Archive for July, 2009

Jul 21 2009

Aleja „Zasłużonych”

Published by engelgard under Uncategorized

Na wniosek min. Radosława Sikorskiego premier podjął decyzję o przetransportowaniu ciała zmarłego Leszka Kołakowskiego samolotem do Polski. Zmarły zostanie pochowany na Powązkach w Alei Zasłużonych, obok Bronisława Geremka i Jacka Kuronia. Wcześniej te same środowiska, które z niezwykłą skutecznością narzucają nam niemal kult dawnych partyjnych rewizjonistów, a w latach 50. dogmatycznych komunistów – wymusiły pochówek na Wawelu Czesława Miłosza, człowieka, który nigdy nie krył, że polskość, patriotyzm są mu nie tylko obce, ale wręcz znienawidzone. To zdumiewające, jak łatwo Polacy dają sobie wmawiać, że mamy do czynienia z kimś niezwykłym, z „autorytetami”, z ludźmi, których możemy porównywać z Władysławem Sikorskim, Stanisławem Wyspiańskim, Henrykiem Sienkiewiczem, Ignacym Paderewskim, czy gen. Józefem Hallerem.
Marketing uprawiany przez „Gazetę Wyborczą” jest, jak się okazuje, zniewalający. Nikt nie jest w stanie mu się przeciwstawić. I rośnie nam Aleja „Zasłużonych”, byłych komunistów, trockistów, pogromców „polskiego nacjonalizmu” i „polskiej ksenofobii”. To właśnie oni, a nie dziesiątki innych, którzy nie mieli w swoich życiorysach epizodu z „ukąszeniem” marksizmem – są dzisiaj symbolami „wolnej” Polski. IPN, media i politycy nie mają miłosierdzia dla tych, którzy w PRL nie zasilili opozycji, którzy nigdy „komuchami” nie byli, ale pracowali dla kraju, bo uważali, że to jest słuszne. Ale dla dawnej bermanowskiej frakcji w PZPR jest nie tylko miłosierdzie, ale jest także Aleja Zasłużonych. To jest chichot historii – bo w tej Alei, schowani za gęstymi krzakami i krzewami – stoją wielkie grobowce ideowych mistrzów z okresu młodości Kołakowskiego, Kuronia czy Geremka – grobowce Bolesława Bieruta i Juliana Marchlewskiego. Tak oto byli komuniści stali się symbolem polskiego „antykomunizmu”, w myśl rozpowszechnianego w latach 70. hasła KOR-u: „Myśmy w tym  kraju wprowadzili komunizm, i tylko my możemy go stąd wyprowadzić”. 
Ktoś powie: ale przecież oni się zbuntowali, wyszli z partii, przecierpieli za grzechy młodości. Nikt jednak już nie pyta – dlaczego się zbuntowali? Ano dlatego, że w ich mniemaniu po 1956 roku PRL zaczęła dryfować ku „nacjonalizmowi”, partia wyrzekała się czystości ideologicznej i sięgała po argumenty „endeckie”. Tak, to był ich bunt, przeciwko odejściu od prawdziwego socjalizmu. Kto nie wierzy, niech poczyta ich ówczesne teksty (głównie z lat 60.). Dlaczego nie zbuntowali się w najgorszym okresie stalinizmu? Dlaczego wtedy nie widzieli nieprawości? Dlaczego wtedy gromili „polski zaścianek”, wykańczając wybitnych polskich filozofów? Zbuntowali się dopiero wtedy, gdy ich frakcja straciła władzę w partii. A znienawidzili PRL w 1968, kiedy – jak dosadnie wyraził się w „Dziennikach” Stefan Kisielewski – „dostali w dupę”. Znienawidzili wtedy, kiedy marksizmowi i bolszewizmowi przetrącono w Polsce kręgosłup.
Nie idzie o to, by znęcać się nad zmarłymi, chodzi tylko (czy aż) o to, by nie grać w takt muzyki wygrywanej przez orkiestrę z takim właśnie rodowodem. A w Polsce tańczy się w jej takt, że aż miło. Niedawno UMCS z Lublinie nadał tytuł doktora honoris causa Leopoldowi Ungerowi, wyjątkowo dogmatycznemu aparatczykowi przed 1968 rokiem. Co nas jeszcze czeka? Złośliwi mówią, że w kolejce do Alei Zasłużonych czeka jeszcze Zygmunt Bauman – jeden z pogromców polskiej nauki w latach 50. Ma wielkie szanse, natomiast nie dane to było Włodzimierzowi Brusowi (zm. W 2007 r.), ale ten miał pecha – był mężem Heleny Wolińskiej. Adam Michnik na razie wydaje „Dzieła Wybrane”. Co będzie potem – aż strach pomyśleć.
Cała ta sprawa świadczy o jednym – jako naród jesteśmy jak glina, którą można lepić nieomal dowolnie. To smutne – ale to nasza wina, naszego lenistwa i głupoty. Jaki naród, takie autorytety, chciałoby się powiedzieć, ale to może nie naród jest winny, tylko stojące na jego czele tzw. elity.

