Archive for October, 2009

Oct 26 2009

Uprzejmie donoszę…

Published by engelgard under Uncategorized

Radny PO z Koronowa donosi do IPN, że nauczyciele w jednej ze szkół „propagują komunizm”. Jak? Ano zamówili tort z wizerunkami sekretarzy KC PZPR i napisem „Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Tort był elementem konkursu – należało wskazać kto jest autorem tego hasła, przyznamy że mało „komunistycznego”. IPN Gdańsk, do którego skierowano donos, już wnikliwie bada sprawę. Z kolei doktoranci z KUL, jak informuje „Nasz Dziennik”, tropią pozostałości epoki „komunistycznej” w postaci pomników. Ustalili, że słynny pomnik „czterech śpiących” na warszawskiej Pradze, to skandal, bo przedstawia „braterstwo broni żołnierza sowieckiego i polskiego”. Jak wiadomo, żadnego „braterstwa” nie było, to propaganda, jak również to, że żołnierze sowieccy byli „bohaterscy”, przecież zajmowali się tylko rabunkiem i gwałtami nad ludnością cywilną. I wreszcie Muzeum Wojska Polskiego w Białymstoku. Też „Nasz Dziennik” ustalił, że znajduje się tam – o zgrozo – wystawa, na której przedstawia się wejście wojsk sowieckich w 1944 roku jako „wyzwolenie”. A jak wiadomo żadnego wyzwolenia nie było, tylko zniewolenie. Dyrektor broni się, że chodzi o wyzwolenie „spod okupacji niemieckiej”, ale takie drobiazgi tropicieli nie interesują, choć już Józef Beck (bynajmniej nie zwolennik komunizmu) mówił, że jeśli Polska sprzymierzy się z Niemcami albo Niemcy wojnę wygrają, to Polacy będą pasać owce na Uralu. Nie pamiętają też nasi antykomunistyczni tropiciele, że niemiecki Generalplan Ost zakładał ni mniej ni więcej tylko wywiezienie po zwycięskiej wojnie 85 proc. Polaków na Syberię, a reszta miała być zniemczona. Miła perspektywa, prawda? Czy w tej sytuacji ten brudny, kradnący zegarki żołnierz sowiecki nie był jednak wybawianiem, czy jak kto woli mniejszym złem? Doktoranci z KUL-u wolą jednak takich niebezpiecznych pytań nie stawiać, bo to zburzyłoby ich jasną, nie podlegającą dyskusji, antykomunistyczną, oderwaną od ówczesnych realiów – wizję. 
Nastrój czujności rewolucyjnej mógłby udzielić się i mi. Wówczas uprzejmie doniósłbym, że te wykryte przejawy komunistycznej propagandy to „mały pikuś”. Doniósłbym więc, że: w lecie tego roku kierownictwo TVP z Piotrem Farfałem „puszczało” przez całe wakacje propagandowy film o sowieckim agencie J-23 i nikt nie protestował. Doniósłbym, że w każdym Empiku są do kupienia sowieckie filmy propagujące komunizm, takie jak „Oswabażdienije” Jurija Ozierowa, „Tak tu cicho o zmierzchu” (propagowanie rzekomego bohaterstwa żołnierzy sowieckich), „Ballada o żołnierzu” (nagrodzony na Zachodzie, ale wiadomo, co to za jurorzy) i wreszcie „Cichy Don”, będący perfidną próbą pokazania dramatu narodu rosyjskiego. O innych wielu filmach nie wspomnę. Także kanał filmowy „Kino Polska” nadaje prawie codzienne filmy z okresu PRL, które są co prawda lepsze niż te wyprodukowane w „wolnej Polsce”, ale tym bardziej groźne. Uprzejmie doniósłbym, że na Pomorzu widziałem w tym roku liczne pomniki ku czci 1. Armii Wojska Polskiego, która co prawda przełamała Wał Pomorski i zdobyła Kołobrzeg, ale była tylko z nazwy polska i przyniosła nam na bagnetach komunizm… 
Dość tych żartów mości państwo, ja jeszcze nie zgłupiałem. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że wielu ludzi w Polsce traktuje to ze śmiertelną powagą. Jak się okazuje, pokłady głupoty i bezrozumu są nieograniczone. Tylko dlaczego w tym procederze biorą udział głównie ci, którzy mają na ustach miłość i przebaczenie, nawiedzają co niedzielę świątynie, modlą się za bliźnich… a potem wychodzą na miasto i zachowują się jak aktywiści z czasów chińskiej rewolucji kulturalnej?

