Archive for June, 2009

Jun 29 2009

Wojny historyczne

Published by engelgard under Uncategorized

Panuje przekonanie, że w poprzednim systemie historia była całkowicie podporządkowana polityce, a teraz rzekomo mamy wolność badań i interpretacji. Tak jednak nie jest. Historia jest nadal narzędziem polityki, co więcej – stała się bronią, przy pomocy której prowadzone są rozgrywki pomiędzy poszczególnymi krajami. Dotyczy to przede wszystkim krajów dawnego bloku wschodniego. Co jakiś czas wybuchają gorące spory, w których roztrząsa się wydarzenia nawet sprzed 300-400 lat!
Np. obecnie trwa batalia wokół interpretacji 300. rocznicy bitwy pod Połtawą (1709). Rosja spiera się z Ukrainą, której prezydent oznajmił, że bohaterem jest hetman Iwan Mazepa, stronnik króla szwedzkiego Karola XII. Na miejscu obchodów bitwy grupy juszczenkowiej „Naszej Ukrainy” głośno demonstrują przeciwko Rosjanom świętującym zwycięstwo Piotra I nad Szwedami. Doszło do rękoczynów. Obecni na obchodach historycy szwedzcy łapali się za głowę, nie mogąc zrozumieć o co chodzi. Ukraina jest chyba przykładem najbardziej jaskrawym – bo w tym kraju kontrolę nad archiwami ma bezpośrednio Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, i to ona wydaje wyroki historyczne. Np. nie tak dawno orzekła, że UPA nie była formacją zbrodniczą, a także to (tu niespodzianka), że Rosja nie ponosi odpowiedzialności za głód na Ukrainie w latach 30. A kto ponosi? Okazuje się, że służby Juszczenki orzekły, że komuniści ukraińscy. Na odległość pachnie to polityką, wszak w przyszłym roku mamy na Ukrainie wybory prezydenta, w których komuniści wystawią na pewno kandydata.
My z kolei regularnie wojujemy z Niemcami i Rosją. Ostatnio polskie MSZ oficjalnie zaprotestowało przeciwko nadanej 21 czerwca audycji w telewizji „Rossija”, w której stwierdzono, że Polska szykowała w latach 30. atak na ZSRR razem z Niemcami, a w gabinecie Józefa Becka wisiał portret Adolfa Hitlera. Rosjanie oficjalnie nie odpowiedzieli, jedynie anonimowy urzędnik rosyjskiego MSZ powiedział gazecie „Kommiersant”, że nie ma sensu wciągać polityków do dyskusji historycznych, i ze gdyby Rosja interweniowała po każdej nieprzechylnej Rosji audycji czy artykule w polskich mediach państwowych, to by się dopiero działo. Uwaga może być słuszna, bo oburzając się na rosyjskie media, zapominamy, że w naszych zupełnie poważnie dyskutowało się nad tym, jak to by było dobrze, gdybyśmy w 1939 roku poszli na układ z Hitlerem i razem zdobywali Moskwę (vide artykuły w „Rzeczpospolitej”). Na ten temat oficjalnie wypowiadał się nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, mówiąc zupełnie poważnie o defiladzie wojsk Hitlera i Rydza-Śmigłego na Placu Czerwonym. Wtedy miał on niemal status oficjalnego historyka RP. Rosjanie nie zdecydowali się na oficjalny protest, ale pewnie zapadły im w pamięć takie opinie.
Trudno więc się dziwić, że u nich co jakiś czas pojawiają się złośliwe artykuły czy audycje na nasz temat. Wątpię, czy są one wynikiem np. bezpośredniej inspiracji Kremla, ale na pewno ilustrują panujące nastroje. W rzeczonej audycji z 21 czerwca o Polsce mówi się niejako mimochodem, bo całość jest poświęcona paktowi Ribbentrop-Mołotow. Z występujących w filmie historyków najbardziej nieprzyjemne wrażenie robi Natalia Narocznickaja, której wypowiedzi pachną propagandą w starym stylu. Ale nie to jest w tym filmie (cały ma  być pokazany w sierpniu) najbardziej bulwersujące. Oto z komentarza lektora można dowiedzieć się, że w umowie Polski z Niemcami z roku 1934 była rzekomo „tajna część”, w której obie strony „obiecały sobie pomoc wojskową”, oczywiście w wojnie z ZSRR. Dowodu na to nie podano żadnego, ale charakterystyczne było uzasadnienie: „Tajne klauzule do umów były powszechną praktyką”.
