Rewolucja pożera swoje dzieci. To sprawdza się w każdym czasie. Oto Piotr Gontarczyk, zaatakował książkę Pawła Zyzaka pt. „Lech Wałęsa – idea i historia”, zarzucając jej braki warsztatowe i infantylizm. Sam Gontarczyk do niedawna uchodził za jastrzębia, po tym, jak ze Sławomirem Cenckiewiczem opublikował pracę „SB a Lech Wałęsa”. Okazuje się, że radykalizm zawsze można podkręcić i nagle okazuje się, że ktoś, kto jeszcze do niedawna był na skrajnym skrzydle, nagle znajduje się w centrum. To jest mechanizm każdego procesu rewolucyjnego, a przecież w sferze „nauk historycznych” mamy do czynienia z procesem rewolucyjnym przeprowadzanym pod szczytnym hasłem „walki o prawdę”.
Pragnę powiadomić czytelników, że prawie 700-stronicową książkę Pawła Zyzaka przeczytałem od początku do końca. Mogę więc z czystym sumieniem wypowiedzieć się o niej w przeciwieństwie do tych, którzy jej nie czytali a zabierają głos. Z góry też pragnę stwierdzić, że książka jest atakowana nie za to, za co atakowana być powinna. Krytycy koncentrują się na początkowych rozdziałach książki, w których autor pisze o młodości Lecha Wałęsy, przytaczając relacje osób z jego rodzinnej miejscowości. Nie wydaje mi się, żeby to była najbardziej bulwersująca część książki. Bowiem, nawet gdyby okazało się, że większość tych relacji to prawda (a tak może być), to co to zmienia? Przyłapanie Wałęsy na przemilczeniach i kłamstewkach dotyczących młodości to jest rzecz normalna. Wielu znanych ludzi ukrywało i ukrywa swoją młodość jako nie pasującą do późniejszego obrazu herosa. Przykładów jest multum, by wymienić tylko Francois Mitterranda, czy Józefa Stalina. Pewne wydarzenia i zachowania z młodości stają się dla większości takich ludzi niezbyt wygodne. Prezydenci USA też ukrywali swoje młodzieńcze grzeszki (Clinton ćpał, a Bush jr pił). Na tym tle Wałęsa, biorąc pod uwagę jego pochodzenie, jest raczej przypadkiem umiarkowanym. Owszem, może to być dla niego nieprzyjemne (zwłaszcza sprawa nieślubnego dziecka), ale teraz, kiedy jego polityczna rola nie jest już znacząca, nie ma to większego znaczenia.
O wiele bardziej interesujące są następne rozdziały tej książki. Autor patrzy na wszystkie wydarzenia lat 70. i 80. oczami z jednej strony bezpieki (SB), z drugiej garstki sfrustrowanych dzisiaj radykałów z Wolnych Związków Zawodowych (WZZ). Ta swoista symbioza sprawia, że całościowy obraz życia Wałęsy oraz obraz wydarzeń z tych lat jest nie niebywale tendencyjny. Brak jest rzetelnych ocen i szerszej perspektywy. Autorowi układa się wszystko w logiczną całość – Wałęsa to „przypadek w historii”, od samego początku „prowadzony” przez SB, a potem przez PZPR. I chociaż autor omawiając późniejsze losy Wałęsy nie jest w stanie złapać go za rękę, to jednak cały czas unosi się nad narracją cień wielkiej tajemnicy. Tok myślenia autora, jego wysiłki, by skierować czytelnika na „właściwe tory” – jest aż nadto widoczny. Przyznać trzeba, że autor jest szalenie wnikliwy, rozpracowuje na czynniki pierwsze szereg epizodów z życia Wałęsy, ale odnosi się wrażenie, że chodzi tu o udowodnienie z góry przyjętej tezy. Najpierw agent, a potem oszust prowadzący de facto grę z władzami PRL, które były dla niego punktem odniesienia. No i do tego mitoman i konfabulant, pyszałek i prymityw, cham i spryciarz nad spryciarze. Zyzak podsuwa czytelnikowi gotowe oceny – po 1970 roku Wałęsa poprawia swój status materialny, bo… tu niedopowiedzenie, ale sugestywne, bo władze mu pomagają (mieszkanie). Ma samochód już w młodości – też podejrzane. Zwalniają go z pracy? Niby sprzeczność, ale tylko pozorna – SB uwiarygodniała w ten sposób swoich ludzi. Tak oto, każde wydarzenie można zinterpretować w myśl z góry przyjętej tezy. Obojętne, co delikwent zrobi – świadczy przeciwko niemu. Np. jest strajk i nagle Wałęsa znika na dwie-trzy godziny. Gdzie w tym czasie był? To jasne – na konsultacjach w siedzibie partii albo bezpieki. Ktoś go tam widział, a jakże jest relacja. Zyzak nigdy nie stara się zdystansować się od takich przekazów lub nawet próbować je zweryfikować.