No responses yet

Oct 19 2009

Nie jestem wstrząśnięty

Published by engelgard under Uncategorized

Cezary Gmyz i Bogdan Rymanowski byli (chyba przypadkowo) na podsłuchu ABW. Obaj są „wstrząśnięci”, a razem z nimi cały medialny światek rzekomych obrońców zasad demokracji, praworządności, prawdy, prawa, dobrych obyczajów, przejrzystości i czego tam jeszcze. Obaj panowie reprezentują media, które prawie codziennie epatują maluczkich dokumentami do których – rzecz jasna – „dotarły”, drukują i puszczają w eter całe fragmenty prywatnych rozmów, do których „dotarły” lub same (z ukrycia) nagrały. Ujawniają na potęgę wszystko co im dostarczą „źródła informacji” np. z IPN, czy jakiejś prokuratury lub sądu. Cała ta zabawa to jawne kpiny z prawa, nie mówiąc już o dobrych obyczajach, bo taka kategoria wzbudza w tym światku tylko pusty śmiech. Nikt jednak ich nie rusza, bo co by to się działo? Wszak bezkarne i chamskie media to jest filar naszej ukochanej, wywalczonej po tylu latach „walki z komuną” wolności.  Media, w których obaj panowie pracują już nie raz niszczyły ludzi, organizowały polowania z  nagonką, szczuły i judziły, by jeszcze raz przypomnieć tylko sprawę abpa Stanisława Wielgusa (ale takich spraw były dziesiątki). Zawsze, kiedy ktoś im nieśmiało zwracał uwagę, że publikowanie zastrzeżonych i tajnych dokumentów to łamanie prawa – pewnie odpowiadali: to nie nasza wina, tylko tych, którzy je nam dają. To tylko część prawdy – jeśli ktoś świadomie handluje np. kradzionym samochodem, to też jest bezkarny? Pytanie retoryczne. W przypadku dziennika „Rzeczpospolita” (nie chodzi tylko o nazwę, ale i usytuowanie tego pisma) to jest to prostu zwyczajna hucpa.
Biorąc to pod uwagę nie jestem w ogóle wstrząśnięty ani rozsierdzony faktem, że panowie Gmyz i Rymanowski zostali podsłuchani. To jest ich świat, to ich codzienność, to ich żywioł. Oni i ich koledzy stworzyli w Polsce taki właśnie znakomity model demokracji, który normalnych Polaków zwyczajnie mierzi, oburza i budzi pogardę. W najnowszym badaniu opinii publicznej dotyczącym przywiązania do demokracji na świecie, Polacy zajęli trzecie miejsce od końca, nawet Chińczycy są do niej lepiej usposobieni, tak samo jak Irakijczycy czy Egipcjanie. Tylko 50 proc. Polaków uważa demokrację za coś bardzo ważnego. Nie dziwi mnie to, bo to co mamy w Polsce jest niczym innym tylko gigantycznym Big Brotherem, tancbudą, tanim jarmarkiem i marnej klasy kabaretem. A panowie Gmyz i Rymanowski są w tych „instytucjach” pracownikami i z tego żyją. Niech się więc nie zgrywają, udając święte oburzenie.

