Archive for April, 2009

Apr 27 2009

Deutsche LOT?

Published by engelgard under Uncategorized

Czy może zniknąć z powierzchni firma istniejąca od 1929 roku, narodowy przewoźnik lotniczy, wizytówka naszego kraju na świecie? Owszem, może. Co prawda trudno uwierzyć, by – jak alarmuje „Rzeczpospolita” – stało się to w ciągu dwóch-trzech tygodni, ale w ciągu kilku miesięcy czy najbliższego roku – a jakże. To zdumiewające, że firma, która trzy lata temu miała zysk na poziomie 500 mln złotych, może tak szybko upaść. Fatalna sytuacja firmy to nie przypadek, w ciągu czterech lat miała aż dziewięciu prezesów (z reguły niekompetentnych), stanowiła klasyczny partyjny łup dla kolejnych ekip partyjno-rządowych, była przechowalnią dla „swoich”, by wspomnieć największe kuriozum, jakim było zasiadanie w Radzie Nadzorczej LOT-u… Władysława Bartoszewskiego, jak wiadomo wybitnego znawcę transportu lotniczego.
To tak musiało się skończyć, przerosty zatrudnienia, agresywne związki zawodowe, nadmiar zarządów i struktur (LOT, Eurolot, Centralwings), nietrafione decyzje i wpadki (klapa z uruchomieniem połączenia do Pekinu, opóźnienia z dostawą nowych samolotów typu Boeing 787 itp.). Kiedy porówna się siatkę połączeń czeskich linii CSA, to okazuje się, że LOT, mający zaplecze w prawie 40-milionowym kraju, ustępuje południowemu sąsiadowi o parę długości. Staje się powoli linią lokalną, dostarczająca pasażerów do wielkich lotnisk Europy. A nad LOT-em krąży już niczym sęp Deutsche Lufthansa, być może jedyna linia, która może uratować polskiego przewoźnika. Ale ten ratunek będzie oznaczać dalszą marginalizację i sprowadzenie firmy do roli Deutsche LOT. 
Mając na uwadze brak chęci polskiego rządu do ratowania firm państwowych, by wspomnieć tylko sprawę stoczni, los LOT-u nie rysuje się optymistycznie. W Europie mieliśmy już spektakularne upadłości wielkich linii narodowych, takich jak Swissair czy Sabeny, upadły też bułgarskie linie Balkan. Dlaczego nie miałby paść LOT? Nadzieja jest tylko taka, że upadek jakiejś linii prawie zawsze oznacza natychmiastowe powstanie na jej miejsce nowej – np. na miejsce Swissair błyskawicznie powstała nowa linia Swiss, a na miejsce Sabeny Brussels Airlines. To jeden z ratunków – upadłość i natychmiastowe odrodzenie pod inną nazwą, ale z tymi samymi aktywami. Można też pójść inną drogą – jaką poszli Włosi, którzy nie dopuścili do bankructwa i przejęcia przez obcy kapitał swojej  Alitalia – organizując wsparcie ze strony rodzimego prywatnego kapitału. Wyjść jest więc kilka, ale na dzisiaj najbliżej LOT-u jest Lufthansa.