Oglądam często kanał „Rossija”, w szczególności filmy dokumentalne i zauważam, że to już drugi przypadek podania takiej informacji. Jest to zwyczajny fałsz, bo do deklaracji polsko-niemieckiej o nieagresji z 26 stycznia 1934 nie dołączono żadnych tajnych klauzul. Pisze o tym wyraźnie najwybitniejszy badacz stosunków polsko-niemieckich, prof. Marian Wojciechowski. Był on członkiem PZPR i trudno byłoby go posądzać o chęć oszczędzania sanacji, jednak w swoim fundamentalnym dziele pt. „Stosunki polsko-niemieckie 1933-1938” (Poznań, 1980), napisał jednoznacznie: „Deklarację podpisali 26 stycznia 1934 r. Neurath ze strony niemieckiej i Lipski – z polskiej. Żadnych dodatkowych protokołów czy klauzul do deklaracji nie dołączono”. Co prawda w deklaracji znalazło się sformułowanie o konsultacjach „we wszelkich zagadnieniach dotyczących wzajemnych stosunków”, ale niczego konkretnego to nie oznaczało. Jedynie w relacji Hermana Rauschninga z 1951 roku stwierdził on, że podczas rozmowy z Józefem Piłsudskim w końcu 1933 r. miał on mu zasugerować, że istnieje jakaś możliwość współdziałania Polski i Niemiec na wypadek wojny z ZSRR. Jednak nie potwierdzają tego polskie źródła. Po śmierci Piłsudskiego (1935) do sprawy próbował wrócić pod koniec lat 30. Herman Goering, ale jego propozycje nie spotkały się z przychylnym przyjęciem.
Tyle w kwestii rzekomego „tajnego protokołu” polsko-niemieckiego. Natomiast informacja o portrecie Hitlera w gabinecie Becka to już jest piramidalna bzdura. Becka można krytykować za konkretne posunięcia i w ogóle za strategię polskiej polityki w tym czasie, ale takie chwyty są dziecinne. W ogóle widać gołym okiem, że nawet zawodowi historycy w Rosji mają mgliste pojęcie o polskiej historii i dotyczy to nie tylko omawianego tutaj okresu. Na zapleczu mogą więc hulać amatorzy i obsesjonaci, których w żadnym kraju nie brak. Kto głośniej krzyczy, ten ma rację, każda bzdura przejdzie.
Jak więc zachowywać się w takich przypadkach? Oficjalne protesty na szczeblu MSZ to jest droga donikąd, to przejaw słabości lub ulegania naciskom opozycji, która niemal w każdym przypadku żąda „ostrej” reakcji. Nasze protesty historyczne są już jednak w Europie obiektem żartów. O wiele skuteczniejsze jest przedstawienie rzetelnej wiedzy i dotarcie z tym do mediów strony przeciwnej. Działa przecież rządowa komisja ds. trudnych. Należy się domagać, by np. w rosyjskiej telewizji czy prasie ukazywały się publikacje polskich historyków, czy publicystów. Będzie to jednak skuteczne tylko wtedy, kiedy będzie to robione w dobrej wierze, a nie np. tylko po to, żeby „przyłożyć”. Nie należy też łudzić się, że nasza interpretacja dziejów będzie powszechnie przyjęta za obowiązującą na całym świecie, a tym bardziej w Rosji. Nigdy tak nie było i nie będzie. Co innego jednak, kiedy będziemy się spierać o interpretację faktów, a co innego, kiedy z obu stron zalewały nas będą zwyczajne kłamstwa i brednie. No i trzeba poszerzać pole do rozmowy, a nie tak jak dotychczas pole bitwy. My zaś powinniśmy pilnować się, by nie zapędzać się w kozi róg. Jak bowiem można np. protestować przeciwko uchwałom CDU/CSU w sprawie „wypędzonych” a jednocześnie użalać się nad losem ludności niemieckiej maltretowanej i mordowanej przez Armię Czerwoną, a z drugiej strony żałować, że nie poszliśmy z Hitlerem na Moskwę i protestować przeciwko temu, że w Rosji mówi się, że tak właśnie chcieliśmy zrobić.