No responses yet

Jul 16 2009

Ameryka błądzi?

Published by engelgard under Uncategorized

„Takiego listu po 1989 roku jeszcze nie było” – tak ocenia zachwycona „Gazeta Wyborcza” list byłych prezydentów: Polski Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Wałęsy, Czech Vaclava Havla, Litwy Valdasa Adamkusa, Rumunii Emila Constantinescu, Słowacji Michala Kovacza i Łotwy Vairy Vike-Freiberg do prezydenta USA Baracka Obamy. A co czytamy w liście? Ano, że panowie są zaniepokojeni, gdyż “NATO wygląda na słabsze, niż gdy do niego wstępowaliśmy”. Żalą się na to, że politycy z Europy Środkowej mają problemy, „by ich głosy słyszano”. No i zarzut główny: „Gdy nowa administracja Obamy wyznacza priorytety swej polityki zagranicznej nasz region jest jednym z tych, o które Amerykanie przestali się martwić. Chwilami mamy wrażenie, że polityka USA była [tu] tak udana, że wielu amerykańskich urzędników doszło teraz do wniosku, iż nasz region (…) można »odfajkować« i skupić się na innych kwestiach strategicznych. Wielu zakłada, że proatlantyckie nastawienie regionu, jego stabilność i dobrobyt będą trwały wiecznie. To pogląd przedwczesny”.
Bez owijania bawełnę zarzucają Amerykanom, że lekceważą zagrożenia ze strony Rosji: “Nasze nadzieje, że stosunki się poprawią, a Moskwa w końcu zaakceptuje naszą całkowitą suwerenność i wstąpienie do NATO i UE, nie ziściły się. Zamiast tego Rosja znów jest siłą rewizjonistyczną, która chce osiągać XIX-wieczne cele za pomocą XXI-wiecznych metod. (…) By rozszerzyć swe interesy w Europie Środkowej i zagrozić jej orientacji atlantyckiej, Rosja używa jawnych i tajnych sposobów wojny ekonomicznej, począwszy od blokad energetycznych i inwestycji motywowanych politycznie, a skończywszy na przekupstwach i manipulowaniu mediami”.
Co więcej, sygnatariusze przypominają Obamie ni mniej ni więcej czasy Jałty:  „Nasz region cierpiał, gdy USA w Jałcie poddały się »realizmowi«. (…) Gdyby poglądy »realistów« zwyciężyły w latach 90., nie bylibyśmy dziś w NATO, a idea Europy jednej, wolnej i pokojowej byłaby odległym snem (…) „Nie chcemy dorzucać kolejnego problemu do długiej listy, z którą musi się Pan zmierzyć. Chcemy raczej pomóc, być silnymi sojusznikami we wspólnocie europejskoamerykańskiej, która jest poważną siłą na rzecz dobra w świecie. Ale nie jesteśmy pewni, gdzie będzie nasz region za pięć czy dziesięć lat. Musimy podjąć właściwie kroki, by mocne stosunki między USA a Europą Środkową z ostatnich 20 lat przetrwały”.
Pierwsze, co przychodzi na myśl po przeczytaniu tego listu to poczucie pewnego zażenowania – „byli” zdają się żalić niczym dzieci przed ojcem, za to, że je lekceważy. Ale przecież mamy do czynienia z ludźmi dorosłymi, z politykami, którzy powinni znać reguły gry. Tymczasem oni zwyczajnie leją krokodyle łzy, że ich porzucono, że o nich zapomniano. W przypadku Kwaśniewskiego uczucie zażenowania jest jeszcze silniejsze. Po pierwsze, zważywszy na jego polityczny rodowód podpisywanie się pod takim listem zwyczajnie nie uchodzi. Po drugie, to Kwaśniewski jest przykładem wręcz najbardziej jaskrawym zawiedzionych nadziei. No bo jak to, on, były „komuch” – tak gorliwie wychodził naprzeciw życzeniom Wielkiego Brata zza Oceanu, naraził się Moskwie (vide tzw. pomarańczowa rewolucja), został tam wręcz wyklęty – a w nagrodę nie otrzymał żadnego stanowiska, żadnej propozycji! No i teraz musi sobie organizować czas sam. Adamkus na żadne stanowisko już liczyć nie może (emeryt), ale boleśnie odczuwa, że linia, którą przez lata realizował już nie istnieje, a jego następcą jest adeptka szkoły partyjnej w Leningradzie.
Tyle, jeśli chodzi o odczucia, a teraz ocena polityczna. Nie mam pojęcia na co liczą sygnatariusze, ale chyba nie na to, że po przeczytaniu ich biadań – Stany Zjednoczone zmienią kurs. Nie po to obalono w USA rządy sekty neokonserwatystów, którzy prowadzili świat ku globalnemu konfliktowi, nie po to przez całe miesiące Henry Kissinger zszywał wytrwale to, co porwali panowie Perle, Rumsfeld czy Cheney – by teraz trąbić znowu do szarży. Zdumiewa lekceważące traktowanie przez sygnatariuszy realistycznego nurtu w polityce amerykańskiej. To zresztą sprawia, że nikt poważny w obecnej administracji nie będzie tego listu brał serio. Zdumiewa także oderwanie autorów od nastrojów społecznych w ich krajach. Po latach euforii i zachwycenia Ameryką – nastał czas rozczarowań. Ameryka nic realnego tym krajom nie dała, a przynajmniej tego, na co – naiwnie czy nie – liczono. Teraz Ameryka jest w tej części Europy passe, a politycy typu Kwaśniewski czy Adamkus są symbolami tego upadku. No i zdumiewa coś jeszcze – owa pewność, że ci panowie wiedzą lepiej na czym polega prawdziwy interes USA. W naszej historii zdarzało się to nie raz – my zawsze wiedzieliśmy, co powinni robić Amerykanie, i nie tylko Amerykanie. Problem w tym, że nikogo z wielkich to nie obchodziło i nie obchodzi.
Owszem, można zrozumieć frustrację byłych prezydentów, że na naszych oczach kończy się pomarańczowy reżim na Ukrainie, który się montowało, że w Gruzji prezydent-rozrabiaka ledwie zipie pod naporem opozycji – ale to jeszcze nie powód, by wytaczać ciężkie działa i straszyć rosyjskim rewizjonizmem w XIX-wiecznym stylu. Nie mam pojęcia kto tak naprawdę jest inicjatorem tego listu, być może ktoś z Ameryki, ale to nie usprawiedliwia sygnatariuszy. Śmieszność jest czymś najgorszym, na co można się narazić.

