Archive for May, 2009

May 28 2009

Dlaczego przegrywamy bitwę o pamięć?

Published by engelgard under Uncategorized

Oświadczenie CDU/CSU w sprawie tzw. wypędzonych to jeszcze jeden dowód na to, że polska polityka historyczna ponosi porażkę za porażką. Przecież to tylko jeden z wielu przypadków, z jakimi mamy do czynienia w ostatnich latach. Media na świecie notorycznie kontynuują pisanie o „polskich obozach koncentracyjnych”, mimo szybkich i ostrych protestów polskich ambasad i samego MSZ. W świadomości zachodnich elit nie „docenia” się także naszego wkładu w tzw. obalenie komunizmu, czego przykładem był spot wyprodukowany przez Komisję Europejską. Za symbol upadku poprzedniego systemu uważa się na Zachodzie zburzenie muru berlińskiego, podczas gdy my chcielibyśmy, żeby uznano za decydujące wysiłki Papieża-Polaka i „Solidarności”. Ale to nie wszystko – klęska naszej polityki historycznej to także ostentacyjna gloryfikacja na Ukrainie zbrodniczej organizacji OUN-UPA, litewskie zacieranie śladów polskości Wilna i Wileńszczyzny, i w ogóle fałszowanie przez Litwinów historii tej ziemi.  Jest to tym bardziej dotkliwe, że dzieje się to w państwach, które uznaje się u nas za najbliższych sojuszników.
Pojawia się pytanie – z czego to wynika? Czy wszyscy się przeciwko nam sprzysięgli? Czy jesteśmy mało skuteczni? A może po prostu nie lubi się naszej nachalności i wyzywającego cierpiętnictwa? Na pewno przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Na „odcinku” niemieckim mamy do czynienia z wielką różnicą potencjału. Weźmy chociażby tak ważny instrument jakim jest dzisiaj kino – Niemcy produkują od kilku lat całą masę filmów, w których naród niemiecki przedstawiony jest jako ofiara wojny. To nieprawda, że nie mówi się w nich o odpowiedzialności Hitlera i NSDAP, ale twórcy tych filmów dokonują istotnego, bardzo jasno zarysowanego rozgraniczenia – naród i partia hitlerowska. Naród cierpi, walczy, ginie, ratuje co może, a partia tenże naród lekceważy, wykorzystuje, oszukuje i często zabija. Filmy te, znakomicie zrobione, świetnie grane przez aktorów i kręcone z wielkim rozmachem – odgrywają ogromną rolę w kształtowaniu współczesnej opinii niemieckiej na wojnę. Nie tylko zresztą opinii niemieckiej, bo takie filmy jak „Upadek” czy „Drezno” dotarły do masowego odbiorcy na całym świecie. Ba, nawet Hollywood kręci już filmy o „dzielnych Niemcach” (vide: „Walkiria”). My na tym tle nie istniejemy – filmy z okresu PRL uznaje się obecnie za „niesłuszne”, a nowych się zwyczajnie nie kręci, a jeśli już, to dotyczą prawie wyłącznie naszych rozrachunków z Rosją.
W tej rozgrywce popełniamy zresztą i inny kardynalny błąd. W swoim antyrosyjskim zacietrzewieniu robimy wiele, by ułatwić Niemcom realizację ich zamiarów. Tak więc, zamiast hucznie obchodzić i przypominać zajęcie Ziem Zachodnich przez Wojsko Polskie w roku 1945, czy zdobycie Berlina, świętować z byłymi sojusznikami, w tym z Rosją, Dzień Zwycięstwa – rzucamy co roku gromy na „bolszewickie hordy” mordujące niewinną niemiecką ludność, gwałcące kobiety i rabujące dobytek. Ustawiamy się na pozycjach „obrońców Europy przed bolszewicką nawałą”, tak jak chciał tego Joseph Goebbels pod koniec wojny. Czynią to notorycznie głównie partyjne ogniwa PiS na Ziemiach Zachodnich, dlatego święte oburzenie kierownictwa tej partii po oświadczeniu CDU/CSU nie jest do końca wiarygodne. PiS – i nie tylko – wpada w pułapkę niekonsekwencji i ignorancji. Dopiero kiedy dopiekła nam Erika Steinbach, min. Radosław Sikorski przypomniał sobie, że w 1945 roku ona i tysiące innych Niemców „uciekała przed nacierającą Armią Czerwoną i Wojskiem Polskim”. Rzadko słyszy się takie słowa z ust polskiego polityka.
Ale to nie koniec naszych kardynalnych błędów – w dyskursie na temat powojennych wysiedleń Niemców prawie zawsze tuzy naszego dziennikarstwa i politycy mówią mniej więcej tak: „my nie mamy z tym nic wspólnego, to była decyzja mocarstw, Stalina, ale nie nasza”. Trudno o większą bzdurę i prezent dla Niemców. Postulat przesiedlenia ludności niemieckiej z terytoriów przyznanych Polsce był zapisany w programach prawie wszystkich partii politycznych, na czele z PSL, Stronnictwem Narodowym, czy Stronnictwem Pracy. Nie można więc udawać, że my nie mamy z tym nic wspólnego. Owszem, mamy, bo wysiedlenie Niemców po 1945 to był polski postulat polityczny, usankcjonowany przez zwycięskie mocarstwa.
Wreszcie nachalne żądanie uznania naszych „zasług” w obaleniu muru berlińskiego. Po pierwsze, z punktu widzenia polskich interesów – nie ma czym się chwalić. Jak mawiał jeden z polityków francuskich – tak lubił Niemców, że życzył im, żeby jak najdłużej istniały dwa państwa niemieckie. My tymczasem przedstawić się chcemy jako główni „zjednoczyciele Niemiec”, co pewnie budzić musi nad Renem uśmiech politowania. No bo po pierwsze, jest to nieprawda, gdyż decydujące było w tej sprawie stanowisko Gorbaczowa i Waszyngtonu, a po drugie dziwić musi każdego normalnego chwalenie się czymś, co nie było zgodne z polskim interesem (inna kwestia, czy było to nieuchronne, czy nie). Jak można z jednej strony wmawiać Niemcom, że to dzięki nam się zjednoczyli, a z drugiej lać krokodyle łzy z powodu tego, że z tego zjednoczenia pełnymi garściami korzystają.
Nie oszukujmy się – jesteśmy w tej rozgrywce bardzo osamotnieni. Otworzyliśmy sobie dwa fronty historycznej walki – z Niemcami i z Rosją. Taka walka na dwa fronty nie ma szans powodzenia, jest wyrazem neurozy i tromtadracji. W dodatku wyhodowaliśmy jeszcze na własnej piersi banderowską hydrę, udając, że nic złego się nie dzieje. My w tej grze zwyczajnie nie mamy sojuszników, nikt nas nie chce bronić, bo mamy opinię pieniaczy wykorzystujących historię do bieżącej gry politycznej, opinię megalomanów, którzy uznają Polskę za pępek świata, a własne dzieje za coś zasługującego na wyjątkowe uznanie przez cały świat. Tego zwyczajnie na świecie się nie lubi.