No responses yet

Jun 24 2009

Czy Tusk nadąży?

Published by engelgard under Uncategorized

Unia Europejska postanowiła znacząco ocieplić swoje stosunki z Białorusią, nad czym od kilku lat po cichu  pracowali usilnie Niemcy. W ten oto sposób polska polityka ciągłego jątrzenia na Białorusi i realizowania planu, który narzuciła nam poprzednia administracja amerykańska – poniosła całkowite fiasko. Donald Tusk zdaje się to widzieć, ale musi konsekwentnie zdemontować cały błędny i szkodliwy system, jaki obowiązuje od mniej więcej 2005 roku. Podczas I Szczytu Gospodarczego Polska-Białoruś obradującego w Warszawie, premier stwierdził, że „poprawa relacji polsko-białoruskich była od pierwszych dni mojego rządu naszym priorytetem”. Dodał, że zdawał sobie jednak sprawę, iż proces polepszania stosunków Warszawa-Mińsk nie będzie łatwym zadaniem. „Dziś tym bardziej cieszymy się z tego, co zaczyna dziać się pozytywnego między Polską a Białorusią, bo wszyscy mamy świadomość, jak trudne były początki tego procesu zbliżania Warszawy i Mińska” – oświadczył Tusk.
Bardzo dobrze, tylko że ten sam Tusk już raz storpedował działania min. Radosława Sikorskiego, który – jak się wydaje – chciał zakończyć skandal z istnieniem dwóch Związków Polaków na Białorusi (jeden uznawany przez władze w Mińsku, drugi przez władze polskie). Plan Sikorskiego zakładał odsunięcie się w cień Andżeliki Borys, której osoba została wykorzystana do jątrzenia nie tylko w stosunkach z oficjalnym Mińskiem, ale i w dziele rozbicia jedności polskiej społeczności w tym kraju. Tusk, pod naciskiem histerycznej kampanii mediów – przerwał te słuszne działania i wszystko wróciło do „normy”. Tzn. pani Borys nadal konsumuje całą pomoc dla Polaków na Białorusi (zaznaczmy, że dla mikroskopijnej części Polaków skupionych w jej ZPB), nadal funkcjonuje skandaliczna lista proskrypcyjna z wykazem nazwisk zasłużonych Polaków, którzy mają zakaz wjazdu do Polski za to tylko, że nie przyłączyli się do awantury firmowanej przez Borys (oficjalnie zaprzecza się temu, że taka lista istnieje!), nadal pogłębia się rozbicie i żal wielu tysięcy Polaków do władz Rzeczypospolitej.
Tak, naprawa tego wszystkiego, co robiono przez ostatnie lata będzie trudna – trzeba będzie jakoś wytłumaczyć polskiej opinii, że antybiałoruska propaganda w Polsce kreowała całkowicie fałszywy obraz tego kraju, że – w przeciwieństwie do hołubionych u nas Litwy i Ukrainy – dba się tam o zabytki polskiej kultury, że uznaje się dorobek cywilizacyjny I Rzeczypospolitej, że Kościół katolicki działa prężenie i ma materialne wsparcie władz (poza tymi księżmi, którzy dali się skłonić do działalności stricte politycznej), że Polacy naprawdę nie są szykanowani.
Jeśli Donald Tusk nie chce zostać w ogonie polityki unijnej – musi przeciąć wrzód, musi skończyć z haniebną praktyką lat ostatnich. I tak jesteśmy już spóźnieni o kilka długości.

