Archive for August, 2009

Aug 30 2009

Telewizja „Rossija” łapie równowagę

Published by engelgard under Uncategorized

Tak to jest na tym świecie, że wiadomości złe i skandaliczne rozchodzą się szybko, inne zaś z trudem przebijają się na pierwsze strony, a często nie trafiają tam w ogóle. Nadany przez kanał telewizji „Rossija” „Viesti” film „Tajemnice tajnych protokołów” po dziś dzień jest przedmiotem ostrych polemik, gniewnych komentarzy, a nawet obelg. Tymczasem ten sam kanał nadaje kilka dni później (30 sierpnia) inny film, zatytułowany „II wojna światowa – dużo pytań, mało odpowiedzi”. W filmie nie ma już ani słowa o tajnym polsko-niemieckim protokole, jest za to pokazana walka polskiej armii z Niemcami, jest mowa o bohaterstwie żołnierzy polskich, jest o Westerplatte i obronie Warszawy. Co prawda jest i kilka wpadek, jak np. twierdzenie, że polska kawaleria atakowała czołgi (co w tym przypadku nie ma podtekstu złośliwego,  ma świadczyć o naszym bohaterstwie) i że Warszawa walczyła nawet po kapitulacji armii polskiej, jednak jest to znaczący postęp w stosunku do filmu poprzedniego.
Ważne jest też to, że w filmie pojawiają się historycy rosyjscy, którzy nie są już tak bezkrytyczni wobec decyzji kierownictwa stalinowskiego, jak ci występujący w filmie poprzednim. I tak, prof. Aleksander Czubarian mówi wprost, że rzeczą niedopuszczalną było łaszenie się przywódców sowieckich do Hitlera i pochwalne hymny na cześć ideologii hitlerowskiej (Mołotow). Pokazano także filmowe zdjęcia z parady wojsk sowieckich i niemieckich w Brześciu nad Bugiem. I choć w konkluzji stwierdzono, że Moskwa nie miała wielkiego wyboru i układ z Hitlerem był dla niej korzystny – to widać jasno, że film powstał, by zatrzeć przykre wrażenie po poprzednim. Zastąpienie jako głównego komentatora historycznego prof. Natalii Narocznickiej (słynącej z ordynarnych antypolskich filipik) przez prof.  Aleksandra Czubariana jest znamienne.
Zamieszanie wokół rocznicy wybuchu wojny, podgrzewane przez rosyjski „czarny gabinet” (to taka historyczna tradycja w Rosji) i przez naszych rusofobów – uświadamia nam, jak trudno będzie znormalizować polsko-rosyjskie stosunki. To paradoks, ale antypolskie wyskoki ze strony rosyjskiej są wodą na młyn antyrosyjskiego obozu politycznego u nas. Te dwa skrajne żywioły wręcz żyją dzięki sobie. Tę wojenkę Rosjanie zaczęli dlatego, że polscy eurodeputowani byli jednymi z promotorów głupiej uchwały Parlamentu Europejskiego potępiającego na równi hitleryzm i stalinizm. W Rosji odebrano to jako prowokację. Po części słusznie – bowiem Stalin był rzeczywiście zbrodniarzem, ale tak się złożyło, że stał na czele państwa, które od 1941 roku biło się z Hitlerem po stronie Zachodu i (tak!) Polski. Wszyscy bowiem byliśmy w koalicji antyhitlerowskiej. Nie była w niej ani Estonia, ani Łotwa, ani Litwa – dlatego uporczywe wspieranie ich przez nas w ich walce z Rosją na polu historycznym – jest bezsensowne i szkodliwe. I to państwo, któremu przewodził Stalin wojnę z Hitlerem wygrało – my zaś zachowujemy się tak, jakby po 1941 roku nic się nie wydarzyło. To ta głupia uchwała stała się, wszystko na to wskazuje, bezpośrednią przyczyną rosyjskiej ofensywy historycznej. Zarzucacie nam wspólnotę z Hitlerem, to my wam pokażemy, no i pokazano nam „tajny protokół polsko-niemiecki” i „agenta niemieckiego Becka”. Atak rosyjski był w złym stylu, to pewne, ale warto pamiętać, że na świecie wcale go tak nie odebrano, i Moskwa o tym wiedziała, bo na świecie Polska, ze swoimi fobiami i obnoszeniem się wyłącznie ze swoimi żalami – nie jest traktowana poważnie.

No responses yet

Aug 25 2009

Chichot Ribbentropa

Published by engelgard under Uncategorized

Czytając niektóre polskie komentarze po emisji w telewizji „Rossija” filmu „Tajemnice tajnych protokołów” (23.08.2009) – Joachim von Ribbentrop pewnie szyderczo się uśmiechnął i westchnął: „Tak, wciąż jestem na pierwszych stronach, i to Rosjanie muszą się tłumaczyć za wywołanie wojny, a nie my, Niemcy”. Obejrzałem film po raz wtóry (pierwsza, skrócona wersja była emitowana kilka tygodni temu), mam o nim takie samo zdanie (w dużej mierze krytyczne) co przedtem, jednak biegunka publicystyczna w niektórych mediach w Polsce budzi zdumienie. Odnosi się wrażenie, że publicyści ci z utęsknieniem czekali na pretekst, by ostro dowalić Ruskim, i doczekali się. Za chwilę zacytuję trzy fragmenty takich publikacji, ale od razu powiem, że jedno jest pewne – panowie ci filmu nie oglądali, a o historii mają pojęcie nieco mgliste. Oto obiecane fragmenty: 

Łukasz Warzecha („Fakt”, 25.08.2009): „Chcę Pana [czyli Donalda Tuska] publicznie spytać; co ma Pan zamiar zrobić z Rosjanami? A konkretnie rzecz biorąc – jak ma Pan zamiar zareagować l września na bezprzykładną bezczelność i chamstwo, które od kilkunastu dni uprawia Moskwa poprzez media i dyżurnych historyków?
Wiem, że filozofia Pańskiego rządu to unikanie konfrontacji: uśmiechy, klepanie po plecach i załatwianie tego, co się da, po cichu. Ale Rosjanie w ostatnich dniach sprawili, że tej metody nie da się zastosować za kilka dni, gdy ma nas odwiedzić premier Putin – doświadczony kagiebowiec Tylko ktoś naiwny mógłby twierdzić, że wszystko to, co się skandalicznego mówi dziś w Rosji o rozpoczęciu wojny i roli Polski, dzieje się bez akceptacji i przyzwolenia, a nawet inspiracji Kremla. A Rosjanie przekraczają wszystkie granice. Czy w takiej sytuacji pozwoli Pan Putinowi odegrać spokojnie l września rolę zadowolonego z siebie przedstawiciela silnej Rosji? Czy może jednak zdobędzie się Pan na to, żeby przypomnieć mu, jak to Rosjanie szli ręka w rękę z Hitlerem, jak mordowali polskich oficerów, jak wywozili ludzi do Kazachstanu i zamykali w łagrach, jak na bagnetach wprowadzali po wojnie najgorszy na ziemi ustrój? Czy będzie Pan chciał zetrzeć trochę z twarzy rosyjskiego premiera ten bezczelny uśmieszek, czy też położy Pan uszy po sobie?”.

