Archive for November, 2009

Nov 23 2009

20 zmarnowanych lat

Published by engelgard under Uncategorized

Jak doniosły agencje: „Sąd w Szczytnie uznał, że rodziny Moskalików i Głowackich muszą opuścić dom w Nartach, który formalnie należy do obywatelki Niemiec Agnes Trawny. Według sądu, ani Trawny, ani gmina nie mają obowiązku przyznania im lokali socjalnych. Moskalikowie i Głowaccy mogą wystąpić o przyznanie lokali zamiennych do Skarbu Państwa. Rodziny są oburzone wyrokiem. Zapowiedziały, że dobrowolnie nie wyprowadzą się z Nart.  W tej sprawie Skarb Państwa reprezentują Lasy Państwowe. Pełnomocnik Moskalików i Głowackich mecenas Jerzy Erlik powiedział, że jeśli wyrok się uprawomocni, to takie roszczenie będzie dochodzone. Dodał jednak, że ma nadzieję, że wyrok ten zostanie uchylony przez Sąd Okręgowy, do którego Erlik złoży apelację. Trawny odzyskała gospodarstwo w Nartach, które jest jej ojcowizną, wyrokiem Sądu Najwyższego w grudniu 2005 roku”.
Podstawą wyroku był zapis w księgach wieczystych, a tam nadal widniało nazwisko członka rodziny Trawny. Co prawda założono nowe księgi wieczyste (na mocy ustawy z 2007 roku), ale ich powstawanie trwa a starych nie zamknięto. Tak oto mści się 20-letnie zaniedbanie. Pozostawienie starych ksiąg wieczystych to jedno z najbardziej skandalicznych zaniedbań państwa po 1989 roku. Sprawę te należało załatwić natychmiast, ale w latach 90. głosy mówiące o zagrożeniu polskiej własności wyśmiewano jako przejaw „polskiego nacjonalizmu” i „antyniemieckiej obsesji”. Pierwsze rządy III RP zupełnie świadomie pozostawiły kwestię własności na Ziemiach Zachodnich otwartą. Przed wejściem do UE należało jednak uporządkować stan prawny, tak, aby uniemożliwić roszczenia. Tego nie zrobiono, więc mamy tego efekty. Np. wykluczono z możliwości ubiegania się o stracony majątek osoby, które nie posiadały polskiego obywatelstwa (wysiedlone po 1945 roku), ale już nie tych, którzy takie obywatelstwo nabyli, zostając w Polsce, a dopiero potem wyjechali i porzucili majątek (lata 60. i 70.). Sprawę komplikuje jeszcze niespójne stanowisko sądów polskich rozpatrujących sprawy roszczeniowe. Na pocieszenie pozostaje nam jedynie to, że skala problemu, na razie, nie jest jednak aż tak wielka, jak można by się spodziewać.