No responses yet

Jun 19 2009

Ten zły PRL…

Published by engelgard under Uncategorized

Elity i macherzy od czarnej propagandy antypeerelowskiej mają problem. Jak wynika z najnowszych badań sondażowych, po raz pierwszy od 1989 roku liczba „zwolenników” PRL jest większa niż jego wrogów: 44 proc. do 43 proc. Ale to jeszcze nie wszystko – aż 76 proc. uważa, że czas zakończyć rozliczenia z PRL, a 40 proc. jest przeciwko publikowaniu materiałów archiwalnych przez IPN (dwa lata temu tylko 25 proc.). Co się stało? Tyle wysiłku, niemal codziennego bombardowania w telewizji i radiu, nachalna edukacja w szkole – i nic? Wynika z tego, że przyrost „zwolenników” PRL dotyczy młodego pokolenia, bo ci pamiętający jak było naprawdę są coraz mniej liczni. Jeśli tak, to mamy do czynienia z prawdziwym przewrotem mentalnym.
Przyczyn tego zjawiska jest kilka. Pierwsza to odruch obronny przeciwko nachalności. Polak jest przekorny, jeśli ktoś wmawia mu pewne rzeczy na siłę i zbyt jednostronnie – to zaczyna w to wątpić. Nachalność propagandy przeciwko „komunie” (cóż za idiotyczne sformułowanie dla opisania tamtych czasów) osiągnęła w ostatnich latach takie natężenie, że przypominała starą „dobrą” propagandę właśnie w PRL i to w czasach stalinowskich. Nikt normalny tego na dłuższą metę nie wytrzyma. Dochodziła do tego swego rodzaju rocznicomania, a to obchody 31 sierpnia, a to 4 czerwca, a to – rzecz jasna – 13 grudnia. Styl tych obchodów, ich teatralizacja, budzą w wielu ludziach odruch wymiotny.
Druga przyczyna „powrotu” do PRL, to reakcja na działania IPN. Wbrew nazwie, instytucja ta zajmowała się nie utrwalaniem pamięci narodowej, tylko polowaniem z nagonką na polityczne zamówienie. Często okazywało się, że ofiary tej nagonki były niewinne lub nikt nie był w stanie im tej winy udowodnić. Ludzie zorientowali się, że działa jakiś syndykat na styku IPN-politycy-media, który dokonuje publicznych egzekucji, zanim wypowie się sąd. Wreszcie, co też ważne – wizja historii narzucana przez IPN była i jest tak jednostronna, że każdy myślący człowiek w końcu zada pytanie – czy aby panowie nie przesadzacie? Albowiem koncentrowanie się wyłącznie na martyrologii, na działaniach aparatu bezpieczeństwa, pokazywanie wyłącznie postaw heroicznych – kreowało obraz wręcz apokaliptyczny. IPN postawił sobie za zadnie udowodnienie za wszelką cenę, że między Polską w latach stalinowskich (do 1956 r.), a Polską po przełomie październikowym – nie ma żadnej różnicy. Ten absurd jest z uporem głoszony.
Naród polski w okresie PRL to miliony ludzi, którzy nie byli zaangażowani w opozycję, nawet jak byli wrogo nastawieni do ideologii i do partii, to uznawali, że żyją w państwie polskim i dla tego państwa (i dla narodu) pracowali. Teraz ich praca i wysiłek nie jest dla nikogo wart przysłowiowego funta kłaków, bo bohaterami są tylko „niezłomni”. To, że w tamtych czasach zrobiono cokolwiek dobrego – nikogo nie interesuje, bo liczą się tylko ci z opozycji. W ten sposób garstka stała się całym narodem. Godnym orderów i pochwał jest dziś ten, kto przez parę miesięcy lub lat był w „podziemiu” (piszę to słowo w cudzysłowie, bo wiadomo, że to „podziemie” było fikcją i próby zrównywania go z tym z okresu II wojny światowej godne pożałowania), został zamknięty lub pobity (liczba pobitych i maltretowanych rośnie gwałtownie) – niż np. profesor wyższej uczelni, który dokonał jakiś ważnych wynalazków, albo inżynier, który zbudował fabrykę czy port. To, że elity solidarnościowe (i nie tylko) przez 20 lat wyprzedawały ten dorobek „komuny” za bezcen – nikogo nie wzrusza, to jest drobiazg, który można przemilczeć.
W ten sposób wytworzyła się atmosfera zakłamania i fałszu. Ludzie zaczęli dorabiać sobie opozycyjne życiorysy, udawać, że cały czas oni też byli „przeciw komunie”, wymazywać fakt pracy w PRL (wystarczy tylko poczytać nekrologi, to jest często lektura porażająca, kiedy zna się kogoś kto pracował w PRL przez 45 lat a w nekrologu nie ma na ten temat ani słowa). Ich postawy jak ulał pasowały do obrazu oportunistycznych postaw powojennych przedstawionych w „Zezowatym szczęściu” czy „Popiele i diamencie”. Nim się nie obejrzeliśmy, na ławie podejrzanych o „kolaborację” siedział prawie cały naród z hierarchami Kościoła na czele.
Akcja budzi jednak reakcję. O tym świadczą wyniki badań sondażowych. Nawet ludzie młodzi, których łatwo oszukać – zaczęli się zastanawiać. Wystarczy poczytać wpisy na forach internetowych. Pod informacją o prezentacji filmów „wyśmiewających absurdy PRL” – ktoś zadaje pytanie: a jak to jest, że „za komuny” można było kręcić filmy wyśmiewające tę komunę? Albo: dlaczego, kiedy telewizja nie ma co pokazywać, to sięga po filmy z PRL? Z kolei pod informacją o tym, że ludzie stali w kolejkach całą noc, by zapisać swoje dzieci do przedszkola z obowiązkowym wtrętem „jak za PRL” – ktoś napisał: bzdura, w PRL były, owszem, kolejki w sklepach, ale nie przy zapisach do przedszkoli. 
Dzieje narodu to ciąg zdarzeń – chwalebnych lub mniej chwalebnych. Jednak dziejów narodu nie można dowolnie kawałkować, jedne wyrzucać, inne stawiać na piedestał. Przy ocenie historii potrzebny jest też umiar i uczciwość. Kiedy tego nie ma pojawia się patologia. Badać historię PRL należy, ale nie tak jak to się dzieje obecnie. Sondaż na temat PRL powinien zweryfikować dotychczasowy kurs, obawiam się jednak, że będzie na odwrót – uzna się, że dotychczasowa propaganda przeciwko PRL była za słaba i trzeba ją wzmocnić.