Niezły początek, prawda? Co za finezja, co za język? Kiedy czytam teksty Warzechy o Rosji, to wspominam go sprzed lat jako młodego UPR-wca z sympatiami narodowymi, obiecującego publicystę. I nie mogę się nadziwić, co się z nim stało. A oto drugi fragment. 

Marek Magierowski („Rzeczpospolita”, 25.08.2009): „Moskiewscy specjaliści od polityki historycznej malują dziś obraz Polski Anno Domini 1939 jako zgoła sojuszniczki nazistowskich Niemiec. To teza kłamliwa i bolesna, lecz na tyle grubiańska, że nie warto z nią polemizować. Aż trudno sobie wyobrazić, iż następcy speców z KGB, którzy niegdyś byli w stanie wcisnąć zachodnim dziennikarzom i intelektualistom każde łgarstwo, dzisiaj posługują się tak prymitywnymi metodami.
Skąd ta nerwowość? Skąd rozpaczliwe próby wywracania historii do góry nogami? Otóż Kreml zdaje sobie sprawę, że bohaterstwo radzieckiego żołnierza w czasie wojny z faszyzmem jest jedną z niewielu rzeczy, jaką ma światu do zaoferowania i z której może być dumny. Cóż bowiem zostanie Władimirowi Putinowi i Dmitrijowi Miedwiediewowi, jeśli obedrzemy współczesną Rosję z legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej?
Pozostanie biedne, zakompleksione państwo, które nie może znieść faktu, iż przegrywa w cywilizacyjnym wyścigu nie tylko z Ameryką, Niemcami i Francją, ale także z Chinami i Brazylią. Które bardzo chciałoby być szanowaną potęgą, choć robi wszystko, by ów szacunek – szczególnie u sąsiadów – utracić. Które mogłoby kojarzyć się światu ze wspaniałymi muzykami, tancerzami i naukowcami, ale woli się kojarzyć z wojnami gazowymi, morderstwami dziennikarzy i nagim torsem swojego smutnego premiera”.

Spora, jak widać, porcja jadu i nieskrywanej nienawiści do „biednego, zakompleksionego państwa”. No i znowu ten wątek kagiebowski, to prawie samograj. No i z tym „zakompleksieniem” to chyba pobożne życzenia, wielu ludzi w Europie jest przekonanych, że to my jesteśmy zakompleksieni. I wreszcie trzeci przypadek, na deser.

Rafał Ziemkiewicz („Rzeczpospolita”, 24.08.2009): „Rosyjska “polityka historyczna” ma szczególny rys. Rosjanie, w przeciwieństwie do innych nacji, nie silą się na wymyślanie kłamstw, które brzmiałyby choć odrobinę prawdopodobnie.  Nie zostawiają pola na udawanie, że się bierze ich wersję za dobrą monetę. Rosjanie, potrząsając pięścią, każą światu przytakiwać oczywistym bzdurom, kategorycznym stwierdzeniom, że czarne jest białe. I zazwyczaj osiągają to, że Zachód, akceptując gwałt na prawdzie, staje się jego współsprawcą.
Tak jest z wciąż podtrzymywaną przez Moskwę stalinowską wersją paktu z Hitlerem i początku II wojny. Rosja wciąż w żywe oczy zaprzecza istnieniu tajnego protokołu, choć ten protokół z odręcznymi podpisami i mapami znaleziono po wojnie w niemieckich archiwach. Rosja podtrzymuje propagandowe kłamstwo, jakoby Stalin wspólnie z Hitlerem likwidował dzielące ich państwa buforowe i obdarowywał go milionami ton benzyny, rudą, metalami kolorowymi, wszystkim w ogóle, czego Hitler bez niego nie miał, a bez czego nie mógłby rozpętać wojny na wielką skalę – żeby wojnie zapobiec! To przecież równie logiczne, jak dać podpalaczowi zapałki i bańkę nafty i mówić, że to dla zapobieżenia pożarowi!
Jeszcze jako prezydent Władimir Putin konsekwentnie odmawiał wizyty w Polsce, rozmów o bieżących stosunkach, o sprawach gospodarczych, z godną jego poprzedników logiką oskarżając Polskę, że ciągle się skupia na historii. Jako premier zgodził się przyjechać wyłącznie na 1 września i wyłącznie po to, aby mówić o historii. Aby publicznie, rocznicowo, oficjalnie podtrzymać kłamstwa stalinowskiej, sowieckiej propagandy, licząc na to, że sterroryzowani naciskami ze Wschodu i z Zachodu przedstawiciele polskich władz uwiarygodnią je milczeniem. Czy możemy mieć nadzieję, że się co do tego przeliczy?”.

Pan Rafał im starszy, tym bardziej zadufany w sobie i tym bardziej powierzchowny i prostacki, choć zdarzają się mu się dobre teksty. Jednak tak jak w przypadku Łukasza Warzechy traci nerwy, kiedy pisze o Rosji. Dziwna przypadłość, jak na prawicowych publicystów. Najgorsze jest to, że pan Rafał pisze kłamstwa z takim przekonaniem, że chyba w to wierzy. Tu podam tylko, że takim kłamstwem jest zdanie: „Rosja wciąż w żywe oczy zaprzecza istnieniu tajnego protokołu, choć ten protokół z odręcznymi podpisami i mapami znaleziono po wojnie w niemieckich archiwach”. Nie wiem, skąd ta teza, bo nawet w atakowanym przez niego filmie, jak i materiale nadanym tego samego dnia przez kanał Viesti, pokazano fotokopie tajnego protokołu, jak również zacytowano kluczowy jego fragment ilustrując to czytelną mapą. Jeśli pisze się w takim dzienniku jak „Rzeczpospolita”, jeśli pisze się na taki temat, pełen min i raf – to nie może być mieć miejsca na fuszerkę, na łatwiznę intelektualną, na – powiedzmy to otwarcie – hucpę.