No responses yet

Apr 25 2009

Wykończone kolebki Sierpnia 80

Published by engelgard under Uncategorized

Polskie stocznie przez dziesiątki lat były w czołówce światowego przemysłu okrętowego, miały zamówienia i liczną, znakomitą kadrę. To paradoks, że właśnie w nich zaczął się protest przeciwko rzeczywistości PRL. Po latach, jak na ironię, w „wolnej Polsce” stocznie te są grzebane bez jakiegokolwiek protestu. Media zajmują się wszystkim – „małpkami” Palikota, spotem PiS przeciwko PO, Anną Fotygą i jej „poranieniem” – milczą jednak jak grób w obliczu wydarzenia jakże symbolicznego – zarżnięcia polskiego przemysłu okrętowego. Posłowie RP, zajęci kuglarstwem i sporami o nic – też milczą. Na tym tle rozlega się tylko głos byłego senatora PO – Krzysztofa Zaremby, wnuka legendarnego pierwszego prezydenta Szczecina – Piotra Zaremby. Tylko on od miesięcy toczył nierówną walkę o Stocznię Szczecińską.
Krzysztof Zaremba napisał do premiera list otwarty, w którym naciska o podjęcie działań zmierzających do zastopowania procesu likwidacji przemysłu stoczniowego. W liście czytamy m.in. że inne kraje Unii Europejskiej wspierają własną gospodarkę, co zmienia warunki, jakie Polska wynegocjowała z Komisją Europejską. Zaremba chce, aby premier interweniował w Komisji Europejskiej, aby termin działania specustawy stoczniowej można było przedłużyć co najmniej o rok. Senator sugeruje w liście, że rząd powinien objąć stocznie “parasolem ochronnym” i aktywnie bronić takiego postępowania przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.
Słusznie, tylko że nikt mu w tej walce nie pomógł, a własna partia zwyczajnie wypchnęła go ze swoich szeregów. Sugeruje się, że senator obraził się, bo nie wystawiono go do europarlamentu. Tyle tylko, że Zaremba walczy o stocznie od paru lat, trudno więc zgodzić się z tą opinią. To raczej ostatni Mohikanin, skazany na klęskę, bo „nie zrozumiał naszych czasów”. Tyle tylko, że tak naprawdę, to nasze „elity” chyba tego świata nie rozumieją. Owszem, politycy na Zachodzie maja gęby pełne frazesów o wolnym rynku, swobodnej wymianie handlowej, niskich podatkach. W rzeczywistości jednak każde państwo zachodnie pilnuje z determinacją swoich interesów, by wymienić tylko Niemcy, Francję czy Włochy. Wolny rynek” – owszem, to dobre hasło, ale dla naiwnych państw „nowej Europy”.  Litwa, Estonia, Łotwa, Polska – tam niech sobie stosują wolny rynek, na pożytek nas, starych państw Unii. No i Niemcy wcale nie muszą zamykać swoich stoczni za udzielanie im pomocy publicznej, a nam to zalecono. I co zrobił polski rząd? Uznał to za słuszne z dwóch powodów – po pierwsze, ideologicznych, bo to przecież zgodne z założeniami „wolnego rynku”, i po drugie, bo zwyczajnie nie miał chęci do obrony stoczni uznając, że to – jak swego czasu stwierdził wysoko postawiony działacz AWS – wrzód na d…. Stoczniowcy już swoją rolę odegrali, „obalili komunę”. Teraz zaś fora ze dwora. To że polski przemysł stoczniowy był na najwyższym światowym poziomie i że można go było stosunkowo łatwo uratować – nie podlega kwestii. Tylko nikomu się nie chciało, dlatego zbójecki werdykt Komisji Europejskiej (zbójecki, bo te reguły gry nie są w Unii stosowane wobec wszystkich) przyjęto zacierając ręce  z radości – no bo wreszcie można było zasłonić się „świętymi” zasadami Unii Europejskiej. Stocznie, a raczej miejsca po nich pozostałe, będą teraz tylko miejscami obłudnych uroczystości rocznicowych upamiętniających zryw polskiego robotnika ku własnej zgubie.

No responses yet

Apr 21 2009

Gomułka „sowiecki patriota” i Musiał „polski historyk”