No responses yet

Jun 11 2009

Kościół mówi: dosyć!

Published by engelgard under Uncategorized

Wszystko wskazuje na to, że Kościół w Polsce, zapędzony w ostatnich latach do narożnika przez radykałów, lustratorów, pseudopatriotów i świeżo upieczonych antykomunistów – odzyskuje swój głos. Podczas obchodów Święta Bożego Ciała wielu hierarchów ostro skrytykowało stan polskiej polityki. W Przemyślu abp Józef Michalik apelował, by Polacy powiedzieli „nie” wobec nienawiści, oszustw, łapówkarstwa, bezkarnej korupcji czy kłótni politycznych i partyjnych. „Kościół nie głosi kumplostwa, ale braterstwo z Chrystusem i dziecięctwo wobec Boga Ojca” – stwierdził w kazaniu. „Czas najwyższy, aby politycy wspólnie zobowiązali się do zgody, a nie do kłótni i oskarżeń, żeby zobowiązali się i realizowali pracę dla narodu, ratowali stocznie, kopalnie, rolnictwo, przemysł i miejsca pracy, żeby nie interes konkretnej osoby albo partii był na górze, tylko człowiek, któremu trzeba pomagać, wyzwalając chęć do pracy” – apelował abp Michalik. – Polsce wciąż brakuje szacunku dla politycznych przeciwników – stwierdził bp Kazimierz Ryczan podczas kieleckich obchodów Bożego Ciała. Zdaniem metropolity warszawskiego, abp. Kazimierza Nycza, w debacie publicznej często stosowana jest „niechrześcijańska zasada: cel uświęca środki”. Panuje „rozpowszechniany przez media przerażający nieraz język publicznej debaty”. – To tylko niektóre przejawy poważnego kryzysu – dodał.
Kościół wreszcie przemówił swoim głosem, głosem troski o Kraj. Uczynił to jednak bardzo późno, kiedy pewne procesy wydają się trudne do odwrócenia. Przez lata milcząco znosił zaciskającą się pętlę, próbując przystosować się do polityczno-ideologicznego trendu. Przełknął nawet lincz na jednym z najwyższych hierarchów – abp. Stanisławie Wielgusie, przełknął lincz na o. Konradzie Hejmo i innych duchownych. Dał sobie narzucić obsesyjną wizję historii lat 1945-1989, w której za godnych pamięci uznano wyłącznie „księży niezłomnych”. Polityczny establishment, zapędzając Kościół w kozi róg, obłudnie powoływał się na prawo i lewo na naukę Jana Pawła II, niemiłosiernie ją spłycając i instrumentalizując. Wiedział bowiem, że Ojciec Święty już nie zaprotestuje przeciwko szaleństwom lustracji, procesom politycznym i polowaniu na ludzi (także księży). Sytuacja stała się niebezpieczna – Kościół milczał bowiem w obliczu ewidentnej propagandy nienawiści uprawianej w otoczce sloganów o prawdzie i przebaczeniu. Wojna polsko-polska stała się faktem, a Kościół spychano na pozycję jednej ze stron tej wojny. Czy stanowcze „non possumus” wypowiedziane w Święto Bożego Ciała coś zmieni? Być może, ale na pewno nie od razu.