A teraz o filmie. Przede wszystkim jest on zrobiony bardzo profesjonalnie od strony warsztatowej, nie ma w nim dłużyzn, jest świetnie opracowany od strony graficznej. To dobra filmowa robota. Inna sprawa to treści serwowane przez komentarz lektora. Z tego punktu widzenia film jest tendencyjny, bo w komentarzach przewija się troska o wytłumaczenie Stalina za decyzje o zawarciu paktu. Niedopuszczalne jest także polemizowanie z głosami prezentowanych przed chwilą historyków. Np. w filmie często pojawia się polski historyk dr Sławomir Dębski, autor monumentalnej pracy o stosunkach sowiecko-niemieckich w latach 1939-1941. Po jego wypowiedzi, że pogłoski o tym, że Polska podpisała z Niemcami „tajny protokół” to propaganda, lektor komentuje: „Pan Dębski się myli”. Gwoli wyjaśnienia, w filmie pokazano francuską gazetę lewicową z 1935 r. z tekstem rzekomego tajnego protokołu polsko-niemieckiego z 1934 roku. Rzeczywiście, prasa na Zachodzie była wówczas przekonana o istnieniu takiego paktu, co wzmocniło podejrzliwość w stosunku do Polski. Jednak takiego protokołu nigdy nie było i nikt nigdy nie znalazł go w jakimkolwiek archiwum. W filmie o tym jednak ani słowa. Z drugiej strony, pojawianie się takich pogłosek musiało wpływać na wrogie nastawienie Moskwy w stosunku do Polski, i trudno temu przeczyć.

Generalnie film stara się, na bardzo obszernym tle, pokazać trudną sytuację geopolityczną ZSRS w tym czasie, obawę przed zachodnim pochodem na Moskwę (z udziałem Polski). Rolę czarnego Piotrusia w filmie gra jednak nie Polska, lecz Wielka Brytania. To to państwo jest przedstawiane jako główny prowokator i podżegacz. Na koniec jednak to głos polityka brytyjskiego przywołany jest jako proroczy. To głos Winstona Churchilla, który po wkroczeniu wojsk sowieckich Polski, w przemówieniu radiowym 1 października 1939 roku, powiedział m.in.: „Rosja w swoim postępowaniu kieruje się zimnym wyrachowaniem. Oczywiście wolelibyśmy, by wojska rosyjskie stały na zajmowanej przez siebie linii jako przyjaciele i sprzymierzeńcy Polski, a nie zaś jako najeźdźcy. Jednakowoż dojście wojsk rosyjskich do tej właśnie linii było konieczne dla bezpieczeństwa Rosji w związku z niemieckim zagrożeniem. Tak czy inaczej, wojska te są tam, gdzie są i nie ulega wątpliwości, że w ten sposób powstał front wschodni, którego nazistowskie Niemcy nie mają odwagi zaatakować. Trudno doprawdy przewidzieć, co zrobi Rosja. Jest to największa zagadka, jaką można sobie wyobrazić. Być może jednak istnieje klucz do rozwiązania tej zagadki. Tym kluczem jest rosyjski interes narodowy. W owym interesie na pewno nie leży, by Niemcy usadowiły się nad Morzem Czarnym lub podbiły państwa nadbałkańskie i podporządkowały sobie wszystkie ludy słowiańskie południowo-wschodniej Europy. To byłoby sprzeczne z historycznymi interesami Rosji”.

Szokujące? Ale prawdziwe. Na koniec wypowiada się także dr Dębski, mówiąc o tym, że historia może służyć albo do rozniecania konfliktów albo dialogowi i pokojowi. W filmie dwukrotnie pojawia się też inny polski historyk, prof. Marian M. Drozdowski.

Dodam tylko, że w materiale nadanym w stacji Viesti tego samego dnia stwierdzono, że w tym czasie wszystkie kraje postępowały niemoralnie, starając się zabezpieczyć swoje interesy. Wynika z tego, że tak postępowała także Rosja sowiecka. Stwierdzono także, że podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow było sprzeczne z dotychczasową polityką Moskwy i spotkało się ze zdumieniem przeciętnych obywateli sowieckich. I tyle w temacie. A panom cytowanym wcześniej radzę – nieco więcej spokoju, profesjonalizmu  i poszerzenia wiedzy na tematy historyczne.

No responses yet

Aug 11 2009

Służba Bezpeky pracuje wzorowo

Published by engelgard under Uncategorized

Taki wniosek można wyciągnąć czytając kuriozalny komentarz Wacława Radziwinowicza z „Gazety Wyborczej”, który skomentował kolejną „rewelację”  Służby Bezpeky Ukrainy (SBU) na temat zacierania przez ZSRR śladów po zbrodni katyńskiej. Wszystko to było już znane od wielu lat, ale teraz SBU odpaliła „rakietę”, a GW tę rakietę zaanonsowała na pierwszej stronie. Meritum sprawy nie ma znaczenia, liczy się efekt psychologiczny – Rosja to zbrodnia, kłamstwo i perfidia. Jest to dla GW bardzo ważna konstatacja w obliczu zbliżającej się wizyty rosyjskiego premiera w Polsce. Nie da się jej co prawda już storpedować (choć któż to wie, poczekamy, zobaczymy), ale zatruć atmosferę można jak najbardziej.
Od pewnego czasu SBU epatuje nas rożnymi rewelacjami ze swoich archiwów, nad którymi ma pełną kontrolę. A SBU podlega bezpośrednio prezydentowi Wiktorowi Juszczence, a Juszczenko banderowskiej centrali. Tak więc obecnie nikt podejrzany do akt OUN-UPA nie zajrzy, ale za to dokumenty na temat „zbrodni komunistycznych” (czytaj rosyjskich) leją się obfitym strumieniem do mediów. Juszczenko rzuca niczym karty na stół dokumenty archiwalne, grając nimi niczym szuler. Bo w istocie ta gra to perfidne szulerstwo, w którym tragedie z przeszłości służą polityce. A tak polityka to przekonanie Ukraińców, i nie tylko Ukraińców – czym naprawdę jest Rosja. Juszczenko nie ma już żadnych atutów, ma 2 procent poparcia, zostały mu tylko papiery po NKWD. SBU wydaje co jakiś czas komunikaty na tematy historyczne, np. takie, że w 1943 i 1944 to Rosjanie, udający upowców, mordowali Polaków i winę zwalali na Ukraińców. Żadnych dowodów zbrodni UPA oczywiście nie znaleziono.
Ta widoczna gołym okiem manipulacja jednak bardzo podoba się „Gazecie Wyborczej”. Radziwinowicz pisze: „W przeciwieństwie do Rosjan Ukraińcy ujawniają wszelkie dokumenty o zbrodniach komunistycznych, w tym katyńskiej”. No proszę, co za szlachetni funkcjonariusze SBU! Jak bardzo zależy im na prawdzie. Pan redaktor wie oczywiście o co chodzi, ale rżnie głupa, bo GW ma obecnie misję – walka z „reżimem” w Rosji. Bo GW nie może przeboleć, że jej ideowi pobratymcy w Rosji, którzy w latach 90. XX wieku doprowadzili ten kraj do ruiny, ukradli miliardy dolarów, podporządkowali jego politykę interesom obcym, a media przekształcili w zabawkę w rekach takich tuzów, jak Borys Bierezowski i George Soros – obecnie nie mają żadnego znaczenia. Nienawiść do obecnej ekipy w Rosji jest więc w GW bardzo głęboka. Jest tak głęboka, że Adam Michnik pochwalił w lecie 2008 roku groteskową wyprawę Lecha Kaczyńskiego do Gruzji, mimo że go niby nie popiera. Ale kiedy widział Kaczyńskiego rzucającego gromy na Rosję, to się popłakał. I napisał o tym w GW. Ale co tam Kaczyński – głównym partnerem GW w antyrosyjskiej krucjacie są banderowcy – ci w Polsce, no i ci na Ukrainie (i pewnie w USA i Kanadzie). To dlatego w GW broni się, jak nigdzie indziej – „prawa Ukrainy do własnej tradycji” (czytaj tradycji zbrodniczej, antysemickiej, totalitarnej i szowinistycznej OUN-UPA), broni się nawet Stepana Banderę! Bo chłopak, jakby nie było, nie lubił Ruskich, no i siedział w Sachsenhausen. To że terrorysta i fanatyk, antypolak? A cóż to szkodzi. Jeśli dzisiaj można razem z jego wyznawcami zaszkodzić Moskwie – to znaczy, że to równy gość. I pan Henryk Wujec w TVN 24 ruga polskie władze za niewpuszczenie Tour de Bandera, bo to zaszkodzi naszym wzajemnym polsko-banderowskim stosunkom. 
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – osobisty. Mój dziadek, Jan Engelgardt (ur. 1895), członek Obozu Zjednoczenia Narodowego na Wołyniu, były żołnierz I Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego w 1918 roku, został aresztowany przez NKWD po 17 września 1939 r. Ślad po nim zaginął, jego nazwisko widnieje na tzw. ukraińskiej liście katyńskiej, jest też wyryte w katedrze polowej w Warszawie. Nie wiem, gdzie i kiedy został zabity, gdzie pochowany. I dlatego mam prawo powiedzieć: nie życzę sobie, by tę sprawę „wyjaśniali” towarzysze banderowcy, by grali pamięcią ofiar w celach doraźnych, po to tylko, by judzić Polaków przeciwko Rosji. I nie życzę sobie, by „Gazeta Wyborcza” udawała wielką troskę o polską pamięć i raczyła nas obłudnymi tekstami, w których przekonuje się, jak to Służba Bezpeky troszczy się o prawdę i sprawiedliwość.