No responses yet

Jul 14 2009

Sierotki po Banderze

Published by engelgard under Uncategorized

Jeszcze kilka lat temu Kresowianie upominający się o pamięć o pomordowanych przez UPA Polakach byli całkowicie osamotnieni. Jedynie nieliczne pisma (przede wszystkim „Myśl Polska”) podejmowały temat. Teraz jest inaczej – nawet wysokonakładowe dzienniki, stacje telewizyjne i radiowe podają wyczerpujące informacje o organizowanych przez Kresowian obchodach, informują o faktach, jakie miały miejsce w latach 1943-1944, publikują wywiady z historykami i działaczami kresowymi. Coś więc pękło, przekroczona została wydawać by się mogło zaczarowana granica. Sprawa stała się na tyle poważna, że postawiła władze RP, które wmanewrowały się w bezkrytyczne poparcie dla postbanderowców ukraińskich – w sytuacji co najmniej niezręcznej.
Cóż więc się stało? Myślę, że decydujące znaczenie miała bijąca w oczy bezczelność banderowców na Ukrainie, w tym działania samego prezydenta Ukrainy – Wiktora Juszczenki. Stawianie pomników mordercom, zakrojona na gigantyczną skalę akcja indoktrynacji młodzieży ukraińskiej w duchu banderowskim, a nawet sławienie Dywizji SS Galizien (bilbordy opłacone przez władze Lwowa) – sprawiły, że dalsze milczenie i udawanie, że nic się nie dzieje stawało się praktycznie niemożliwe. Albowiem nie mnożna było powiedzieć, że żądania Kresowian i ich ostrzeżenia przed odradzaniem się ukraińskiego szowinizmu to są majaczenia grupki frustratów. Banderowcy okazali się tak „twórczy”  i wpływowi, że przekroczyło to nawet najbardziej pesymistyczne i alarmistyczne prognozy. Tego, co się obecnie dzieje na Ukrainie nikt nie przewidział. Owszem, uważano, że banderowcy mają jakieś niewielkie wpływy, a tu nagle okazało się, że ideologia OUN staje się PAŃSTWOWĄ DOKTRYNĄ tego kraju. Tylko ślepcy mogli tego nie zauważyć.
W chwili obecnej na pozycjach obrońców banderowskiej Ukrainy stoją już tylko „Gazeta Wyborcza” i częściowo ośrodek prezydencki. Niejasne jest stanowisko PiS, partii, która rzuciła się na szyję ukraińskim „bojownikom o demokrację”, a jak się okazało cynicznym spadkobiercom Bandery. Na parasol ochronny banderowcy mogą liczyć jeszcze we władzach rządowych i sejmowych RP, by wspomnieć tylko niechlubną rolę marszałka Bronisław Komorowskiego, który nie dopuścił do uchwalenia przez Sejm zgłoszonej przez Jarosława Kalinowskiego projektu uchwały potępiającej zbrodnie UPA. Establishment polityczny w Polsce próbuje jeszcze udawać, że sprawa nie jest aż tak ważna, że nie wymaga interwencji. Jest jednak inaczej – bo nawet w punktu widzenia tych, którzy nadal (niesłusznie) uważają, że stosunki Polski z Ukrainą mają jakieś gigantyczne znaczenie dla naszej suwerenności – tolerowanie recydywy banderowskiej jest niebezpieczne. Grozi bowiem całkowitym załamaniem i kompromitacją. Kiedy nadejdzie czas, że Zachód odkryje prawdziwe oblicze współczesnej Ukrainy, nagle okaże się, że to Polska była jej adwokatem, i to my będziemy świecić oczami, kraj, który uchodzi z jeden z najbardziej doświadczonych w okresie II wojny światowej, za prawdziwy wyrzut sumienia.
Można też już dziś wskazać bez żadnej pomyłki ośrodek, który nas w to wszystko wpakował. To jest środowisko Adama Michnika, to jest „Gazeta Wyborcza” i dawnej Unia Wolności.  Nigdy nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że ludzie tego środowiska, tak wyczuleni na nawet powiewy nacjonalizmu w innych krajach, w tym przede wszystkim w  Polsce, z takim uporem podejmują się obrony jednego z najbardziej zbrodniczych i rasistowskich nacjonalizmów (a raczej szowinizmów) w Europie. Dlaczego przechodzą do porządku dziennego nad udziałem ukraińskich szowinistów w zagładzie Żydów, a nam wypominają przy każdej okazji antysemityzm, także tam, gdzie go nie było? Dlaczego „Gazeta Wyborcza”, pomimo jednoznacznych faktów, próbuje relatywizować banderowskie ludobójstwo, by wspomnieć ostatnie teksty Marcina Wojciechowskiego? Czy nie jest haniebne i uwłaczające, że w banderowskich wydawnictwach sławiących UPA i jej czyny publikowane są zdjęcia Jacka Kuronia jako przyjaciela i obrońcy? (np. książeczka dla dzieci (!) pt. „Ukraińska Powstańcza Armia” wydana w Charkowie w 2007 r.). Dlaczego np. w przypadku Rosji „Gazeta Wyborcza” wściekle walczy z rosyjskim autorytaryzmem (dodajmy oświeconym), a na Ukrainie wspiera zwyczajny szowinizm? Wszystkiego nie da się wyjaśnić Giedroyciem, który niesłusznie jest uważany w Polsce za jakiś wielki autorytet. Zresztą w swoim ostatnim wywiadzie („Kultura”, nr 1/1992) nawet Giedroyc powiedział, że rzeczą „wielkiej wagi” jest znormalizowanie stosunków z Rosją, a mówiąc o Ukrainie (i nie tylko) przestrzegał przed narastaniem „nastrojów skrajnie nacjonalistycznych”. Jeśli tak, to Michnik i „Wyborcza” nie są nawet spadkobiercami Giedroycia. Są tylko i wyłącznie sierotkami po Banderze.