No responses yet

Oct 17 2009

Lizbona nie straszy

Published by engelgard under Uncategorized

Podpisanie przez Lecha Kaczyńskiego ratyfikacji przez Polskę traktatu lizbońskiego nie wywołało w społeczeństwie polskim prawie żadnego odzewu. Poza marginalną demonstracją przed Pałacem Prezydenckim i kilkoma wypowiedziami – nic się nie wydarzyło. Dlaczego od pewnego czasu kwestie związane z integracją Polski z UE nie budzą wśród Polaków emocji? Dlaczego poziom poparcia dla integracji jest u nas tak wysoki? Przyczyn jest co najmniej kilka.
Po pierwsze, ostatnią batalią polityczną, która naprawdę wzbudziła emocje było referendum akcesyjne w 2003 roku. Liczba głosów na „nie” była stosunkowo wysoka, bo 22,55 proc. Wtedy to apogeum popularności osiągnęła Liga Polskich Rodzin, która jako jedyne duże ugrupowanie polityczne powiedziało akcesji „nie”. Potem, na tej fali, był jeszcze sukces LPR w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku, w których Liga dostała aż 15,92 proc. I na tym koniec – od tego momenty zaczął się spadek znaczenia tematyki unijnej w politycznej debacie. Już żadne inne wydarzenie nie wzbudziło takich emocji. Po drugie, spadek tych emocji związany był z tym, że nie sprawdził się, lansowany w kampanii referendalnej, „czarny scenariusz” wydarzeń. Ludzie do Unii przywykli, zaczęli spostrzegać raczej plusy niż minusy, stawali się coraz mniej podatni na agitację podnoszącą zagrożenia, nawet jeśli była to prawda. Możliwość swobodnych wyjazdów, poczucie, że jesteśmy jednak po stronie tej „lepszej” Europy – zrobiły swoje. Do tego doszły także dopłaty dla rolników, mimo że mniejsze niż dla rolników zachodnich, ale jednak.
W tej sytuacji spór o Traktat Lizboński okazał się jałowy. Ludzie nie rozumieją o co idzie gra, uważają to za mało ważne. Będzie traktat czy nie – jakie to ma znaczenie? Nie pojawił się żaden poważny obóz polityczny sprzeciwu. Ba, nawet czołowi „eurosceptycy”, jakby przecząc sobie, domagają się np. wspólnej polityki UE w sprawach energetycznych w relacjach z Rosją. A w takim kierunku (wspólna polityka zagraniczna) idzie Traktat. Nikt rozsądny więc nie wierzy im, kiedy jednocześnie mówią, że są przeciw Lizbonie. To wszystko sprawia, że wojny o Lizbonę w Polsce nie będzie, jak też na razie żadna prawica nie może opierać swojego programu na negacji UE.

No responses yet

Oct 08 2009

Mieszanie herbaty bez cukru

Published by engelgard under Uncategorized

Kolejny „wielki kryzys” na polskiej scenie politycznej ma wszelkie znamiona powtarzającego się co pewien czas blefu, mającego na celu przekonanie opinii publicznej, że partiom naprawdę chodzi o dobro Polski.  Tymczasem te „afery” mają prawie zawsze charakter medialnych humbugów. Znudzone media rzucają się na żer niczym wygłodniała hiena i pompują temat do granic wytrzymałości. Celuje w tym TVN i TVN24. Kiedy ogląda się te programy można odnieść wrażenie, że Polska lada dzień się zawali i rzeczywiście mamy do czynienia z „porażającą aferą”. Tak jednak nie jest – podobnie jak w przypadku afery Rywina, afery medialnej w okresie rządów Millera, afery gruntowej i teraz – są to wydarzenia wykreowane i wyolbrzymione. Nie twierdzę, że nie ma w nich zachować nagannych, ale reakcja mediów i polityków przypomina strzelanie z działa wielkiego kalibru do wróbla.
Obok nas dzieją się afery o wiele większe – by wymienić umieranie służby zdrowia, gehennę pacjentów, skandal z żłobkami i przedszkolami, upadek takich firm jak Hipolit Cegielski czy Stocznia Szczecińska, absurdalne przepisy i ustawy, całkowity krach systemu edukacji, upadek demograficzny i totalną demoralizację dzieci i młodzieży. Tym się jednak nikt nie zajmuje, bo to wymagałoby wysiłku i żelaznej woli. O wiele łatwiej zajmować się bzdetami, sztucznymi aferami, wojenkami o nic, po to tylko, by przekonać te resztki elektoratu, który chodzi na wybory, że to my jesteśmy the best. W tym teatrzyku absurdu media dają scenę, a politycy grzecznie tańczą, wygłupiają się, robią miny, grają clownów. Nasza polityka nie ma sensu, prawo i tak reguluje Bruksela – pozostaje mieszanie herbaty bez cukru. I to nam wychodzi najlepiej.