Published by engelgard under Uncategorized

Od kilku lat mamy do czynienia w nauce historii ze zjawiskiem terroryzmu intelektualnego polegającego na kreowaniu jedynie słusznej linii pod hasłem „agenci komuny”. PRL to „sowiecka okupacja”, jedynymi patriotami byli ci, co zginęli, ci co przeżyli są od razu podejrzani o „kolaborację” lub wprost o „agenturalność”. Ludzie dzielą się na TW, OZI lub KO, jest owszem garstka sprawiedliwych, ale jest ona coraz węższa. Kiedy czyta się teksty tych „nowych” historyków, to człowiek pamiętający tamte czasy zastanawia się nad jednym – czy ci ludzie naprawdę wierzą w to, co piszą? Czy naprawdę uważają, że rzeczywistość powojenną da się tak łatwo pomalować farbami czarną i białą? Wydaje się, że tak właśnie myślą, przynajmniej ci z nowego wysypu, dla których „walka z komuną” jest realizacją jakiegoś młodzieńczego marzenia o czymś wzniosłym i wielkim. To, że przy okazji sprowadzają nauki historyczne do poziomu stalinowskiej propagandy a rebours – im nie przeszkadza. Jednak nie można godzić się na taki terroryzm, bo wszyscy zgłupiejemy.
Czytam oto tekst Bogdana Musiała („Rzeczpospolita”, 18.04.2009). Pisze on o przełomie roku 1948 w świetle raportu sowieckiego ambasadora w Polsce Wiktora Lebiediewa. Według niego grupa Władysława Gomułki miała „antysowieckie poglądy”, Spychalski był według ambasadora wrogo nastawiony do sowieckich oficerów w Wojsku Polskim, a Kliszko zaś był „bardzo podejrzanym osobnikiem”. Dla Moskwy Gomułka był więc jednoznacznie „polskim szowinistą”. Ale Musiał wie lepiej. W jego ocenie Gomułka to „sowiecki agent od końca lat 20. oraz członek Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego”, który „od roku 1926 był prawdziwie sowieckim patriotą”. Sentencję tę powtarza dalej: „Postać Gomułki w związku z jego aresztowaniem obrosła legendą prześladowanego „polskiego patrioty”, ale w rzeczywistości był on sowieckim patriotą”. Taaak, oto klasyczny przykład historycznego kanibalizmu. Z jednej strony autor, mający dostęp do rosyjskich archiwów cytuje bardzo ciekawe dokumenty (raporty Lebiediewa), ale wnioski jakie wyciąga i rzucane niby mimochodem oceny – są na poziomie szkoły średniej. Poza tym, razi nie tylko drastyczność sądów, ale unoszący się nad tym wszystkim swąd absurdu, objawiający się w całkowitym niezrozumieniu niuansów opisywanej epoki. To nie są naukowe sądy, to są opinie z notatnika agitatora. 
Gomułka od 1926 roku nie był członkiem „Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego”, bo był, po pierwsze, członkiem Komunistycznej Partii Polski (KPP), a po drugie, w 1926 nie funkcjonowała nazwa wymieniona przez Musiała, tylko Wszechzwiązkowa Komunistyczna Partia Bolszewików (WKPb). KPP z punktu widzenia formalnego była inną organizacją. Musiał dokonuje oczywiście skrótu myślowego (WKPb = KPP), ale nie może tak robić ktoś mający tytuł naukowy. To jest po prostu robienie ludziom wody z mózgu. Tak może czynić marny publicysta, ale nie doktor historii!
 Można zgodzić się tezą, że KPP, a potem PPR była zależna od Moskwy, i że Gomułka czuł się członkiem internacjonalistycznego ruchu robotniczego. Jednak to nie uprawnia do twierdzenia, że był , na równi z Bermanem, Mincem i Zambrowskim „sowieckim patriotą”. Gomułka uważał, że można być internacjonalistą i polskim patriotą (tak jak to rozumiał). Zresztą dał temu dowód swoją postawą w latach 1945-1948. Niczym więc nie dziwią opinie Lebiediewa opisujące go jako „polskiego szowinistę”, którym oczywiście nie był, ale którego dążenie do zachowania polskiego oblicza „rewolucji” ogromnie irytowało Moskwę. Czy tak postępuje „agent”, jak o Gomułce pisze Musiał? I co w ogóle w tym przypadku autor ma na myśli? Czy wedle niego Gomułka to „agent NKWD” czy też „agent” innego rodzaju? Posługiwanie się takimi słowami wytrychami jest nieuprawnione i zwyczajnie głupie.
I na koniec jedna uwaga. Bogdan Musiał wyjechał z Polski w 1985, prosząc w RFN o „azyl polityczny”, potem w 1992 roku został obywatelem Niemiec. Przez lata takie wybory uznawano w Polsce za zdradę i tak sądzili także żyjący nad Wisłą antykomuniści. Dlatego też na miejscu Musiała byłbym ostrożny w ferowaniu wyroków na temat tego kto był a kto nie był „sowieckim patriotą”. I jeszcze jedno – to co tu piszę nie wynika z jakichś sympatii do „komuny”, tylko z troski o to, by naszej historii nie pisano przy pomocy propagandowej pałki.

No responses yet

Apr 16 2009

Tylko Sendlerowa?