One response so far

Aug 09 2009

Jakie piękne „zwycięstwo”?

Published by engelgard under Uncategorized

Na temat powstania warszawskiego napisano u nas wiele bzdur, ale doprawdy trudno zrozumieć jak można było napisać to, co napisał prof. Zdzisław Krasnodębski  („A jednak zwyciężyło!”, „Rzeczypospolita”, 8-9.08.2009). Zdumiony czytelnik może dowiedzieć się, że powstanie warszawskie było nie tylko zwycięstwem moralnym, ale także politycznym i materialnym! Oto fragment tekstu:

„Powstanie wygrało, i to nie tylko moralnie, ale materialnie i politycznie. To właśnie fakt, że Polska tak uroczyście obchodzi rocznicę jego wybuchu, o tym świadczy. Przegrali Bierut i Jaruzelski z Rakowskim, przegrali Różański i Kiszczak, Oskar Lange i Jerzy J. Wiatr z synem. Przegrali ci wszyscy, którzy pracowali nad utrwaleniem i budową jedynie postępowego ustroju, i ci, którzy poszli na współpracę. Im bardziej i im chętniej współpracowali, tym bardziej przegrali. To dlatego nawet ich dzieci i wnuki starają się o nich nie wspominać, i to dlatego trwa usilna korekta wielu biografii”.

I w innym miejscu: „Akowcy podjęli walkę z Niemcami także dlatego, że nie chcieli się pogodzić z nowym podziałem Europy, z oddaniem Polski pod sowieckie panowanie. Nie da się celu politycznego oddzielić od militarnego czynu, tak jak za PRL, kiedy (w czasach gdy już AK przestała uchodzić za organizację faszystowską, gdy zaprzestano mordowania, torturowania i więzienia jej żołnierzy), potępiając przywódców politykierów, niechętnie uznano zasługi żołnierzy bohaterów”.

Hmm… Trudno z tym nawet polemizować. Cały wywód jest tak oderwany od rzeczywistości historycznej Anno Domini 1944, tak zmanipulowany do celów bieżącej polemiki, że ogarnia człowieka poczucie bezradności wobec intelektualnego terroryzmu i szalbierstwa. W tym wywodzie zieje pogarda dla ofiar cywilnych i materialnych, pogarda dla historii. Akowcy rzecz jasna nie rzucili się do walki, by zaprotestować przeciwko „podziałowi Europy”, bo o niczym przecież nie wiedzieli. Akowcy wykonali rozkaz swoich dowódców, bo byli karnymi członkami armii podziemnej. Ich głównym pragnieniem był odwet za tragiczne lata okupacji niemieckiej, a nie protestowanie przeciwko czemuś, o czym nie mieli wówczas pojęcia. Autor tekstu „zapomina” też, jak i prawie wszyscy piewcy optymistycznej oceny powstania, o ludności cywilnej – o mieszkańcach Warszawy, o kobietach, dzieciach i starcach, którzy – nie bójmy się tego powiedzieć – zostali użyci niczym żywe tarcze. I to oni, mieszkańcy Warszawy – zapłacili najwyższą cenę, cenę życia. Za co? No chyba nie za to, żeby po 50 latach klęskę ponieśli „Jerzy Wiatr z synem”. Takie retoryczne figury można sobie robić w felietonach, ale nie w tekstach na takie tematy! To pachnie profanacją, nie mówiąc już o ogromnym niesmaku.