No responses yet

Jun 09 2009

Co po Kaczyńskim?

Published by engelgard under Uncategorized

Zbigniew Ziobro oddał pierwsze strzały w walce o prezesurę PiS. Niesiony wielkim wynikiem wyborczym pozwolił sobie na rzecz niespotykaną – pośrednio skrytykował prezesa Jarosława Kaczyńskiego za nieudolną – w jego mniemaniu – kampanię wyborczą, prowadzoną przez pupilów prezesa: Michała Kamińskiego i Adama Bielana. I chociaż szybko sprawę zaklajstrowano (rozmowa prezesa z Ziobro w „cztery oczy”), to osad pozostał.
Ziobro od wielu miesięcy uchodzi na pisowskim dworze za delfina, który zasiądzie na tronie po odejściu Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS nie uznaje go jednak za swojego następcę, więc były minister sprawiedliwości jest w niełasce. Prezes zgodził się na jego kandydowanie do europarlamentu, bo jest to swego rodzaju zesłanie. Polityk decydujący się na odejście do Brukseli skazuje się na pewną marginalizację. Jeszcze nikomu z europarlamentarzystów nie udało się  utrzymać w pierwszej lidzie krajowej. Tak więc Ziobro, niejako za porozumieniem stron, wybrał poczekalnię, czy jak kto woli Sulejówek. Prezes poinstruował go nawet, co ma w najbliższym czasie robić – ma się uczyć języków i to 6-8 godzin dziennie, wtedy nie będzie miał czasu na głupstwa.
Zwolennicy obalenia prezesa Kaczyńskiego pewnie czekają z utęsknieniem na nadejście tej godziny. Zastanówmy się wszakże nad jednym – czym może być ten „nowy” PiS, np. z Ziobro na czele? Czy będzie to zmiana na lepsze? Śledząc polityczną drogę samego Ziobry i jego ludzi, takich jak Arkadiusz Mularczyk czy Zbigniew Girzyński – możemy założyć jako pewnik, że na miejsce obecnego PiS powstanie jego mutacja znacznie radykalniejsza. Ludzie Ziobry to pokolenie nie znające PRL, uznające starych działaczy opozycji za nieudaczników i mięczaków  lub – w gorszym wariancie – powiązanych z SB i „umoczonych” w poprzedni system. Ludzie ci mają dosyć wąskie horyzonty historyczne (Ziobro nie ma ich chyba w ogóle) ograniczające się do nieco zwulgaryzowanego nawiązywania do tradycji piłsudczykowsko-insurekcyjnej (vide: stanowisko pos. Girzyńskiego w sprawie projektów potępienia przez Sejm zamachu majowego). Ludzie ci, to także radykalni rusofobi, nie cofający się przed opiniami, przy których Kaczyński to umiarkowany realista. Czy w związku z tym – powinniśmy z utęsknieniem oczekiwać na upadek prezesa? Nic nowego, bardziej racjonalnego przecież nie powstanie. Prawica nadal będzie się kojarzyć z radykalizmem, obsesyjnym antykomunizmem bez komunizmu, awanturami i rusofobią. Upadek Kaczyńskiego będzie też oznaczał koniec PiS-u jako w miarę jednolitej formacji politycznej, czyli de facto jego rozpad. PiS Ziobry wykroi z tego tortu pewien kawałek dla siebie, ale bynajmniej nie cały tort. Co powstanie z pozostałej części? Najprawdopodobniej coś na kształt PO-Prawica. Te turbulencje na scenie politycznej być może stworzą okazję dla autentycznej formacji narodowej, czerpiącej z tradycji Narodowej Demokracji, ale będzie to tylko okazja i na pewno nie nastąpi to rychło. I oby nie była to powtórka z LPR.