No responses yet

May 21 2009

„Spiegel” i Gross

Published by engelgard under Uncategorized

Kiedy 8 maja br. na ekrany niemieckich kin wszedł film „Kobieta w Berlinie”, ukazujący „dramat niemieckich kobiet gwałconych przez czerwonoarmistów”, w Polsce przyjęto go przychylnie, nagłaśniając to wydarzenia na złość Rosjanom, i czyniąc lejtmotyw obchodów Dnia Zakończenia Wojny (no bo słowo „zwycięstwo” jest teraz zakazane). Nie minęło wiele dni i Niemcy zaserwowali nam kolejny pasztet, tym razem jednak uznany przez wszystkich za niestrawny. Tygodnik „Der Spiegel” w tekście „Zagraniczni pomocnicy Hitlera” pisze o tym, jak to prawie cała Europa, w tym Polacy, pomagali III Rzeszy w zagładzie Żydów. Pojawia się, a jakże, sprawa Jedwabnego:
„Nie da się z całą pewnością stwierdzić, jak wielką rolę w konkretnych przypadkach odegrali niemieccy podżegacze. Przed i za linią frontu latem 1941 roku miały w każdym razie miejsce potworne wydarzenia, jak to w Jedwabnem we wschodniej Polsce. Około 40 polskich katolików, uzbrojonych w nabijane gwoździami pałki i metalowe rury na oczach wszystkich mieszkańców spędziło swoich żydowskich sąsiadów na rynek. Tam zmuszali ich, by tańczyli, niektórych zabili od razu, a pozostałych zamknęli w stodole, którą następnie podpalili. 300 mężczyzn kobiet i dzieci zginęło, nie doczekawszy się niczyjej pomocy. Wydarzenie to w 2000 roku wywołało zainteresowanie na całym świecie, kiedy polski historyk Jan Gross zbadał dokładnie jego przebieg i został oskarżony przez wielu swych rodaków, że kala własne gniazdo. Komisja polskich historyków potwierdziła wyniki dochodzenia Grossa i zwróciła uwagę na cały region”.
Tak więc widać jasno, jakie negatywne skutki przyniosła publikacja Grossa – stała się punktem odniesienia dla rewizjonistów historii. Czy o to chodziło autorowi? Jeśli tak, to cel został osiągnięty. Jest to tym bardziej znamienne, że „Spiegel” to pismo liberalne. Niemcy to mądry naród – zawsze chętnie korzystali z polskiej głupoty. Często tę głupotę u nas za pieniądze podsycali, od wieku XVIII począwszy. Nieraz wydaje mi się, że nic w tej materii się nie zmieniło. Tyle tylko, że obecnie pierwsze skrzypce grają po stronie niemieckiej Reich-Raniccy, a basują im w Polsce Grossowie. Nie jest więc dziełem przypadku, że artykuł w „Spieglu” ciepło przyjęła „Gazeta Wyborcza”, przekonując, że jest on udokumentowany i rzetelny. Pewnie ta samo rzetelny, jak książka Grossa. Zastanawia tylko – dlaczego Żydzi niemieccy i polscy starają się za wszelką cenę zdjąć z Niemców odium winy za zbrodnie? Czynią to już od wielu lat, nieraz stawiając samych Niemców w dwuznacznej sytuacji. Pewnie chodzi tu i o stare kompleksy, ale i o zwyczajny geszeft. A może i o starą miłość do Niemców.

No responses yet

May 19 2009

Litwa zmienia kurs?