No responses yet

Jul 09 2009

Salon przebiera nogami

Published by engelgard under Uncategorized

Pompowanie w mediach i niektórych sondażach Jolanty Kwaśniewskiej jako poważnego kandydata na urząd prezydenta RP jest robotą salonu, który po klęsce politycznej na początku XXI wieku wciąż marzy o powrocie do wielkiej gry. Jednak czasy, kiedy Bronisław Geremek decydował o wszystkim co działo się w polskiej dyplomacji, a Adam Michnik przestawiał figury na szachownicy – minął bezpowrotnie. Po Unii Wolności, emanacji warszawsko-krakowskiego salonu, śladu już nie ma – PO to nie jest wytwór „Gazety Wyborczej” i jej redaktora. Owszem, to jest mniejsze zło, ale jednak także zło. Salon musiał więc skoncentrować się na tzw. metapolityce, na niszczeniu tradycyjnych wartości, podgryzaniu Kościoła, kreowaniu lewackich idiotyzmów, takich jak feminizm, „prawa dziecka” czy zboczenia seksualne. Na tym polu ma niemałe sukcesy, gdyż udało mu się wprowadzić w obieg publiczny sporo nowinek. Ludzie mediów myślą już prawie w 100 procentach wedle tego destrukcyjnego kodu. Udało się też salonowi wykończyć polską edukację infekując ją wirusem anarchii i młodzieżowego prymitywnego chamstwa.
A jednak salon wciąż uważa, że to nie jest to, że brak mu jeszcze realnej władzy, uczestnictwa w I lidze politycznej. Jak to jednak osiągnąć? UW-reaktywacja zakończyła się klapą. Trzeba więc szukać innych rozwiązań. No i znowu postawiono na Kwaśniewską. Już raz próbowano nią zagrać, widać nauka poszła w las. Plastikowa była pierwsza dama, pupilka kolorowej prasy, patronka ruchu feministycznego, fanka tolerancji, dialogu wielokulturowego i wszystkich innych pomysłów kompleksu medialno-salonowego – wydaje się być idealnym kandydatem. Ale właśnie – wydaje się. Bo tak naprawdę pani Jola nie ma żadnych szans w politycznym starciu, bo jest wyłącznie zjawiskiem medialnym a nie realnym. A jej lansowanie jest raczej przejawem bezradności i zagubienia salonu niż rezultatem przemyślanego planu politycznego.