No responses yet

Oct 05 2009

Ukraina gwarantem modernizacji Polski?

Published by engelgard under Uncategorized

Polska polityka wschodnia znalazła się w punkcie krytycznym. Widać to gołym okiem – stosunki z Ukrainą i Litwą są fasadowe, sztucznie zaognione stosunki z Białorusią i Rosją ciążą nam coraz bardziej, a wspieranie Gruzji postrzegane jest jako całkowita egzotyka. Sygnał do odwrotu dał Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych RP, w artykule „1 września – lekcja historii” („Gazeta Wyborcza”, 30.08.2009). Napisał on, że „właściwej odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski nie oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe”. I dalej: „Siłą rzeczy, traci zasadność archaiczny nakaz poszukiwania sojuszników “poprzez kolejną miedzę”, na gruncie jednoczącej wrogości do wspólnego sąsiada”. Innymi słowy – Sikorski zakwestionował dogmat polskiej polityki wschodniej, że polską racją stanu jest bezwzględne popieranie Ukrainy i Gruzji przeciwko Rosji, bo niepodległa Ukraina to gwarancja naszej niepodległości.
Stanowisko to spotkało się oczywiście z krytyką, ale – o dziwo – niezbyt gwałtowną. Dlaczego? Bo realia przemawiają za tym, że Sikorski ma rację, a zwolennicy polityki „prometejskiej” nie. Zgodził się z tym Rafał Ziemkiewicz, dotychczas zwolennik polityki wschodniej w wykonaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W artykule „Polityka realna – czyli jaka?” („Rzeczpospolita”, 26-27.09.2009) pisze: „Pokłosie polityki „UBL”, opartej na stwierdzeniu, że „Ukraina, Białoruś i Litwa razem z Polską odzyskują niepodległość i razem z Polską ją tracą”, wymaga pilnie rzeczowej, realistycznej oceny. Moim zdaniem ta ocena wypadnie fatalnie. Zaangażowanie w pomarańczową rewolucję nie dało Polsce nic, przyniosło tylko szkody moralne, jakim jest uporczywe popieranie protektora neobanderowców, nawet przez większość samych Ukraińców uznawanych za pogrobowców faszyzmu.
Ponieważ aksjomatem naszej polityki stało się popieranie Juszczenki bez formułowania wobec niego jakichkolwiek oczekiwań (by nie osłabić jego pozycji), reakcją władz Ukrainy, zrozumiałą, było uznanie, iż polskie poparcie mają zapewnione zawsze, więc nie muszą niczym za nie płacić. Stąd ekscesy takie jak pomniki Bandery czy promowanie na historycznego patrona ukraińskich służb specjalnych Romana Szuchewycza, co jest zwykłym pluciem nam w twarz.
Przykra prawda jest taka, że montować koalicji przeciw rosyjskiemu imperializmowi nie mamy z kim. Zafiksowaliśmy się na popieraniu Juszczenki czy Saakaszwilego, których pozycja we własnych krajach jest słaba i chwiejna, a rychły upadek – oczywisty. Państwa kaukaskie to raczej, mówiąc słowami Jasienicy, „embriony państw” niż partnerzy do jakiejś poważnej gry. Większość Ukraińców czy Białorusinów, ku naszemu pełnemu niezrozumienia oburzeniu, bardziej niż o wyemancypowaniu się spod rosyjskiego wpływu myśli o swoim bezpieczeństwie socjalnym. Dodajmy do tego Litwę, która nasze awanse przyjmuje nieodmiennie z chłodem i rezerwą. W sumie – obraz klęski, i nie poprawia go uporczywe przypominanie, że tak nas nauczał Giedroyc, który z kolei rozwijał wizję wielkiego Marszałka”.