Published by engelgard under Uncategorized

Media i tzw. ośrodki opiniotwórcze mają nowy temat – TVP pod rządami Piotra Farfała nie chce uczestniczyć w produkcji filmu amerykańskiej firmy Hallmark o Irenie Sendlerowej. Oto co podała PAP:
„Polska będzie koproducentem filmu o Irenie Sendlerowej, pomimo wycofania się Telewizji Polskiej – poinformowano na konferencji prasowej zorganizowanej w siedzibie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w Warszawie. Zorganizowano 5 milionów złotych jako polski wkład, w przeciwnym razie Polska straciłaby wszelkie prawa do niemal gotowego już filmu – powiedział minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski.    Do tego jednak nie dojdzie, bo Polski Instytut Sztuki Filmowej daje 2,5 mln złotych, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – 1,5 mln złotych, Telekomunikacja Polska – 1 mln złotych, a resztę zapewnia polski producent. Głównym producentem jest amerykańska wytwórnia Hallmark  
Według szefowej Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Agnieszki Odorowicz, nie było w tej sprawie formalnej umowy ze strony Telewizji Polskiej, ale poprzedni prezes Andrzej Urbański zadeklarował w rozmowach z Amerykanami udział TVP w finansowaniu produkcji. Natomiast obecny prezes Piotr Farfał nie odbiera telefonów i nie odpisuje na listy amerykańskiego producenta – dodała Agnieszka Odorowicz. Minister Kultury Bogdan Zdrojewski podkreślił, że nie możemy sobie pozwolić na wycofanie się z filmu o polskiej bohaterce. W roli Ireny Sendlerowej wystąpi Anna Paqiun, grają też polscy aktorzy, a muzykę napisał Jan A.P. Kaczmarek. Film pod tytułem “Dzieci pani Ireny” o Polce, która uratowała 2 i pół tysiąca żydowskich dzieci w czasie okupacji, będzie miał premierę 13 kwietnia w Los Angeles, zaś 19 kwietnia wyemituje go telewizja CBS. Polska premiera przewidziana jest na 31 sierpnia”.
Nie wiem jak to było i jest z udziałem TVP w tym przedsięwzięciu. Ale wiem jedno, że zdanie z końcówki tej informacji, zdanie powtarzane przez wszystkie media, o tym, że Sendlerowa „uratowała 2 i pół tysiąca żydowskich dzieci w czasie okupacji” – jest to zwyczajne kłamstwo. Pisałem już o tym, ale trzeba bębnić na ten temat stale. Po pierwsze, Sendlerowa tylko (a może jak ktoś chce aż) współuczestniczyła w akcji ratowania dzieci żydowskich. Sama zwyczajnie nic by nie zrobiła. Po drugie, główną rolę w tej akcji odgrywali ludzie skupieni wokół Zofii Kossak i Jana Dobraczyńskiego, a więc z kręgów katolickich i narodowych. To dzięki nim dzieci otrzymywały fałszywe świadectwa chrztu (organizowane przez Dobraczyńskiego) i były lokowane w klasztorach katolickich. Tylko tam bowiem były bezpieczne. Sendlerowa sama w latach 60. przyznawała, że była tylko małym trybikiem w tej maszynerii. Ona sama, wywodząca się ze środowisk lewicowych, nie miała tzw. kontaktów, by zapewnić ratunek tym dzieciom.
Począwszy od 1989 roku tzw. ośrodki opiniotwórcze z uporem zacierają wszelką pamięć o Kossak i Dobraczyńskim, lansują zaś z wielkim uporem Sendlerową, tak jakby była tylko ona. TVP nigdy nie wyemitowała wstrząsającego filmu pt. „W cieniu nienawiści” (scenariusz na motywach noweli J. Dobraczyńskiego pt. „Ewa”), który opowiada o tym epizodzie. Proponuję prezesowi TVP – niech wyemituje ten film po 20.00 – w porze największej oglądalności.