No responses yet

Jul 07 2009

Kissinger architektem porozumienia USA-Rosja

Published by engelgard under Uncategorized

USA i Rosja, mimo pewnych różnic jakie je dzielą, znowu się do siebie zbliżyły. Amerykanie dostali zgodę na tranzyt wojsk i zaopatrzenia do Afganistanu ( to był główny atut Rosji), podpisano wstępne porozumienie w sprawie redukcji potencjału nuklearnego, Rosja dostała zielone światło wejścia do WTO (Światowa Organizacja Handlu), w sprawie sytemu antyrakietowego oba kraju maja prowadzić szczegółowe konsultacje, wreszcie – jak twierdzą Rosjanie – Ameryka uznała, że będzie respektować szczególne interesy Rosji na terytorium dawnego ZSRR. Do tego dochodzi pakiet umów gospodarczych okraszonych otwarciem fabryki Boeinga na Uralu (produkcja podzespołów z tytanu).
Taki jest rezultat szczytu. Wiadomo jednak, że najpierw były wielomiesięczne przygotowania. Nie ulega kwestii, że architektem porozumienia USA-Rosja jest Henry Kissinger, były sekretarz stanu w administracji Richarda Nixona. Wystarczy prześledzić jego aktywność na przestrzeni ostatnich miesięcy, by się o tym przekonać. Już w czasie konfliktu zbrojnego pomiędzy Rosja a Gruzją (jeszcze za rządów Georga W. Busha) Kissinger skrytykował politykę Waszyngtonu wobec Rosji. Podczas dyskusji panelowej na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona stwierdził: „Potrzebujemy pomocy Rosji dla rozwiązania problemu z Iranem, a także gdyby sytuacja w Pakistanie rozwijała się w złym kierunku”.  Kissinger podkreślił, że polityka USA wobec Moskwy „nie powinna być dyktowana przez to, co stało się w Gruzji”. Poparł go James Baker, sekretarz stanu w gabinecie prezydenta George’a H.W. Busha (seniora). „Jak słusznie zauważył minister obrony Robert Gates, trzeba widzieć Rosję w kontekście naszych interesów strategicznych, a nie tylko taktycznych” - powiedział Baker. Sugerował, że to Gruzja sprowokowała Rosję przypuszczając w sierpniu ofensywę na Południową Osetię. „Południowa Osetia i Abchazja nigdy nie chciały być częścią Gruzji” – dodał. Tego samego zdania był także Colin Powell.
Po wyborze Dmitrija Miedwiediewa na urząd prezydenta Rosji, Kissinger opublikował artykuł w „Washington Post”. Jak relacjonowała ten artykuł Polska Agencja Prasowa: „Uznał, że zmiana na Kremlu jest sygnałem przemian w Rosji, które pozwalają optymistycznie patrzeć na ewolucję w tym kraju i perspektywy jego współpracy z USA. Nie należy w związku z tym – jego zdaniem – dążyć do zbyt szybkiego przyłączenia do NATO Ukrainy, ponieważ przyspieszanie jej członkostwa może zahamować te pozytywne procesy. Nietypowa roszada w Moskwie – objęcie urzędu premiera przez dotychczasowego prezydenta Putina i wybór na to ostatnie stanowisko Dmitrija Miedwiediewa oznacza redystrybucję władzy następującą w sytuacji przechodzenia Rosji z fazy konsolidacji do okresu modernizacji – stwierdził. „Scedowanie władzy przez władcę będącego u szczytu swoich wpływów nie ma precedensu w historii Rosji. Może to być początkiem ewolucji w kierunku pewnej formy check and balances (zasada systemu amerykańskiej demokracji: wzajemna kontrola i równoważenie się różnych ośrodków i typów władzy). Demokracja w Rosji nie jest z góry przesądzona, ale z demokracją na Zachodzie też tak nie było” – napisał Kissinger.
Były sekretarz stanu  wezwał w związku z tym amerykańskich polityków, aby powstrzymali się od publicznych komentarzy na temat wewnętrznej sytuacji w Rosji. Zdaniem Kissingera, realia geopolityczne dostarczają niezwykłej okazji do strategicznej współpracy między obu krajami, ponieważ kontrolują one razem 90 procent broni nuklearnej na świecie, Rosja jest największym państwem pod względem obszaru, a postęp w kierunku stabilizacji, na Bliskim Wschodzie i w Iranie, zależy od współpracy rosyjsko-amerykańskiej.
Kissinger dowodził, że kierownictwo Kremla doskonale zdaje sobie sprawę z ograniczonych możliwości zmiany przez Rosję układu sił w świecie ponieważ kraj jest teraz otoczony silniejszymi państwami niż dawniej – na zachodzie sąsiadują z nim kraje członkowskie NATO – i jest teraz zaaobsorbowany problemami wewnętrznymi. Według niego, zimnowojenna retoryka używana przez Moskwę jest wyrazem przyzwyczajeń z minionej epoki, a nie rzeczywistych intencji zaostrzania stosunków z USA.