Published by engelgard under Uncategorized

Wszystko wskazuje na to, że na Litwie mamy polityczny przełom. Wybory prezydenckie mogą oznaczać odejście Litwy od prowadzenia aktywnej polityki antyrosyjskiej. Nowa prezydent, Dalia Grybauskaite, jest ściśle związana z Unią Europejską, kończyła studia jeszcze w ZSRR, świetnie mówi po polsku i już zapowiedziała rewizję polityki Valdasa Adamkusa, ewidentnego eksponenta interesów USA. O niepokoju sił proamerykańskich na Litwie świadczą pierwsze reakcje gazet litewskich i tzw. autorytetów. Wieszczy się nawet odsuniecie nowej prezydent od władzy, tak jak to miało miejsce z Rolandasem Paksasem, którego oskarżono o to, że jest prorosyjski i pozbawiono urzędu oraz praw publicznych (Paksas nie może ubiegać się o urzędy państwowe!). Chyba jednak nie będzie można tego manewru powtórzyć po raz drugi. Litwa raczej definitywnie wypada z bloku państw próbujących tworzyć kordon sanitarny wokół Rosji. Ubywa też partner dla uprawiania proukraińskiej i antyrosyjskiej polityki prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.
Charakterystyczne są niektóre komentarze. Zastępca redaktora naczelnego dziennika „Lietuvos rytas”, Rimvydas Valatka,  powiedział: „Nie wiadomo o niej prawie nic, poczynając od poglądów politycznych, a kończąc na życiu osobistym”. Słynie tylko z ostrego charakteru i posiadania czarnego pasa karate. Już w trakcie kampanii wyborczej mówiła o tym, że trzeba zdymisjonować kilku ministrów w rządzie Andriusa Kubiliusa. I dalej:  „Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytania, jaka będzie teraz polityka Litwy wobec Polski i Rosji”. Wiadomo jednak, że w trakcie jednego z wystąpień Grybauskaite ostro skrytykowała dotychczasowego prezydenta Valdasa Adamkusa za zbytnie angażowanie się w sprawy Gruzji i Ukrainy. – Nie wiemy, czy będzie prorosyjska. Będąc wykładowczynią w Wyższej Szkole Partyjnej przy KC Komunistycznej Partii Litwy, do odzyskania niepodległości zachowała legitymację partyjną. Co to znaczy? – pyta Valatka.
Valatka uchodzi na Litwie za człowieka o skrajnych poglądach – Adamkus ze swoim życiorysem szaulisa odpowiadał mu bardziej. Nowa prezydent, członek KPZR, znacznie mniej. Ale na Litwie antysowietyzm czy antyrosyjskość są znacznie mniejsze niż np. w Estonii czy na Łotwie. Kiedy byłem rok temu w Wilnie rzucił mi się w oczy pomnik czerwonoarmisty w samym centrum miasta. Okazało się, że w referendum 80 proc. mieszkańców miasta opowiedziało się przeciwko jego usuwaniu. Zostawiono też pomniki komunistycznych pisarzy litewskich o nastawieniu patriotycznym. Zwycięstwo Paksasa kilka lat temu było sygnałem, że większość Litwinów nie boi się prorosyjskiego kandydata. Adamkus był zainstalowany na Litwie na siłę, miał podwójne obywatelstwo (tak jak jego żona) – i nie był latami w kraju. Amerykanie lubią takie sztuczki – na czele państw pomagają stawiać ludzi całkowicie od siebie uzależnionych. Niekoniecznie jednak musi podobać się to elektoratowi, tym bardziej, że opcja amerykańska, poza awanturami z Rosją – niczego dobrego takim krajom nie przyniosła. Nam, jak się okazuje, także.