No responses yet

Apr 14 2009

Katyń, KGB, Gorbaczow

Published by engelgard under Uncategorized

Nie lada problem mają polscy zwolennicy antyputinowskiej opozycji w Rosji. Jeszcze niedawno wylewano krokodyle łzy nad losem walczących z dyktaturą dzielnych opozycjonistów, ukrywając przed opinią publiczną, że w ogromnej większości są to nawiedzeni bolszewicy i czarna sotnia. Wszystko było dobre, byle dołożyć Putinowi. Jednak ta mistyfikacja nie mogła trwać długo. Oto bowiem nasi rycerze wolności i demokracji zorganizowali w Moskwie, w ramach tzw. Zgromadzenia Narodowego, debatę, w której obwieszczono, że dokumenty w sprawie odpowiedzialności NKWD i Stalina za Katyń zostały spreparowane przez KGB na polecenie Michaiła Gorbaczowa.  
Oto relacja z tej „imprezy” w depeszy PAP: „Organizatorzy zaprezentowali 35-minutowy film dokumentalny “Katyńska podłość”. Jego autor – znany z antypolskich publikacji i wystąpień dziennikarz Jurij Muchin – przekonywał, że Polaków rozstrzelało nie NKWD w 1940 roku, lecz hitlerowcy w 1941 roku. Według Muchina, podpisana przez Stalina i innych członków Politbiura KC WKP(b) uchwała z 5 marca 1940 roku, skazująca polskich jeńców na śmierć, podobnie jak inne dokumenty, potwierdzające odpowiedzialność ZSRR za zbrodnię katyńską, zostały sfałszowane przez KGB. Jego zdaniem, stało się pod koniec lat 80. na polecenie ówczesnego sekretarza generalnego KC KPZR Michaiła Gorbaczowa, a uczyniono to, aby rozbić Układ Warszawski, a jego wschodnioeuropejskich członków wciągnąć do NATO. Muchin zarzucił też władzom Federacji Rosyjskiej, że te bez rozpatrzenia sprawy przez sąd uznały winę Rosji, jako spadkobierczyni ZSRR, za zbrodnię katyńską (…) Zgromadzenie Narodowe zawiązało się w maju 2008 roku z inicjatywy opozycyjnej koalicji Inna Rosja. W jego pracach uczestniczy 85 ugrupowań nacjonalistycznych, lewicowych i liberalnych, występujących przeciwko polityce Kremla. Oprócz Zjednoczonego Frontu Obywatelskiego (OGF) Garriego Kasparowa i zdelegalizowanej Partii Narodowo-Bolszewickiej (PNB) Eduarda Limonowa, tj. dwóch największych formacji tworzących Inną Rosję, są to m.in. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego (KPZR) Olega Szenina, Rosyjska Partia Komunistyczna-Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego (RPK-KPZR) Aleksieja Prigarina i Awangarda Czerwonej Młodzieży (AKM) Siergieja Udalcowa. Wśród organizacji reprezentowanych w Zgromadzeniu Narodowym znalazła się również Armia Woli Narodu (AWN), na której czele stoi Muchin. W zamyśle animatorów tej inicjatywy Zgromadzenie Narodowe ma być forum dla cywilizowanej debaty o przyszłości Rosji”.