Koniec zimnej wojny przyniósł paradoksalny rezultat – zagrożenie wojny nuklearnej między dwoma supermocarstwami zostało właściwie zredukowane do zera. Jednak rozprzestrznianie się nowoczesnych technologii – zwłaszcza technologii wytwarzania energii atomowej do celów pokojowych – znacznie zwiększyło możliwość zdobycia broni nuklearnej przez inne państwa. Jeśli w jej posiadanie wejdą Iran i Północna Korea, trudno będzie powstrzymać pęd do atomu reszty świata – twierdził Kissinger.
Zaproponował sukcesywną redukcję arsenału atomowego największych mocarstw, wciągnięcie Rosji w strategię powstrzymywania Iranu (dlaczego nie umieścić radarów tarczy antyrakietowej na południu Rosji – pyta Kissinger?), globalną koordynację i wzmocnienie zabezpieczeń broni oraz materiałów nuklearnych, promocję systemu kontroli międzynarodowej nad przepływem i pokojowym użyciem owych materiałów”.
Po wyborze Baracka Obamy na urząd prezydenta USA Kissinger uzyskał status jego nieoficjalnego wysłannika do Moskwy. On, a nie antyrosyjski jastrząb, Zbigniew Brzeziński, który był i jest trzymany daleka od Obamy. Jak poinformował brytyjski  „Daily Telegraph”, Kissinger w grudniu 2008 roku rozmawiał w Moskwie na temat nowego traktatu rozbrojeniowego, który miałby doprowadzić do redukcji arsenałów nuklearnych do tysiąca głowic po każdej ze stron. Misja wysłannika prezydenta Obamy miała się zakończyć sukcesem. Rosjanie złożyli ustną deklarację, że podpiszą taki dokument. Bliski współpracownik Kissingera potwierdził jedynie, że spotkał się on z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem. Zaprzeczył jednak, aby prowadził jakiekolwiek tajne negocjacje. „Daily Telegraph” zapewnił, że źródła dyplomatyczne twierdzą co innego. 
„Kissinger byłby doskonałym kandydatem do prowadzenia negocjacji lub przekazywania do Rosji nowych propozycji. Jest bardzo częstym gościem w Moskwie. Ma dobre relacje z Putinem i nieźle dogaduje się z Miedwiediewem. Rosjanie mu ufają, bo jest realistą, a realizm jest bardzo ceniony w rosyjskiej polityce – powiedział „Rzeczpospolitej” (z 7.02.2009) Fiodor Łukjanow, redaktor naczelny pisma „Rosja w globalnej polityce”. Jak pisał dalej ten dziennik: „W 2007 roku rosyjskie media informowały, że Henry Kissinger i Jewgienij Primakow, były premier i szef rosyjskiego wywiadu, stanęli na czele zespołu roboczego ds. współpracy w sprawach walki z terroryzmem i nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia. Część analityków uważa, że dzięki Kissingerowi prezydent Obama mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Udałoby mu się przekonać do swoich inicjatyw i Rosjan, i republikanów, którzy darzą Kissingera sporym zaufaniem”.
Kissinger był także głównym rozgrywającym ze strony USA na szczycie bezpieczeństwa  w Monachium. Także prasa rosyjska informowała, że Kisisnger był co najmniej dwa razy w poufnych misjach w Moskwie. Jak widać, udało mu się dobrze przygotować grunt pod wizytę Baracka Obamy w Rosji. Rezultaty tej wizyty są także namacalnym dowodem na zasadniczy zwrot w polityce amerykańskiej wobec Rosji. Kissinger był zawsze zwolennikiem Realpolitik i przeciwnikiem misjonarstwa i ideologizacji dyplomacji. Nie akceptował dogmatycznego radykalizmu neokonserwatystów, którzy obezwładnili poprzedniego prezydentów Georga Busha i doprowadzili politykę USA na skraj przepaści. Po upadku republikanów i McCaina przyszedł czas na powrót do realizmu i geopolitycznego spojrzenia na świat.
A co na to Polska? My jesteśmy ofiarą własnej głupoty i bezkrytycznego wykonywania zaleceń poprzedniej administracji w Waszyngtonie. Zostaliśmy sam na sam z ukraińskimi banderowcami, politycznych chuliganem Saakaszwilim i Eriką Steinbach za Odrą. Tak zawsze kończy się polityczne nieuctwo i amatorstwo. Najgorsze jest to, że wciąż jeszcze kreatorzy tej pseudopolityki (także wynajęci naukowcy i dziennikarze) udają, że nic się nie zmieniło. Wystarczy poczytać i posłuchać, jak w Polsce komentuje się szczyt w Moskwie.