No responses yet

Jun 01 2009

Opel Russland

Published by engelgard under Uncategorized

Rosyjski kapitał był od lat trzymany z daleka od wielkich inwestycji na Zachodzie. Uznawano, że jest on „niepewny” (co częściowo było opinią słuszną). U nas ta zachodnioeuropejska ostrożność, wynikająca mimo wszystko z przesłanek bardziej ekonomicznych niż politycznych nabierała znaczenia wręcz fundamentalnego. Hasło „Rosjanie nadchodzą” – brzmiało niczym wezwanie do obrony kraju, tak jak w 1920 roku. W tym samym czasie kolejne rządy polskie sprzedały zagranicznemu kapitałowi prawie wszystko, w tym system bankowy. W tym przypadku nikt nie podnosił kwestii utraty przez Polskę suwerenności, czy zagrożenia bezpieczeństwa kraju. Z czasem te obawy przed Rosjanami stały się groteskowe, no bo skoro nic już prawie nie mamy, to czego się bać. Właściwie rzecz dotyczyła i dotyczy tylko jednej branży jako tako kontrolowanej jeszcze przez państwo polskie – chodzi o sektor energetyczny i paliwowy. Myśli się o jego sprzedaży Zachodowi, ale o jakichkolwiek propozycjach rosyjskich nie chce się nawet wspominać.
Na początku funkcjonowania rządu PO-PSL, minister gospodarki, Waldemar Pawlak, podniósł sprawę równorzędnego traktowania rosyjskiego kapitału w Polsce, na tych samych zasadach, co zachodniego. Szybko sprowadzono go na ziemię, a premier Donald Tusk wykluczył Pawlaka od podejmowania decyzji w sprawach energetycznych. I oto bańka pękła – rząd niemiecki zgodził się na przejęcie koncernu Opel przez rosyjski państwowy Sbierbank. To pierwsza tego typu i na taką skalę transakcja. W Polsce uznaje się ją za coś niewiarygodnego, jednak musimy przyznać, że jest to naturalna konsekwencja ścisłej współpracy gospodarczej Rosji i Niemiec (i szerszej Europy Zachodniej). Jest rzeczą naturalną, że kryzys ekonomiczny sprzyja podejmowaniu decyzji wręcz rewolucyjnych, z drugiej strony ta transakcja jest wyrazem kontynuowania coraz bliższej współpracy Europy Zachodniej i Rosji. Kto tego nie widzi – ten jest ślepy. Jednak my wyciągamy z tego faktu wnioski wręcz samobójcze. Prawie wszyscy kandydaci na europosłów (głównie jednak PO, PiS i Prawica RP) deklarują, że będą usilnie działać na rzecz „uświadomienia państwom UE „zagrożenie rosyjskiego”. Ze zdumieniem słuchałem wynurzeń na ten temat Mariana Piłki z Prawicy RP, człowieka, który 15 lat temu proponował na łamach jednego z czołowych dzienników ni mniej ni więcej tylko oś Moskwa-Bukareszt-Praga-Belgrad-Warszawa! Teraz będzie ostrzegał Europę przed ściślejszą współpracą z Rosją. Brzmi to co najmniej śmiesznie. W tym samym duchu wypowiada się komentator „Rzeczpospolitej”, który ze smutkiem konstatuje: „Dla Polski to nie jest dobry układ. Trudniej będzie nam przekonywać Niemcy i Unię, że rosyjska polityka ekspansji gospodarczej – zwłaszcza w przypadku surowców energetycznych – może być groźna dla naszej suwerenności”. A jakże, będzie trudniej. A może, panowie rusofobi, zastanowić należy się poważnie nad zmianą paradygmatu polityki wschodniej? Może jednak przyznacie, że rację ma Waldemar Pawlak? Przez lata nasza polityka wschodnia wysługiwała się pewnym wpływowym kołom w Ameryce, nic zresztą z tego nie mając. Czas wreszcie pomyśleć o realnych polskich interesach i o realnym położeniu geopolitycznym Polski.

No responses yet