Obecność w tym towarzystwie Garri Kasparowa sprawia, że część mediów w Polsce podjęła próbę ocenzurowania tej relacji, nie wymieniając w ogóle składu owego Zgromadzenia Narodowego, tak jak parę miesięcy temu wycięto w depesz fakt pobicia przez rosyjską milicję szefa nacjonal-bolszewików Eduarda Limonowa, bo to osłabiało wydźwięk informacji, że w Moskwie biją demokratów. Teraz jednak sprawa jest poważniejsza, bo dotyka kwestii dla Polaków bardzo ważnej. Dlatego też „Gazeta Wyborcza”, pilotująca u nas „demokratyczną opozycję” w Rosji, zmuszona została do zajęcia jasnego stanowiska. Wacław Radziwonowicz napisał: „Zgromadzenie Narodowe to bowiem niezbyt udany zlepek tych, którzy mówią Putinowi “nie” z różnych powodów. W tym luźnym zbiorowisku, które zresztą od chwili powstania w ubiegłym roku nigdy się nie zebrało, jest również sporo oszołomów. Niedzielny wyskok Muchina i jemu podobnych nie jest głosem rosyjskiej opozycji. I nie ma znaczenia. Jednak Kasparow i inni rosyjscy demokraci powinni przypomnieć sobie postawę sławnego obrońcy praw człowieka Siergieja Kowaliowa. Odmówił on uczestnictwa w Zgromadzeniu Narodowym, mówiąc, że nic go nie połączy z tymi, którzy “wychodzą na ulicę z portretami Stalina”. Kowaliow miał rację – w takim towarzystwie można zejść na manowce”.
Tak naprawdę jednak, to przyznanie się do kardynalnej pomyłki. Adam Michnik w swoim zacietrzewieniu antyputinowskim rzucił się w ramiona skrajnych bolszewików i nawiedzeńców i teraz znalazł się w sytuacji co najmniej głupiej. Ale ta sprawa ma jeszcze jeden wymiar – okazało się bowiem raz jeszcze, że trudne kwestie w relacjach polsko-rosyjskich należy rozwiązywać z władzami Federacji Rosyjskiej, bo tylko one są właściwym i odpowiedzialnym partnerem. Próby grania przeciwko nim a to przy pomocy skądinąd szlachetnego „Memoriału”, czy to przy pomocy bolszewickiej „demokratycznej opozycji” to droga donikąd. To także sprawia, że rosyjskie sądy seryjnie odrzucają pozwy polskich obywateli w sprawie rehabilitacji ofiar. Nigdy jednak – co charakterystyczne – nie zakwestionowały odpowiedzialności organów bezpieczeństwa ZSRR za zbrodnię. Czy jednak taka wojna podjazdowa jest sensowna? Czy nie lepiej skoncentrować się na dialogu historyków Polski i Rosji w celu ujawnienia wszystkich dokumentów i ustalenia miejsc straceń na terenie dzisiejszej Ukrainy? 
Rosja oficjalna uznała zbrodnię katyńską za dzieło NKWD i Stalina, Rosja ujawniła dokumenty w tej sprawie udostępniając je polskiej stronie, Rosja otworzyła na swoim terytorium cmentarze wojenne, w tym w Katyniu. Jeśli nadal ta sprawa stanowi problem we wzajemnych stosunkach, to jest m.in. efekt nadmiernego u nas jej upolitycznienia. Katyń stał się, niestety, kartą w grze przeciwko Rosji współczesnej. Nasze media mówią o Katyniu tak, jakby prawda o tej zbrodni w ogóle nie została ujawniona. Zapomina się też, że gros dokumentów dotyczących mordów NKWD na terenie dzisiejszej Ukrainy znajduje się w archiwach znajdujących się pod kontrolą służb specjalnych podległych prezydentowi Wiktorowi Juszczence. Dokumenty te, także te dotyczące działalności OUN-UPA, są ściśle reglamentowane.