Święte słowa, można powiedzieć. Jak już wspomniałem, obrońcy idei prometejskiej jakoś słabo walczyli, poza Pawłem Kowalem, który w tekście „Nie żegnajmy się z Giedroyciem” („Rzeczpospolita”, 3-4.10.2009) rzuca się na Sikorskiego i częściowo na Ziemkiewicza, ale – trzeba to powiedzieć – jest to atak jeźdźca bez głowy. Poza użalaniem się nad powrotem do idei piastowskiej (dla niego to koncepcja PRL-owska, koncepcja Gomułki i Jaruzelskiego) i myśli politycznej endecji – racjonalnych argumentów zabrakło. Najpierw pieje peany na cześć paryskiej „Kultury”, potem demaskuje rosyjskie zabiegi mające na celu „złamanie europejskiej solidarności”, by wątek ten zakończyć niezwykle odkrywczym stwierdzeniem, że: „Opinia Stefana Niesiołowskiego na temat charakteru zbrodni w Katyniu wygrywa w konkurencji największego szkodnictwa roku”. Na czym – pytam – ma polegać owo największe szkodnictwo? Na tym, że powiedział, że Katyń to nie „ludobójstwo”, lecz „zbrodnia wojenna”? Przecież nie powiedział, że Katyń zrobili Niemcy! Zachowajmy jakiś elementarny rozsądek. Ale w tej opinii Kowala jest zawarta pewna logika – ktoś, kto nie akceptuje nowego, radykalnego środka „nacisku na Rosję”, czyli w tym wypadku tezy o „ludobójstwie” – jest zdrajcą. Bo Katyń dla zwolenników koncepcji prometejskiej jest niemal ostatnią deską ratunku, ostatnim „argumentem” w ich beznadziejnej walce z rzeczywistością. Jest to w takim samym stopniu głupie, jak i obrzydliwe.

Jednak najbardziej odkrywczy jest koniec artykułu. Autor uważa, że czymś realnym jest tzw. oś krakowska (dla przypomnienia zjazd krakowski z 2007 roku z udziałem Polski, Ukrainy, Litwy, Azerbejdżanu, Gruzji, Kazachstanu, państw Grupy Wyszehradzkiej), bo tylko w tym wariancie „Polska zawsze unika bycia na peryferiach i ma szansę utrzymania pozycji międzynarodowej odpowiedniej do potencjału”. Autor chyba zapomniał, że oś krakowska jest chimerą – po tym, jak zorientowano się, że w tej grze Lechowi Kaczyńskiemu chodzi o antyrosyjski alians – szybko wycofały się takie kraje, jak: Kazachstan, Azerbejdżan, kraje Grupy Wyszehradzkiej z Czechami na czele, no i teraz de facto Litwa. Ta oś, to na dzisiaj tylko Kaczyński, Juszczenko o Saakaszwili. Zaiste potężna koalicja! Ale to nie koniec. Kowal dodaje: „Rezygnacja z jagiellońskiej polityki ULB to dzisiaj skazanie Polski na to, że będzie przez lata prowincjonalnym krajem przyciśniętym do granicy Unii bez możliwości działania. Można wtedy zapomnieć o wielkiej modernizacji kraju, o której lubi mówić Radosław Sikorski”.
Tego, przyznam się, nie rozumiem. Ukraina jako gwarant naszej modernizacji? A więc nie Francja, Niemcy, Włochy, no i – niestety panie pośle – Rosja, tylko takie „giganty” modernizacyjne, jak Ukraina i Gruzja? Mogę zrozumieć frustrację wynikającą z tego, że zawaliła się koncepcja polityki zagranicznej zgodna ze staropolskim  zawołaniem „Hajże na Moskala!”, ale to chyba nie powód do tego, by pisać takie dyrdymały.