No responses yet

May 12 2009

Po czyjej byliśmy stronie?

Published by engelgard under Uncategorized

Kiedy ogląda się polską TV i słucha „komentarzy” polityków, albo głupawe wpisy na forach internetowych – to można odnieść wrażenie, że w II wojnie światowej Polska walczyła u boku III Rzeszy z „bolszewicką” nawałą. Że wobec tego nasi sojusznicy to Wehrmacht, Waffen SS, SS Lettland, UPA, Szaulisi i co tam jeszcze. W święto zakończenia wojny (8 maja) rozdziera się szaty na losem gwałconych kobiet w Berlinie, zapominając, że same naloty alianckie na miasta niemieckie zabiły 600.000 cywilów, w tym 80.000 dzieci! Czy to da się w ogóle porównać? Pytanie brzmi – czy jesteśmy naprawdę narodem idiotów, nie potrafiącym dostrzec realnej rzeczywistości.
A ta rzeczywistość to – udział Polski w KOALICJI ANTYHITLEROWSKIEJ RAZEM Z ZSRR (i to nawet po zerwaniu stosunków rządu londyńskiego z Moskwą), to udział polskich wojsk na Zachodzie i Wschodzie W WALCE Z NIEMCAMI, to udział 12.000 polskich żołnierzy W ZDOBYCIU BERLINA, to przyłączenie do Polski takich miast, jak GDAŃSK, SZCZECIN, WROCŁAW, JELENIA GÓRA, KOŁOBRZEG, KOSZALIN, SŁUPSK, ZIELONA GÓRA, GORZÓW WKLP. Te miasta nie byłyby nigdy polskie, gdyby nie „bolszewickie hordy”. Owszem, były ekscesy, mordy i gwałty, ale pytam – co z tego? Co to zmienia w obrazie głównym, jaki wcześniej przedstawiłem? Jeśli bowiem 1945 to klęska i hańba, to co – mamy oddać te miasta Niemcom?
Od jakiegoś czasu tzw. siły prawicowe na Ziemiach Zachodnich zajmują się głównie biadaniem nad losem cywilnej ludności niemieckiej w zajmowanych miastach, niszczeniem pomników Armii Czerwonej, i co za tym idzie 1. Armii Wojska Polskiego, i nadawaniem rozgłosu ekshumacjom niemieckich ofiar, a to w Malborku, a to gdzieś koło Szczecina. Ma to świadczyć o ideologicznej antykomunistycznej czystości, a jest zwyczajną głupotą, by nie powiedzieć dywersją. Mądrość polityczna polega na wyciąganiu maksymalnych  korzyści z sytuacjach wydawałoby się beznadziejnych. Tak też było w 1945 roku, kiedy tracąc Kresy Wschodnie rzuciliśmy się do zagospodarowania Ziem Zachodnich. Wiedziano, że kiedyś Rosjanie odejdą, a te ziemie zostaną przy Polsce. I tak się stało, dlatego naprawdę nie na miejscu jest teraz zakłamywanie historii, tak jakby było wstydem to, że  Szczecin jest polski dzięki Stalinowi. W polityce nie ma wstydu, nie ma sentymentów, są twarde realia. I jest też miejsce na elementarny dystans i szacunek dla przelanej ludzkiej krwi, także rosyjskiej.
Kobieta w Berlinie nie miała lekko, ale czyż kroniki hitlerowskie kłamią, kiedy pokazują, że to głównie kobiety histerycznie popierały Adolfa Hitlera i jego szaleństwa? To on więc jest winowajcą tego, co się działo w maju 1945. To chyba jest oczywiste. Przynajmniej powinno, dla nas, Polaków.

