwoliliby też na takie reformy, które na zawsze wykluczyłyby możliwość ich politycznego zaistnienia. No i doczekali się – KOR i jego mutacje (OKP, UD, UW) urządzały nam Polskę przez lat 15. Skutki niech każdy sobie sam oceni. Teraz zmuszają nas, żeby obchodzić z nimi „święto wolności” i „obalenia komunizmu”. Przepraszam, ale jakoś nie mam ochoty.