No responses yet

Jul 01 2009

Antyunia Lubelska

Published by engelgard under Uncategorized

Lech Kaczyński podczas obchodów 440. rocznicy Unii Lubelskiej nakreślił własną wizję historiozoficzną i program na czasy dzisiejsze. Powiedział m.in.: „Obchodzimy dzisiaj 440. rocznicę wielkiego sukcesu kilku narodów, choć formalnie była to tylko unia polsko-litewska, a w istocie porozumiała się szlachta Korony Polskiej, szlachta litewska, szlachta ruska, czyli dziś powiedzielibyśmy białoruska i ukraińska”. Prezydent zwrócił uwagę, że na przełomie XV i XVI w. ówczesne państwo litewskie było pod naciskiem wschodniego sąsiada. Jak mówił, “jeżeli byliśmy razem, to myśmy wygrywali; jeżeli Litwa była sama, to wygrywało to drugie państwo”. “To jest coś, co jest istotne i dziś”.
No właśnie, wydaje się, że „to coś” (czyli antyrosyjski sojusz) jest tym, co kręci prezydenta. Unia Lubelska to tylko pretekst, tym bardziej, że dzisiaj jest ona wyłącznie dalekim echem historii. Dla takich państw, jak Litwa czy Ukraina Unia Lubelska nie istnieje, to jest dla nich odległy koszmar, który wspomina się jak zły sen. Nie ma co się oszukiwać, dla Litwinów Unia to początek delituanizacji, początek zaniku Litwy właściwej. Dla nich dopiero wiek XIX i XX, kiedy „przezwyciężono” następstwa Unii – to jest powód do chwały. Prezydent Kaczyński jest idealistą, nie chce przyjąć do wiadomości, że współczesny Litwin nienawidzi tej tradycji, którą my uznajemy za tak chwalebną. Każdy turysta zagraniczny w Wilnie faszerowany jest zarysami historii Litwy (po angielsku), w których o Unii, o Rzeczpospolitej Obojga Narodów, nie ma ani słowa!  A jeśli, to jako o epoce, kiedy „prawdziwa” Litwa została zepchnięta na margines.
O Ukrainie lepiej nie mówić, to państwo, które pod przywództwem Wiktora Juszczenki czerpie swoje żywotne soki z tradycji morderców z OUN-UPA. Ta tradycja, tak jak na Litwie, kiełkowała prawie wyłącznie na łączce antypolonizmu, który przekształcił się w zbrodniczy banderowski szał w latach 40. XX wieku. To są korzenie państwa ukraińskiego, a nie mityczna „lacka” Unia Lubelska. Dla przywódców ukraińskich bohaterami są Bandera, Szuchewycz, Kłaczkiwskij i „bojowcy” UPA i SS Galizien, a nie jakaś „ruska szlachta” z XVI wieku.
90 lat temu, kiedy podczas konferencji pokojowej w Paryżu polscy politycy dyskutowali na temat tzw. programu federacyjnego, lansowanego przez piłsudczyków, Roman Dmowski jasno stwierdził: „Panowie, nie ma się z kim federować”. I miał rację – Polska była dla Litwinów i Ukraińców wrogiem największym, większym niż bolszewicy. I tak jest po dziś dzień – aż dziw bierze, jak można mieć jeszcze złudzenia. Owszem, polityczni partnerzy Lecha Kaczyńskiego biorą chętnie udział w tych spektaklach, jakie co jakiś czas organizuje, ale nie mają one żadnego realnego znaczenia. Na Litwie polskość jest tępiona jak tylko się da, Polacy są spychani do getta, nie mają szans na jakiekolwiek zatrudnienie w agendach państwa (za to my otwieramy przed mniejszościami prawie wszystko). Co to ma wspólnego z „wielką chwalebną przeszłością kilku narodów”?     