No responses yet

May 07 2009

Klątwa Edwarda Gierka

Published by engelgard under Uncategorized

W sierpniu 1980 roku Edward Gierek na swoim ostatnim posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR powiedział, że klasa robotnicza ciężko zapłaci za to, że uwierzyła politycznym hochsztaplerom. Kiedy patrzy się na to, co się dzisiaj dzieje wokół rocznicy 4 czerwca 1989 roku – trudno nie oprzeć się wrażeniu, że I sekretarz miał rację i jego klątwa się spełniła niczym klątwa Tutenchamona. Oto resztki związkowców z „Solidarności” z likwidowanych stoczni polskich wypłoszyły rządowy establishment z Gdańska i obchody „polityczne” rocznicy „obalenia komunizmu” odbyć się mają w Krakowie. Donald Tusk uznał, że nie ma zamiaru spotykać się tego dnia z „zadymiarzami”, z kolei szef „Solidarności” ze stoczni gdańskiej powiedział: „Panie premierze Tusk, pan był tchórzem, pan tylko nosił nam żywność, nigdy nie wszedł pan na teren stoczni. Pan dzisiaj bierze odpowiedzialność za to, co się dzieje. Powinien pan przeprosić wszystkich Polaków. Język jakiego pan używa na temat moich kolegów, nazywając ich zadymiarzami, to język Jaruzelskiego”.
Tak czy inaczej, święto szykuje się nam przednie, będzie raczej kilka świąt, bo każda opcja z rozbitego obozu dawnej „Solidarności” będzie obchodzić co innego. Establishment będzie czcił „obalenie komunizmu”, ale chyba powinien to robić razem z tymi „komunistami”, bo to przecież ich wspólne dzieło. Opozycja też będzie świętować, ale „zdradę” Okrągłego Stołu, no i wreszcie robotnicy – choć oni chyba nie mają powodów, by świętować cokolwiek.  Okazało się, że od Sierpnia 1980 roku cierpliwie i z uporem pracowali na własną zbędność. Nad likwidowanymi i wyprzedawanymi stoczniami słychać będzie szyderczy śmiech Edwarda Gierka i jego głos z zaświatów: „A nie mówiłem?”.

No responses yet

May 05 2009

Szydło wychodzi z wora?