Zwolennicy filozofii a la Krasnodębski  prawie nigdy nie piszą o postawach i motywach tych, którzy do powstania doprowadzili, w tym o sprawcy głównym – gen. Leopoldzie Okulickim. Po okresie wręcz bezkrytycznego kultu, od paru lat na temat tej postaci zapanowało milczenie. Bo na jaw wyszły nieznane do tej pory fakty z życia Okulickiego. Okazało się, że podczas dwukrotnego uwięzienia przez NKWD (1941 i 1945-1946) ten uchodzący za symbol niezłomności Polski Niepodległej niezłomnym raczej nie był. W 1941 roku ujawnił NKWD całą strukturę ZWZ i obiecał oddać ją na usługi ZSRS. Po powstaniu, w 1945 roku, napisał list do Stalina proponując udział ludzi Polski Podziemnej w realizacji idei przyjaźni polsko-sowieckiej. Okulicki uznawał też bez zastrzeżeń postanowienia konferencji w Jałcie. List pozostał bez odpowiedzi, bo Okulicki nie miał już żadnych atutów. W opinii prawie wszystkich, którzy się z nim stykali był Okulicki człowiekiem całkowicie nieodpowiedzialnym, fantastą i mitomanem, który w swoje megalomanii próbował rozegrać ze Stalinem partię szachów, tyle że stawką w tej grze nie był tylko jego los, ale los setek tysięcy nieświadomych tego mieszkańców, żołnierzy AK i samego miasta Warszawa. Teraz wiemy, dlaczego o Okulickim pisze się obecnie mało lub prawie nic (prof. Paweł Wieczorkiewicz uznał go nawet za agenta NKWD, co jest chyba nieprawdą, prawdą jest za to małość tej postaci). Okulicki ma w Polsce dziesiątki ulic i pomników, ale w świetle dostępnych dzisiaj faktów jest to gigantyczne szyderstwo historii, to jest raczej pomnik polskiej głupoty w podejściu do najnowszych dziejów.

Jeszcze  o wyrokach historii. Upadek systemu w 1989 roku nie był wynikiem „zwycięstwa” powstania, to jasne. W wielu krajach dawnego bloku nigdy nie było żadnego powstania, a też stały się niepodległe i suwerenne. Nie posiłkujmy się więc argumentami nie mającymi oparcia w faktach. I na koniec o podejściu do klęsk. Krasnodębski pisze: 

„Gdyby rzeczywiście nie powinno się świętować klęski – jak często się powiada – to powinniśmy też zburzyć pomnik Bohaterów Getta, bo i to bohaterskie powstanie nie zakończyło się większym sukcesem militarnym niż Powstanie ’44 roku, a ta część Warszawy została zniszczona co najmniej równie starannie. Powinniśmy także odwołać obchody 70. rocznicy wybuchu II światowej, bo i tej wojny nie wygraliśmy i także wtedy mogliśmy wybrać realizm, zgadzając się na umiarkowane w gruncie rzeczy żądania Hitlera. I być może nie powinniśmy świętować 11 listopada, gdyż przecież również II Rzeczpospolita zakończyła się spektakularną klęską”.

Argument chybiony – powstanie w getcie było aktem rozpaczy w obliczu całkowitej zagłady, w 1944 roku Warszawa i jej ludność nie znajdowały się w takiej sytuacji. W 1939 roku Polska podjęła walkę jako państwo zaatakowane przez inne państwo, armia stanęła do walki przeciwko drugiej armii. W 1944 roku AK rzucono do walki bez przygotowania i uzbrojenia, czyniąc z miasta i ludności cywilnej zasłonę dla tej operacji. W naszej historii jest wystarczająca liczba zwycięstw i sukcesów, by można było się godzić na to, żeby z największej klęski i tragedii czynić główne święto narodowe i w dodatku wciskać je przy pomocy argumentów obrażających inteligencję nawet przeciętnego człowieka.

One response so far

Aug 07 2009

Cerkiew zamiast mauzoleum?

Published by engelgard under Uncategorized

Katolicka Agencja Informacyjna podała: „Zastąpienie mauzoleum Lenina na placu Czerwonym w Moskwie cerkwią pw. Nowych Rosyjskich Męczenników i Wyznawców zaproponował Związek Chorążych Kościoła Prawosławnego. Świątynia miałaby uczcić ofiary systemu komunistycznego.
Kierujący Związkiem Leonid Simonowicz-Nikszicz powiedział agencji Interfax, że „odrodzenie Rosji nie będzie możliwe, dopóki w sercu Moskwy – Trzeciego Rzymu stoi okultystyczne laboratorium dla zniszczenia woli i świadomości rosyjskiego ludu”. Jego zdaniem mauzoleum Lenina, które jest „główną światową świątynią szatana”, powinno być zniszczone, a „ciało przywódcy światowego proletariatu zabrane”. Następnie miejsce to powinno zostać poświęcone, by wznieść na nim prawosławną świątynię.
17 lipca Związek ogłosił konkurs na projekt cerkwi. Simonowicz-Nikszicz zasugerował, by była ona mniejszą kopią jekaterynburskiej cerkwi Na Krwi, wzniesionej w miejscu stracenia rodziny carskiej w 1918 r. – Wcześniej czy później Boża Opatrzność zniszczy świątynię szatana. W międzyczasie powinniśmy przygotować się do położenia kamienia węgielnego pod budowę fundamentów w końcu przebudzonej Rosji – oświadczył Simonowicz-Nikszicz.
Związek zamierza publikować projekt na swej stronie internetowej, aby poddać je ogólnonarodowej dyskusji”.
Tyle informacja.  „Problem” Lenina, a raczej tego co z niego zostało – jest wciąż w Rosji nie rozwiązany. Władze już kilka razy próbowały zlikwidować koszmarną pamiątkę w postaci stojącego w centrum Moskwy mauzoleum. Jednak opór społeczny, wspierany przez Komunistyczną Partię Federacji Rosyjskiej – był zawsze zbyt duży. W polityce historycznej Kremla Lenin nie odgrywa żadnej pozytywnej roli – jest wyraźnie w cieniu Stalina, którego oczywiście się nie czci, ale uważa za ważnego przywódcę państwa, zwycięzcę w 1945 roku. Lenin zaś, to dla elity kremlowskiej antyrosyjski kosmopolita, niemiecki agent, który „pozbawiał Rosję owoców zwycięstwa w I wojnie światowej” (cytat z filmy emitowanego w państwowej RTR Planeta).
W okresie rządów Putina włożono wiele pracy w szerzenie kultu takich postaci, jak Mikołaj II, gen. Anton Denikin czy admirał Aleksander Kołczak. Chodzi o stworzenie nowej świadomości historycznej, oderwanej od kultu ludzi z panteonu bolszewizmu. Okazuje się jednak, że jest to praca żmudna, bo mimo takiego poparcia, jakie ma Putin – nigdy nie odważono się na podjęcie decyzji o likwidacji mauzoleum Lenina. Ten moment zbliża się jednak nieuchronnie.

No responses yet

Aug 06 2009

Kto chce edukować Putina?