No responses yet

Apr 12 2009

Zyzakowa historia

Published by engelgard under Uncategorized

Rewolucja pożera swoje dzieci. To sprawdza się w każdym czasie. Oto Piotr Gontarczyk, zaatakował książkę Pawła Zyzaka pt. „Lech Wałęsa – idea i historia”, zarzucając jej braki warsztatowe i infantylizm. Sam Gontarczyk do niedawna uchodził za jastrzębia, po tym, jak ze Sławomirem Cenckiewiczem opublikował pracę „SB a Lech Wałęsa”. Okazuje się, że radykalizm zawsze można podkręcić i nagle okazuje się, że ktoś, kto jeszcze do niedawna był na skrajnym skrzydle, nagle znajduje się w centrum. To jest mechanizm każdego procesu rewolucyjnego, a przecież w sferze „nauk historycznych” mamy do czynienia z procesem rewolucyjnym przeprowadzanym pod szczytnym hasłem „walki o prawdę”.
Pragnę powiadomić czytelników, że prawie 700-stronicową książkę Pawła Zyzaka przeczytałem od początku do końca. Mogę więc z czystym sumieniem wypowiedzieć się o niej w przeciwieństwie do tych, którzy jej nie czytali a zabierają głos. Z góry też pragnę stwierdzić, że książka jest atakowana nie za to, za co atakowana być powinna. Krytycy koncentrują się na początkowych rozdziałach książki, w których autor pisze o młodości Lecha Wałęsy, przytaczając relacje osób z jego rodzinnej miejscowości. Nie wydaje mi się, żeby to była najbardziej bulwersująca część książki. Bowiem, nawet gdyby okazało się, że większość tych relacji to prawda (a tak może być), to co to zmienia? Przyłapanie Wałęsy na przemilczeniach i kłamstewkach dotyczących młodości to jest rzecz normalna. Wielu znanych ludzi ukrywało i ukrywa swoją młodość jako nie pasującą do późniejszego obrazu herosa. Przykładów jest multum, by wymienić tylko Francois Mitterranda, czy Józefa Stalina. Pewne wydarzenia i zachowania z młodości stają się dla większości takich ludzi niezbyt wygodne. Prezydenci USA też ukrywali swoje młodzieńcze grzeszki (Clinton ćpał, a Bush jr pił). Na tym tle Wałęsa, biorąc pod uwagę jego pochodzenie, jest raczej przypadkiem umiarkowanym. Owszem, może to być dla niego nieprzyjemne (zwłaszcza sprawa nieślubnego dziecka), ale teraz, kiedy jego polityczna rola nie jest już znacząca, nie ma to większego znaczenia.
O wiele bardziej interesujące są następne rozdziały tej książki. Autor patrzy na wszystkie wydarzenia lat 70. i 80. oczami z jednej strony bezpieki (SB), z drugiej garstki sfrustrowanych dzisiaj radykałów z Wolnych Związków Zawodowych (WZZ). Ta swoista symbioza sprawia, że całościowy obraz życia Wałęsy oraz obraz wydarzeń z tych lat jest nie niebywale tendencyjny. Brak jest rzetelnych ocen i szerszej perspektywy. Autorowi układa się wszystko w logiczną całość – Wałęsa to „przypadek w historii”, od samego początku „prowadzony” przez SB, a potem przez PZPR. I chociaż autor omawiając późniejsze losy Wałęsy nie jest w stanie złapać go za rękę, to jednak cały czas unosi się nad narracją cień wielkiej tajemnicy. Tok myślenia autora, jego wysiłki, by skierować czytelnika na „właściwe tory” – jest aż nadto widoczny. Przyznać trzeba, że autor jest szalenie wnikliwy, rozpracowuje na czynniki pierwsze szereg epizodów z życia Wałęsy, ale odnosi się wrażenie, że chodzi tu o udowodnienie z góry przyjętej tezy. Najpierw agent, a potem oszust prowadzący de facto grę z władzami PRL, które były dla niego punktem odniesienia. No i do tego mitoman i konfabulant, pyszałek i prymityw, cham i spryciarz nad spryciarze. Zyzak podsuwa czytelnikowi gotowe oceny – po 1970 roku Wałęsa poprawia swój status materialny, bo… tu niedopowiedzenie, ale sugestywne, bo władze mu pomagają (mieszkanie). Ma samochód już w młodości – też podejrzane. Zwalniają go z pracy? Niby sprzeczność, ale tylko pozorna – SB uwiarygodniała w ten sposób swoich ludzi. Tak oto, każde wydarzenie można zinterpretować w myśl z góry przyjętej tezy. Obojętne, co delikwent zrobi – świadczy przeciwko niemu. Np. jest strajk i nagle Wałęsa znika na dwie-trzy godziny. Gdzie w tym czasie był? To jasne – na konsultacjach w siedzibie partii albo bezpieki. Ktoś go tam widział, a jakże jest relacja. Zyzak nigdy nie stara się zdystansować się od takich przekazów lub nawet próbować je zweryfikować.