Akurat w dniu, w którym dokonywał się ów tragikomiczny spektakl w Lublinie, TVP 3 nadała obszerny materiał o sytuacji polskich przedsiębiorców na Ukrainie. W sumie wystąpiło w nim aż czterech – wszyscy opowiadali rzeczy, po których włos się na głowie jeżył. Jeden ma zablokowany po dziś dzień zakład, bo sprzysięgło się przeciwko niemu kliku lokalnych polityków i Cerkiew, która postawiała przed bramą krzyż, gdzie wznoszone są modły w intencji „wygnania Lachów z Ukrainy”. Drugi stracił zakład poligraficzny i 1,5 mln USD, bo administracja ukraińska zażądała, żeby dyrektorem był obywatel Ukrainy. No i ten dyrektor (kobieta) przy pomocy sfałszowanych dokumentów przejął zakład. Pomimo ewidentnego złodziejstwa żadne działania i apele nie dają nic – co prawda sąd uznał, że było to przestępstwo, ale nikt nie jest w stanie wyegzekwować wyroku, a milicja nie dopuszcza do własnego zakładu legalnego właściciela. Innemu przedsiębiorcy po prostu podpalano zakład, a milicja od 1,5 roku nie jest wstanie zakończyć śledztwa.
Taka jest rzeczywistość i takie są realne problemy, których polskie władze nie rozwiązują i unikają jak ognia. A prezydent woli polityczno-ideologiczne szopki, pełne frazesów łykanych przez cynicznych partnerów ze Wschodu z udawaną powagą. To nie jest polityka wschodnia, to jest parodia. Paradoks polega na tym, że jedynie na wyklętej Białorusi (na szczyt do Lublina oczywiście nie zaproszono Aleksandra Łukaszenki, tylko nie mającego żadnego znaczenia Stanisława Szuszkiewicza) państwo oficjalnie przyznaje się do tradycji Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Od kilku lat trwa intensywna konserwacja zabytków i pamiątek po tej epoce, po Radziwiłłach, po wieku XVI i XVII. My jednak za „przyjaciół” uznajemy białoruskich nacjonalistów, którzy jak rządzili, twierdzili, że na Białorusi nie ma Polaków, tylko spolonizowani Białorusini. 
Szczyt w Lublinie to swego rodzaju Antyunia Lubelska, żywe zaprzeczenie pamięci po prawdziwej Unii Lubelskiej. Jeśli bowiem jedynym spoiwem łączącym zgromadzonych tam polityków jest rusofobia, to doprawdy daleko się nie zajedzie. W dodatku jest to robione przy ewidentnym poświęceniu interesów polskich na dawnych ziemiach Rzeczpospolitej, i przy ewidentnej sprzeczności z dominującym trendem w Unii Europejskiej i w USA. Po co więc to wszystko?

No responses yet