Published by engelgard under Uncategorized

Wydawany przez Axela Springera „Dziennik” triumfalnie doniósł: „Władimir Putin zobaczy 1 września na Westerplatte zdjęcia z podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow i inwazji Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku. Specjalną wystawę towarzyszącą rocznicy przygotowało Muzeum II Wojny Światowej. To wystawowy debiut placówki, która nie ma jeszcze własnej siedziby. Wystawa będzie pokazywała nie tylko wojenną historię Westerplatte, jednak najważniejsze jej fragmenty będą dotyczyły rozpoczęcia II wojny światowej. Wśród zdjęć i opisów ilustrujących jej przyczyny i przebieg nie zabraknie tych dokumentujących współudział Stalina w utorowaniu Hitlerowi drogi do wojny. – Pokażemy, że współodpowiedzialny za wybuch wojny jest sowiecki totalitaryzm – mówi wicedyrektor muzeum Janusz Marszalec”.
Nie wiadomo, śmiać się czy płakać. Kolejny historyczny geniusz, tym razem z PO, odkrywa Amerykę. Ba, nawet chce tę Amerykę pokazać Putinowi, by go oświecić, bo pewnie ten o niczym nie wie. I właściwie czemu miałoby to służyć? Nie znam wystawy, ale wątpię, by był tam pokazany cały kontekst historyczny tamtych lat. Chciałoby się zadać pytanie – dobrze, czy jednak pan Marszalec pokaże wszystkich, którzy „utorowali Hitlerowi drogę do wojny”? A więc najpierw amerykańsko-żydowski kapitał, który wsparł raczkującego szefa NSDAP, potem konserwatywną prawicę niemiecką, a dalej Wielką Brytanię i Francję, które to państwa żyrowały w jego pochodzie na wschód, sprzedając Czechosłowację, czy niestety wreszcie Polskę Becka i Rydza, która wbiła nóż w plecy naszemu południowemu sąsiadowi razem z III Rzeszą? Na tej liście torujących Hitlerowi drogę do wojny Stalin i Rosja sowiecka są na końcu. Z uporem pomija się też u nas fakt najważniejszy – wojna trwała do 1945 roku, a od 1941 roku Rosja była po tej samej stronie co my – czyli po stronie KOALICJI ANTYHITLEROWSKIEJ. Za swoje błędy zapłaciła zresztą bardzo drogo. Wywoływanie Putina do tablicy jest więc przejawem albo zwyczajnej megalomanii i głupoty, albo prowokacją. Jeśli w ogóle mamy tworzyć jakąś pozytywną perspektywę stosunków międzynarodowych – historię należy zostawić historykom, a nie politycznym harcownikom.
Zabawy historią to nie jest zajęcie dla pyszałkowatych, młodych ignorantów, takie zabawy, jeśli będą tolerowane – zakończą się w tym konkretnym przypadku jednym – odwołaniem wizyty Putina w Polsce. Liczne ośrodki (być może także w Rosji) pracują nad tym od kilku dobrych tygodni. Codziennie mamy nowe „rewelacje” o odkrytych grobach ofiar NKWD, codziennie ktoś miesza w tym diabelskim kotle. Zobaczymy, czy  prowokatorzy osiągną swój cel.

No responses yet

Aug 03 2009

Chyba jednak mam rację…

Published by engelgard under Uncategorized

Bogdan Pliszka (polemika z moim tekstem “Andrzej Szlęzak ma rację” pod tytułem “Jan Engelgard ma rację”? opublikowana na portalu prawica.net i konserwatyzm.pl) raczył zgodzić się ze mną w kilku punktach, więc mogę uznać to za jakiś sukces. Sprawa ma jednak poważny charakter, bo dyskutujemy o najtragiczniejszym wydarzeniu w historii Polski. Dyskutujemy już od lat i pewnie będziemy dyskutować bardzo długo. Pliszka próbuje zbaczać w swojej polemice na boczne tory, nie nawiązując do wątku zasadniczego. Zbacza zresztą na tory już mocno przetarte, bo cóż można jeszcze w tej sprawie nowego wymyśleć? To mnie nie dziwi, ale naprawdę zasmuciło mnie jedno – jak można nazwać powieść Romana Bratnego „Kolumbowie – rocznik 20” „obrzydliwym antyakowskim paszkwilem”?
Przypomnę więc tylko mało w tej materii obeznanym, że Bratny był uczestnikiem powstania, oficerem AK. Tak więc dokonajmy pierwszej konstatacji – ten „antyakowski” paszkwil napisał akowiec. Po drugie, można wybrzydzać na styl pisarski Bratnego, ale doprawdy twierdzić, że książka jest nudna – trzeba złej wiary. Podtrzymuje zdanie, że jest to – czy komuś to się podoba czy nie – najlepsza i najbardziej wstrząsająca książka o pokoleniu AK. Dlaczego? Bo pokazuje dramat ludzi, młodych ludzi, którzy oddają życie w walce, a potem muszą dokonywać piekielnie trudnych wyborów, a nawet stawać przeciwko sobie. Niestety, w tzw. epoce wolnej Polski nic lepszego nie napisano, nic lepszego nie nakręcono. Pliszka myli się uznając serial „Kolumbowie” za słaby, szydzi nawet ze znakomitej muzyki, która wyciskała ludziom łzy z oczu przez lata. Miałem przyjemność swego czasu rozmawiać z nieżyjącym już Markiem Perepeczko, grającym w serialu rolę „Malutkiego”. Wspominał o wielkim wzruszeniu, kiedy kręcono nocne sceny walk powstańczych. Mówił: „Na planie gromadziły się tłumy,  także powstańcy. Byli wzruszeni, mówili nam, że tak właśnie było i tak oni wyglądali”. Dwa odcinki „powstańcze” serialu są jak do tej pory najlepszymi kawałkami polskiego kina poświęconego powstaniu, a sceny spalenia się „Ałły”, czy zamordowania przez Niemców „Niteczki” – po dziś wywołują dreszcze. Doprawdy, trzeba złej woli, by tego nie dostrzegać.
Owszem, w pewnym sensie powieść była na rękę władzom. Bo była krytyczna w stosunku do dowództwa AK, ale czy tylko dlatego należy ją uznać za „paszkwil”? Wole żarty. Poza tym ogólny wydźwięk powieści wcale nie był przez władze oceniany jednoznacznie. Książka szerzyła bowiem mit pokolenia, a ponadto w części trzeciej pokazywała jego dramat po zakończonej wojnie, nie unikając także fragmentów dla władzy bardzo niewygodnych. Nic dziwnego więc, że w serialu trzeciej części nie nakręcono, a była ona kluczem do zrozumienia całości. Dodam jeszcze, że tylko w niektórych wydaniach cenzura dopuściła fragment, kiedy „Jerzy”, skądinąd lewicujący oficer AK – słyszy jak radiostacja „Kościuszko” nadaje jeszcze w czasie trwania powstania następujący komunikat: „W Warszawie, na nielicznych ulicach bronią się jeszcze resztki faszystowskich band Sosnkowskiego”. „Jerzy” z wściekłością rzuca w radio butelkę. Mocne, prawda? Trzeba to tylko dostrzec.
Można nie akceptować politycznego zaangażowania Bratnego po wojnie, ale to nie usprawiedliwia nazwanie jego książki „paszkwilem”. Zresztą postawy wielu akowców po wojnie były różne, bo AK nigdy nie składała się z ludzi o jednolitych poglądach i temperamentach. Pliszka się oburza, że mówię o tym, że większość akowców nie poszła do lasu, wybierając edukację i pracę. No to się oburza na fakty. Ponadto wyraźnie podkreśliłem, że terror lat 1948-1955 był haniebny i zbrodniczy, ale on się skończył i potem były długie lata stabilizacji, i o tym pisałem. Dziesiątki tysięcy akowców wstąpiło do ZBoWiD-u, wiceprezesem którego był płk AK Jan Mazurkiewicz „Radosław”, najsłynniejszy dowódca powstania. Inni naprawdę robili kariery – niech mój polemista przeczyta choćby biogramy zamieszczone w książce  Piotra Stachiewicza „Parasol”. Wtedy dowie się, jak było, ilu z żołnierzy tego baonu było wysokimi oficerami LWP, ilu było profesorów i doktorów  wyższych uczelni, ilu było dyrektorami departamentów w ministerstwach, itp. Czy to też propaganda? I jeszcze jedno, nie uchodzi szydzenie sobie przez mojego polemistę z PAX-u. Bo organizację tę zakładali byli akowcy, i w tej organizacji lub obok niej znalazło schronienie steki żołnierzy tej formacji (i nie tylko tej). To tu także wydał swoją książkę płk Adam Borkiewicz, a potem tylko tutaj można było swobodnie pisać i mówić o wojennych losach. Dlatego proszę o nieco więcej umiaru w tej kwestii.
I jeszcze dwie uwagi. Od 1956 roku, z różnymi nasileniami, władze obchodziły oficjalnie rocznicę wybuchu powstania. W 1957 roku odbyły się największe i najbardziej masowe, na nigdy nie spotykaną skalę. W latach późniejszych składano wieńce pod Grobem Nieznanego Żołnierza, czyniły to władze równych szczebli, raczej państwowe a nie partyjne. Za to Powązki były wyłącznie dla ludzi – i to było dobre rozwiązanie. W mojej relacji na ten temat nie ma więc żadnej sprzeczności. I druga uwaga – nie odgrzewajmy niczym starego kotleta owych audycji radiostacji „Kościuszko” nawołujących do walki. Już dawno prof. Jan M. Ciechanowski ustalił, że nie miały one ŻADNEGO wpływu na decyzję Komendy Głównej AK, były traktowane jako rutynowe działania propagandowe. Nabrały ogromnego znacznie po wojnie, kiedy szukano na gwałt usprawiedliwienia dla fatalnej decyzji o wszczęciu powstania  w dniu 1 sierpnia.