Najbardziej ciekawe w tej książce jest to, że jej autor atakuje Wałęsę za coś, co było jego ewidentną zasługą. Zaczyna się już w grudniu 1970 roku, kiedy Wałęsa stara się nie doprowadzić do przelewu krwi, wzywając robotników do nie wychodzenia na ulice Gdańska. Jego postawa jest koncyliacyjna, nie rewolucyjna. Co na to autor? Ano, że de facto nie wspierał on „powstańców” (cóż za terminologia, w ogóle nie odpowiadająca ówczesnej rzeczywistości) i grał na zachowanie status quo. Takie same zarzuty padają i przy omawianiu okresu Sierpnia i lat 1980-1981. Wałęsa gaszący strajki, przeciwstawiający się radykalizmowi i jego eksponentom, ogrywający Gwiazdę i Kuronia – jest dla autora godny potępienia. Pisząc o tym nurcie Solidarności nazywa ją  tzw. opcją „umiarkowaną”, co wskazuje na wyraźną jej dyskwalifikację. Chociaż tego nie precyzuje jasno, to dla niego ta opcja była po prostu opcją zdrady. Ta zdrada to także umiarkowani doradcy i Kościół katolicki ze  Stefanem Wyszyńskim i Józefem Glempem na czele. Ale cóż się dziwić, skoro Episkopat, jak pisze autor, był przetkany Tajnymi Współpracownikami. W ogóle wyliczanie ilu było TW w jakiej instytucji należy do ulubionych zajęć autora – to jest uniwersalny wytrych, jeśli nie da się czegoś wyjaśnić.
Np. konflikt w Bydgoszczy. Autor pisze najpierw, że Wałęsa przez telefon zdystansował się od hucpy z udziałem Jana Rulewskiego, po czym milicja, która przecież musiała wiedzieć z podsłuchu, jakie jest stanowisko szefa Solidarności, natychmiast wtargnęła do budynku WRN i „brutalnie zmasakrowała” obecnych tam działaczy „S”. Każdy, to żył w tym czasie w Polsce i widział, do czego doszło w grodzie nad Brdą – może się nieźle uśmiać. Zamiast drążyć motyw postawy Rulewskiego, uznanej powszechnie za prowokacyjną – autor zajmuje nas opowiastką o „masakrowaniu” z winy Wałęsy. Takich przypadków w tej pracy jest wiele – chcąc nie chcąc, autor, ponoć działacz „prawicy”, staje po jednej stronie z Jackiem Kuroniem, Karolem Modzelewskim i Władysławem Frasyniukiem (czyli z KOR-em) oraz z ich ówczesnymi narzędziami, jakimi byli działacze WZZ z Andrzejem Gwiazdą na czele, a przeciwko Kościołowi, doradcom w rodzaju Wiesława Chrzanowskiego czy Władysława Siła-Nowickiego, no i rzecz jasna przeciwko swojemu negatywnemu bohaterowi, czyli Wałęsie. Nigdy zaś nie stara się odpowiedzieć na pytanie, do czego wiodła radykalna opcja? Jaki był jej cel i jakie mogły być dalekosiężne skutki dla Polski i całego narodu? To go nie interesuje, albo zbywa to tak powszechnymi obecnie infantylnymi opiniami, że Polsce nic wtedy ze strony ZSRR nie groziło! Radykalni antykomuniści wierzący niczym w Ewangelię w enuncjacje dygnitarzy KC KPZR – to jeden ze zdumiewających paradoksów naszych czasów.
Owszem, szereg faktów i ocen w omawianej książce jest nawet do przyjęcia. Przede wszystkim ta, że Wałęsa wcale nie zamierzał w latach 70. i 80. „obalać komunizmu”. Jego dzisiejsze enuncjacje na ten temat są rzeczywiście śmieszne. Zresztą wtedy prawie nikt tego nie zamierzał, w ogóle taki problem nie istniał w świadomości solidarnościowych mas. Ta „walka z komuną” to jest wymysł chorych umysłów obecnego czasu.  KOR i WZZ chciały wtedy „poprawić socjalizm”, w duchu trockizmu i samorządowej antypaństwowej  utopii. Opisał to już wnikliwie w latach 90. działacz opozycji Lech Mażewski, który niestety musiał zamilknąć, bo pisał prawdy nie do przyjęcia z punktu obcej mitologii solidarnościowej. Na tym tle „poprawiaczy socjalizmu” i rewolucjonistów inspirowanych przez fanatyzm Kuronia i Modzelewskiego – Lech Wałęsa, ze swoimi wszystkimi wadami i ułomnościami – był postacią dla Polski wręcz zbawienną. Taka już jest historia – człowiek znajduje się w określonym momencie w odpowiednim miejscu i dokonuje rzeczy niezwykłych. Potem może się skompromitować, zniknąć ze sceny, może nawet zostać znienawidzony, ale tego dokonania nikt mu nie zabierze. I tak było z Lechem Wałęsą. I tego mu Paweł Zyzak nie odbierze, choćby nie wiem jak się starał.

No responses yet