Published by engelgard under Uncategorized

Nigdy nie miałem wątpliwości, że tzw. afera Stanisława Wielgusa jest od samego początku wyreżyserowaną hucpą, zorganizowana przez pozbawionych jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności ludzi. Już wtedy było jasne, że w tym polowaniu z nagonką nigdy nie chodziło o prawdę, że od początku łamane było prawo, że dokumenty, które powinny być strzeżone przez instytucję państwową, dziwnym trafem trafiały w ręce wybranych dziennikarzy, którzy ze złośliwą satysfakcją je publikowali, ciesząc się, jaką mamy zadymę. I wszyscy pamiętamy, że ukoronowaniem tej hańby były oklaski pana prezydenta w katedrze, kiedy zmaltretowany arcybiskup ogłaszał swoje ustąpienie ze stanowiska metropolity warszawskiego.
I oto po dwóch latach dowiadujemy się, że „Centralne Biuro Antykorupcyjne zbada sprawę domniemanego przyjmowania przez prezesa IPN korzyści osobistych w zamian za ujawnianie tajemnicy”. Jak podał „Wprost” (nota bene po uszy zaangażowany w proceder „przecieków” z IPN) „chodzi o teczki znajdujące się w tak zwanym “zbiorze zastrzeżonym” IPN, które Janusz Kurtyka miał przekazywać Katarzynie Hejke – dziennikarce związanej z “Gazetą Polską”.  Dalej czytany w depeszy IAR: „Sprawę ujawnił mąż dziennikarki – profesor Krzysztof Hejke. W zeszłym tygodniu jedna z rozgłośni radiowych dotarła do jego listu do prezydenta, w którym stwierdził, że Kurtyka nie zasługuje na przyznany mu przez Lecha Kaczyńskiego order, ponieważ uwiódł cudzą żonę, przekazując jej zastrzeżone akta IPN.  Tygodnik “Wprost” pisze, że miały to być między innymi tajne dokumenty dotyczące współpracy arcybiskupa Stanisława Wielgusa ze Służbą Bezpieczeństwa. Informacje te w grudniu 2006 roku opublikowała “Gazeta Polska”. Współautorką artykułu była właśnie Katarzyna Hejke. Po publikacjach tygodnika, arcybiskup Wielgus ustąpił ze stanowiska. List profesora Hejke został przez prokuraturę potraktowany jak zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa ujawnienia tajemnicy państwowej osobie nieuprawnionej. Grozi za to kara do 5 lat więzienia”.
Naczelny „Gazety Polskiej” już uznał Krzysztofa Hejke za wariata, zaznaczając, że jego gazeta zawsze dostawała dokumenty z jawnych źródeł i zgodnie z prawem. Ejże, ale jak mecenas zajmujący się sprawą abpa Wielgusa zwrócił się do IPN o dokumenty, czekał parę miesięcy i się nie doczekał, a „Gazeta Polska” miała je w tri miga. Nie wiem, czy dokumenty wyniósł sam prezes IPN, i czy spotykał się intymnie z panią Hejke, wiem natomiast, że to co czyni to lustracyjne towarzystwo było i jest nie do pogodzenia z podstawowymi zasadami moralności. Niszczenie i opluwanie ludzi, w dodatku z kupą patriotycznych sloganów na ustach – jest zajęciem obrzydliwym. Zresztą, cóż tu mówić o uczciwości i moralności, skoro redaktor „Gazety Polskiej” bez wahania zatrudnia u siebie wyrzuconą z jednego z tygodników dziennikarkę Dorotę kanię, oskarżoną o płatną protekcję.
Przy okazji „afery Hejke” warto tylko pamiętać o rzeczy najważniejszej – o linczu na niewinnym hierarsze, opuszczonym w tamtych dniach prawie przez wszystkich, także duchownych. Winna jest więc nie tylko Hejke, i być może ktoś wyżej – winna jest tzw. brać dziennikarska i  ci politycy, którzy tej hucpie bili brawo. I być może teraz tylko jedno jest optymistyczne – nikt rozsądny już tej gazecie i tej pani nie uwierzy. Przynajmniej taka będzie korzyść z tej dosyć żałosnej afery. Ale być może jestem w tej kwestii zbytnim optymistą.

No responses yet