No responses yet

Aug 01 2009

Andrzej Szlęzak ma rację

Published by engelgard under Uncategorized

Andrzej Szlęzak, człowiek obozu narodowego, obecny prezydent Stalowej Woli – jako jeden z niewielu odważył się powiedzieć prawdę i sprzeciwił się instrumentalizowaniu rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, traktowaniu go jako narodowego święta, narzucaniu kultu tej tragedii, która nie miała sobie równych w naszych dziejach. Odmowa uruchomienia syren w Stalowej Woli w dniu 1 sierpnia o godz. 17.00 – została przez niektórych uznana jako niechęć do uczczenia tej rocznicy. To nieprawda – Szlęzak nie sprzeciwił się oddaniu hołdu poległym, lecz gloryfikowaniu powstania jako aktu politycznego i militarnego. Bo nikt rozsądny nie zaprzeczy, że tak właśnie się dzieje.  
Wystarczy tylko posłuchać co mówi prezydent Lech Kaczyński, Władysław Bartoszewski, czy wielu publicystów i polityków. Norman Davies, skądinąd zasłużony dla popularyzacji polskiej historii, sformułował nawet tezę, że powstanie zakończyło się zwycięstwem, bo trwało aż 63 dni! Inni przekonują, że powstanie musiało wybuchnąć, bo trzeba było walczyć o wolność, że powstrzymaliśmy marsz Sowietów na Europę (sic!), że był to akt suwerennej polityki polskiej, że gdyby nie powstanie, to Sowieci by wszystkich wymordowali i wywieźli na Syberię itd., itp. W sumie – jak tego się słucha, to człowiek słabo obeznany w historii może dojść do wniosku, że mamy do czynienia nie tylko z polskim zwycięstwem moralnym, a może nie tylko moralnym, ale także aktem będącym kwintesencją polskiej mądrości, organizacji, zmysłu politycznego i militarnego. „Warto było” – podsumował Władysław Bartoszewski, ot tak komentując wydarzenie, w wyniki którego starto z powierzchni ziemi stolicę Polski i wymordowano 200.000 ludzi (w tym 17.000 żołnierzy walczących w szeregach AK, reszta to cywile).
Powiem szczerze, że nie chodzę na obchody rocznicy powstania od paru ładnych lat, bo przekształcają się one w polityczne happeningi i jasełka. Polegli są tylko dodatkiem do tych jasełek. Kiedyś, za PRL, kiedy państwo nie nadawało obchodom takiej rangi (bo wierutnym kłamstwem jest gadanie, że w ogóle nie obchodzono tej rocznicy) – ludzie gromadzili się na Powązkach spontanicznie, w skupieniu oddając hołd poległym. Były to obchody masowe, jednocześnie godne i piękne zarazem. Nikt nie zakłócał snu poległym, nikt nie buczał, nie wznosił okrzyków, nie traktował tej rocznicy jako okazji do wyrażenia swoich fobii, czy jak kto chce poglądów.
Ponadto dzisiaj nadaje się tym obchodom wymiar niemal jarmarczny, te wszystkie koncerty, komiksy, inscenizacje,  zabawy, gry – budzą raczej zażenowanie, a nie podziw. Dochodzi do tego coraz większy potok kłamstw, przemilczeń, wymysłów i ewidentnych bzdur, który leje się przez parę dni z ekranu i eteru. Parę przykładów? Proszę. Spikerka w TVP 3 odczytuje komentarz, że w PRL „powstanie było wymazane z podręczników”. Kłamstwo – nawet w latach stalinowskich pisano o nim, oczywiście w sposób haniebny. Po 1956 pisano już inaczej, bardziej oględnie, oddawano hołd powstańcom, cały czas krytykując dowództwo AK. Ale nie to jest najważniejsze – po 1956 roku w Polsce ukazały się setki książek o powstaniu, by wspomnieć monumentalne dzieło płk. AK Adama Borkiewicza, prace Jerzego Kirchmayera, Stanisława Podlewskiego, Lesława Bartelskiego, Aleksandra Skarżyńskiego, Adama Przygońskiego, czy wspomnienia Stanisława Komornickiego, Aleksandra Kamińskiego i wielu innych. Ukazała się w setkach tysięcy nakładu najlepsza powieść o pokoleniu AK – „Kolumbowie – rocznik 20” Romana Bratnego, na podstawie której nakręcono przejmujący serial telewizyjny. Nakręcono też dziesiątki filmów dokumentalnych (np. „63 dni” Romana Wiączka z 1969 roku).  Twierdzenie więc, że dopiero teraz mówi się o powstaniu jest zwyczajnym kłamstwem. Owszem, nie o wszystkim można było wtedy powiedzieć, ale to w niczym nie zmienia obrazu. Zresztą, z czasem mówiono o powstaniu bardziej wnikliwie i obiektywnie niż teraz.
Jeśli mowa o PRL, to warto wspomnieć jeszcze o jednym – w powstaniu wzięło udział ok. 1000 członków Armii Ludowej (AL). Batalion Czwartaków na 342 żołnierzy stracił aż 205 zabitych. To był powód do chwały – ci żołnierze byli odznaczani przez Bora-Komorowskiego Krzyżami Walecznych, a po kapitulacji otrzymali legitymacje akowskie i wypłacono im żołd. W czasie powstania przebywał w Warszawie Zenon Kliszko, członek władz PPR, późniejszy człowiek nr 2 w okresie rządów Władysława Gomułki. Napisał nawet na ten temat książkę. Nic więc dziwnego, że właśnie po 1956 starano się, by pokazać wspólnotę losu żołnierzy obu formacji. Dzisiaj AL w obchodach rocznicowych nie istnieje. Czyż to nie jest przejaw małostkowości i zwyczajnego braku szacunku dla historii?