One response so far

Oct 02 2009

Czy Tusk przekombinował?

Published by engelgard under Uncategorized

Kiedy obejmował władzę wydawało się, że najbardziej pilne będą dla niego trzy rzeczy: wymiana ekipy w TVP, wymiana szefa CBA i wymian szefa IPN. Nikt by się temu nie dziwił, bo taka jest praktyka polityczna po 1989 roku. Jeśli są jakieś przeszkody ustawowe, to zwyczajnie się zmienia ustawę. Zawsze przy takich praktykach podnosił się krzyk opozycji, ale po paru tygodniach nikt już o tym nie pamiętał. Okazało się jednak, że tym razem nic takiego nie miało miejsca. Dlaczego? Czyżby Tusk był zwolennikiem „państwa prawa”? Czyżby chciał, by szefowie ważnych urzędów pełnili swoje funkcje do końca kadencji, bez względu na barwę polityczną? Jakoś nie chce się wierzyć, by Tusk był takim politycznym ideałem. W grę wchodzą więc chyba inne motywacje. Jakie?

W przypadku TVP sprawę mogłoby wyjaśnić ujawnienie tematyki spotkań Romana Giertycha z Tuskiem i Grzegorzem Schetyną. Pewnie układ był taki: - Ja chcę zemsty na Jarosławie Kaczyńskim, a wy, w swoim dobrze pojętym interesie, mi to umożliwicie. PO nie musi sobie brudzić rąk zarządzaniem zalatującym trupem TVP, przy pomocy ludzi Giertycha niejako przygotowuje tę instytucję do np. prywatyzacji, a w przypadku mniej skrajnym osłabia jej pozycję na rzecz TVN i Polsatu. Jeśli chodzi o IPN, to tu trudniej o rozszyfrowanie motywów. Wydawało się, że po aferze „Zyzak”, PO zrobi z IPN porządek, ale nic się nie dzieje. Jest jakiś plan osłabienia pozycji tej instytucji, ale nie wiadomo na ten temat nic konkretnego. Pamiętajmy jednak, że prezes Kurtyka to personalny pomysł środowiska PO z Krakowa (człowiek Gowina i Rokity). Być może IPN będzie musiał wykonać jakąś brudną operację przy okazji wyborów prezydenckich (oczywiście na rzecz Tuska), więc na razie nie warto robić porządku. I wreszcie CBA. Wiadomo, że premier jest regularnie informowany przez szefa tej instytucji o ważniejszych operacjach, także przeciwko politykom PO. Tu może chodzić o trzymanie bata na własne środowisko. Mariusz Kamiński jest doskonałym kandydatem do spełnienia takiej roli.

Podsumowując – jeśli to wszystko prawda, to mamy w osobie premiera Tuska prawdziwego Machiavela. To jednak gra bardzo ryzykowna – w pewnym momencie może obrócić się przeciwko jej scenarzyście. Właściwie to już widać – w TVP do władzy doszedł prezes z PiS-u, który już wykonuje polecenia kancelarii prezydenta, a CBA podsłuchiwało czołowych polityków PO już od ponad roku. Misterna gra premiera chyba się więc załamuje – i nie starczy czasu, by do wyborów prezydenckich to odwrócić. Lepiej było brać te trzy kluczowe instytucje z marszu tuż po wyborach, teraz będzie to trudne do wytłumaczenia i – co ważniejsze – do zrealizowania.

No responses yet