Najbardziej ciekawe w tej książce jest to, że jej autor atakuje Wałęsę za coś, co było jego ewidentną zasługą. Zaczyna się już w grudniu 1970 roku, kiedy Wałęsa stara się nie doprowadzić do przelewu krwi, wzywając robotników do nie wychodzenia na ulice Gdańska. Jego postawa jest koncyliacyjna, nie rewolucyjna. Co na to autor? Ano, że de facto nie wspierał on „powstańców” (cóż za terminologia, w ogóle nie odpowiadająca ówczesnej rzeczywistości) i grał na zachowanie status quo. Takie same zarzuty padają i przy omawianiu okresu Sierpnia i lat 1980-1981. Wałęsa gaszący strajki, przeciwstawiający się radykalizmowi i jego eksponentom, ogrywający Gwiazdę i Kuronia – jest dla autora godny potępienia. Pisząc o tym nurcie Solidarności nazywa ją tzw. opcją „umiarkowaną”, co wskazuje na wyraźną jej dyskwalifikację. Chociaż tego nie precyzuje jasno, to dla niego ta opcja była po prostu opcją zdrady. Ta zdrada to także umiarkowani doradcy i Kościół katolicki ze Stefanem Wyszyńskim i Józefem Glempem na czele. Ale cóż się dziwić, skoro Episkopat, jak pisze autor, był przetkany Tajnymi Współpracownikami. W ogóle wyliczanie ilu było TW w jakiej instytucji należy do ulubionych zajęć autora – to jest uniwersalny wytrych, jeśli nie da się czegoś wyjaśnić.
Np. konflikt w Bydgoszczy. Autor pisze najpierw, że Wałęsa przez telefon zdystansował się od hucpy z udziałem Jana Rulewskiego, po czym milicja, która przecież musiała wiedzieć z podsłuchu, jakie jest stanowisko szefa Solidarności, natychmiast wtargnęła do budynku WRN i „brutalnie zmasakrowała” obecnych tam działaczy „S”. Każdy, to żył w tym czasie w Polsce i widział, do czego doszło w grodzie nad Brdą – może się nieźle uśmiać. Zamiast drążyć motyw postawy Rulewskiego, uznanej powszechnie za prowokacyjną – autor zajmuje nas opowiastką o „masakrowaniu” z winy Wałęsy. Takich przypadków w tej pracy jest wiele – chcąc nie chcąc, autor, ponoć działacz „prawicy”, staje po jednej stronie z Jackiem Kuroniem, Karolem Modzelewskim i Władysławem Frasyniukiem (czyli z KOR-em) oraz z ich ówczesnymi narzędziami, jakimi byli działacze WZZ z Andrzejem Gwiazdą na czele, a przeciwko Kościołowi, doradcom w rodzaju Wiesława Chrzanowskiego czy Władysława Siła-Nowickiego, no i rzecz jasna przeciwko swojemu negatywnemu bohaterowi, czyli Wałęsie. Nigdy zaś nie stara się odpowiedzieć na pytanie, do czego wiodła radykalna opcja? Jaki był jej cel i jakie mogły być dalekosiężne skutki dla Polski i całego narodu? To go nie interesuje, albo zbywa to tak powszechnymi obecnie infantylnymi opiniami, że Polsce nic wtedy ze strony ZSRR nie groziło! Radykalni antykomuniści wierzący niczym w Ewangelię w enuncjacje dygnitarzy KC KPZR – to jeden ze zdumiewających paradoksów naszych czasów.
Owszem, szereg faktów i ocen w omawianej książce jest nawet do przyjęcia. Przede wszystkim ta, że Wałęsa wcale nie zamierzał w latach 70. i 80. „obalać komunizmu”. Jego dzisiejsze enuncjacje na ten temat są rzeczywiście śmieszne. Zresztą wtedy prawie nikt tego nie zamierzał, w ogóle taki problem nie istniał w świadomości solidarnościowych mas. Ta „walka z komuną” to jest wymysł chorych umysłów obecnego czasu. KOR i WZZ chciały wtedy „poprawić socjalizm”, w duchu trockizmu i samorządowej antypaństwowej utopii. Opisał to już wnikliwie w latach 90. działacz opozycji Lech Mażewski, który niestety musiał zamilknąć, bo pisał prawdy nie do przyjęcia z punktu obcej mitologii solidarnościowej. Na tym tle „poprawiaczy socjalizmu” i rewolucjonistów inspirowanych przez fanatyzm Kuronia i Modzelewskiego – Lech Wałęsa, ze swoimi wszystkimi wadami i ułomnościami – był postacią dla Polski wręcz zbawienną. Taka już jest historia – człowiek znajduje się w określonym momencie w odpowiednim miejscu i dokonuje rzeczy niezwykłych. Potem może się skompromitować, zniknąć ze sceny, może nawet zostać znienawidzony, ale tego dokonania nikt mu nie zabierze. I tak było z Lechem Wałęsą. I tego mu Paweł Zyzak nie odbierze, choćby nie wiem jak się starał.