Kolejny mit lansowany od lat z uporem maniaka – to owo „zatrzymanie się Sowietów na wieść o wybuchu powstania”. Dochodzi do tego powtarzanie jako oczywistej oczywistości, że Rosjanie stali przez całe powstanie za Wisłą i przyglądali się rzezi. Dochodzą do tego komentarze czy „informacje” wygłaszane m.in. do zwiedzających Muzeum Powstania Warszawskiego, że Wisła miała wtedy 80-100 m szerokości i można ją było przejść niemal pieszo, albo że powstańcy na Starym Mieście oglądali Rosjan spokojnie myjących się w Wiśle. Jak wiadomo, armie sowieckie zostały zatrzymane w pierwszych dniach sierpnia 1944 na przedpolu Warszawy, w okolicy Siedlec i Węgrowa, przez uderzenie IV Korpusu Pancernego SS i przeszły do obrony. W wyniku operacji praskiej wojska sowieckie i 1 Armia Wojska Polskiego gen. Zygmunta Berlinga – doszły do linii Wisły w Warszawie dopiero 15-16 września! Nikt na Starym Mieście, które padło 31 sierpnia, nie mógł wiedzieć żadnego żołnierza sowieckiego nad Wisłą. Owszem, Stalin nie zgodził się na plan zajęcia Warszawy w końcu sierpnia, ale tu w grę wchodziły kalkulacje polityczne. Nie chciał ułatwiać gry Komendzie Głównej AK, co należało chyba przewidzieć. Stalin był brutalnym graczem i naiwnością było liczenie na to, że się go przechytrzy.   
Muszę jeszcze wspomnieć o dwóch wyjątkowo głupich argumentach piewców powstania. Pierwszy brzmi tak – powstanie zatrzymało pochód bolszewików do serca Europy – uratowaliśmy ją przed całkowitą komunizacją. Po pierwsze, to nieprawda, bo linia, do której miały dość wojska państw kolacji antyhitlerowskiej była wyznaczona jesienią 1943 roku i – jak się potem okazało – ściśle przez wszystkich przestrzegana. Kiedy w 1945 roku wojska gen. Pattona zaszły trochę za daleko zajmując czeskie Pilzno – musiały się stamtąd szybko wycofać i oddać je Rosjanom. Formułowanie opinii o „uratowaniu Europy przed bolszewizmem” to przejaw wyjątkowej głupoty i braku elementarnej wiedzy. To także karykaturalna postać polskiego mesjanizmu każącego nam cierpieć za inne narody, nawet jeśli one sobie tego nie życzą. Ponadto, gdyby nawet była to prawda – to kto ma prawo poświęcać życie cywilów i los stolicy dla takiego megalomańskiego celu? Drugi wyjątkowo głupi argument brzmi – i tak NKWD by wszystkich zabiło albo wywiozło na Sybir. Lepiej było zginąć w walce. Po pierwsze, z praktyki wynikało, że represje NKWD dotykały czynnych członków AK, a nie całej populacji czy inteligencji. Po drugie, większość aresztowanych wróciła już w 1947 roku. Większość ocalałych członków AK po 1945 roku wcale nie poszła do lasu, tylko do otwartych szkół i uczelni, duża część zrobiła potem w PRL kariery zawodowe. Trzeba mieć poczucie proporcji, nie po to, by usprawiedliwiać haniebny terror lat 1948-1955, ale po, by nie zakłamywać historii. Wszak po wejściu Rosjan do Krakowa jakoś nie wywieziono tamtejszej inteligencji, tylko otworzono Uniwersytet Jagielloński i katolicki „Tygodnik Powszechny”. Po zajęciu Częstochowy nie zamknięto klasztoru jasnogórskiego i nie aresztowani zakonników. Rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana niż to chcieliby zwolennicy wizji apokaliptycznej.    
O absurdach i kłamstwach można by jeszcze długo. Najgorsze jest to, że mamy do czynienia ze swojego rodzaju terrorem moralnym nakazującym wszystkim świętować tę rocznicę tak, jak to się dzieje od kilku lat. Kto się wyłamie jest oskarżany o brak patriotyzmu, a w ostrzejszej wersji o zajmowaniu pozycji zgodnej z tym, co głosili „komuniści”. Sam kiedyś, wygłaszając referat na temat powstania, i prezentując tezy obozu narodowego, spotkałem się z zarzutem – tak też mówili komuniści w PRL. Taka „dyskusja” to próba zamknięcia ust krytykom powstania, to próba zwyczajnego szantażu. Dlatego tym większe uznanie dla prezydenta Szlęzaka – wbrew pozorom jego stanowisko wcale nie zostało przez wszystkich potępione. W sondzie „Faktu” jego argumentację podzieliło aż 62 proc. respondentów, a na forach internetowych nie brakowało słów uznania i poparcia. Bo ludzie w Polsce, wbrew pozorom, wcale nie przestali myśleć. Wychowywanie młodego pokolenia na micie klęski to naprawdę droga donikąd.

No responses yet