No responses yet

Nov 16 2009

Piastowskie strachy i polski kanarek

Published by engelgard under Uncategorized

Paweł Kowal powraca na łamach „Nowej Europy Wschodniej” (nr 6, listopad-grudzień 2009) do zarysowanej przez Radosława Sikorskiego zmiany akcentów w polskiej polityce wschodniej. W tekście „Cienie Piastów” poddaje krytyce stanowisko Sikorskiego, jak i tych, którzy go poparli. Kowal zauważył też w tej dyskusji moją opinię. Czytamy: 
„Myśl Sikorskiego podjął na łamach „Rzeczpospolitej” Rafał Ziemkiewicz, który otwarcie formułuje pytanie, czy nie uwierzyć Rychezie i nie postawić na organiczny związek z polityką niemiecką jako jedyną gwarancją bezpieczeństwa kraju. Być może zasiał on w wielu racjonalnie myślących głowach ziarno wątpliwości. Ale za hasłem polityki piastowskiej kryje się także koncepcja Polski jednolitej etnicznie. Zapewne dlatego poparcie dla Sikorskiego popłynęło też z pozycji postendeckich, od redaktora naczelnego „Myśli Polskiej” Jana Engelgarda: „Innymi słowy – Sikorski zakwestionował dogmat polskiej polityki wschodniej, że polską racją stanu jest bezwzględne popieranie Ukrainy i Gruzji przeciwko Rosji, bo niepodległa Ukraina to gwarancja naszej niepodległości. Stanowisko to spotkało się oczywiście z krytyką, ale – o dziwo – niezbyt gwałtowną. Dlaczego? Bo realia przemawiają za tym, że Sikorski ma rację, a zwolennicy polityki »prometejskiej« nie. Zgodził się z tym Rafał Ziemkiewicz, dotychczas zwolennik polityki wschodniej w wykonaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego”.
W tym fragmencie warto zwrócić uwagę na – w moim przekonaniu – kuriozalny wniosek, jaki wysuwa Kowal. Otóż w jego przekonaniu poparcie dla koncepcji Sikorskiego wypływa w przypadku, jak to nazywa, środowisk postendeckich, z tego, że za hasłem polityki piastowskiej „kryje się także koncepcja Polski jednolitej etnicznie”. O ile wiem, to po 1945 roku Polska jest państwem w miarę jednolitym etnicznie i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Może się to komuś nie podobać, ale takie były wyroki historii. Niczego więc nie trzeba przyjmować, bo to już jest. A niby jaka Polska ma być? Wieloetniczna? Przyznam, że tego w rozumowaniu Kowala nie rozumiem, chyba że ma on na myśli „Polskę jagiellońską” w dawnym stylu, a więc z granicami po Dniepr. Jeśli tak, to znaczy, że jest oderwany od współczesnych realiów, albo jest marzycielem. Pewnie chodzi mu o jakiś związek federacyjny złożony z Polski, Ukrainy i „wyzwolonej” Białorusi. Było to nierealne w roku 1919, kiedy o czymś takim myślał Józef Piłsudski, tym bardziej jest nierealne teraz. Po co więc tracić energię na coś, co nie ma żadnych szans na realizację?
W dalszej części Kowal pisze:  „Przyjęcie planu Sikorskiego byłoby powrotem do myśli endeckiej w innych warunkach historycznych. Stanowiłoby redukcję polskiej polityki do roli peryferyjnego państwa UE. Zamykałoby kwestię modernizacji Polski – nie może o niej marzyć państwo przyciśnięte do granicy na Bugu. Przyjęcie propozycji Sikorskiego i przyznanie racji Engelgardowi w praktyce oznacza przyjęcie nie tylko gwarancji Niemiec, ale raczej oparcie się o niemiecko-rosyjskie gwarancje dla Polski”.
Pisałem już kiedyś o tym, że Ukraina nie może być gwarantem naszej modernizacji. Co to znaczy, że Polska jest „przyciśnięta do Bugu”? Przecież obecna Polska nie zaczyna się na linii granicznej z 1914 roku, gdzieś w okolicach Kalisza, lecz zaczyna się na linii Odry! Nie jest więc ani dawnym Królestwem Polskim, ani Generalną Gubernią. Po co więc mówić o jakimś ściśnięciu? Czyżby Kowal uważał, że mamy szansę na poszerzenie granic daleko za Bug? Ciekawe co na to Ukraińcy, np. co spod znaku OUN-UPA?
O wiele ciekawszy jest fragment o niemiecko-rosyjskich gwarancjach dla Polski. Domyślam się, że chodzi o gwarancje bezpieczeństwa. To jest złe postawienie sprawy. Polska jest bowiem członkiem NATO i ma jego gwarancje bezpieczeństwa. Rosja nie musi nam ich dawać, natomiast w interesie Polski nie jest ciągłe antagonizowanie Rosji i próby (nieudolne) jej wypychania Europy, a do tego w praktyce zmierza dotychczasowa polityka wschodnia Polski. W interesie Polski jest budowa „Wielkiej Europy” wedle starej koncepcji gen. Charlesa De Gaulle`a, czyli Europa od Atlantyku do Władywostoku. W tej Europie jest miejsce dla wszystkich, także dla Ukrainy. Natomiast anachroniczne i postzimnowojenne wymachiwanie szabelką, sterowane zresztą z Waszyngtonu (przynajmniej do niedawna), nie jest żadną polityką polską, jest po prostu głupotą.
Na koniec Kowal ujawnia o co tak naprawdę mu chodzi: „Spór dotyczy rzeczy poważniejszej: propozycji amputacji polskiej polityki zagranicznej dokonanej w imię patrykularnego interesu jednej partii. Czym jest idea jagiellońska? W odpowiedzi na przetaczającą się w Polsce dyskusję pisze profesor Harvardu Roman Szporluk: „Rosja stara się rujnować solidarność krajów UE – w tego rodzaju polityce obecna Rosja może polegać na doświadczeniu i ZSSR, i Imperium – kiedy się partnerowi obiecuje (a czasem nawet daje) WIĘCEJ, pod warunkiem że ten partner osłabi istniejące powiązania i zobowiązania wobec innych współczłonków jakiejś większej struktury – która się Rosji nie podoba… Model »jagielloński« w XXI wieku to nie Polska imperialna, a EUROPA sięgająca daleko na wschód od Przemyśla i Chełma - »piastowskiej« granicy AD 1000”.
A więc chodzi o Rosję, o jej geopolityczną eliminację z Europy. Wschodnie granice Ukrainy mają być rubieżą tej Europy. W czym jednak Ukraina jest bardziej „europejska” od Rosji? W niczym, wręcz przeciwnie, to Rosja jest cywilizacyjne bliżej Europy. Wystawianie Ukrainy na pierwszą linię frontu jest nie tylko nierealistyczne, ale i sprzeczne interesami Ukrainy. Jest to państwo cywilizacyjnie bliskie Rosji i musi się z Rosją ułożyć. A my, zamiast łudzić ją mirażami – powinniśmy ją do tego przekonać, sami zaś musimy wpisać się w politykę europejską przez duże „E”. Na tej drodze są i Paryż, i Rzym, ale także Berlin, i wreszcie Moskwa. Takie są po prostu wyzwania współczesności i taka jest nasza przyszłość.
I na koniec uwaga o paryskiej „Kulturze”. Kowal prawie zawsze powołuje się na jej dziedzictwo geopolityczne. Moim zdaniem robi to selektywnie. Ale w tym miejscu przypomnę mu opinię jednego z czołowych publicystów „Kultury”, Juliusza Mieroszewskiego. Pisząc w roku 1960 o geopolitycznym położeniu Polski, stwierdził: „Musimy wreszcie definitywnie zerwać z tradycją „mocarstwowego kanarka”, który chce pożreć dwa czyhające na niego koty”. Odnoszę wrażenie, że Paweł Kowal koniecznie chce, żebyśmy nadal byli tym „kanarkiem”.

No responses yet

Nov 09 2009

Kto obalił ten mur?

Published by engelgard under Uncategorized

Niezwykle irytujące są polskie reakcje na rocznicę obalenia muru berlińskiego. Podczas gdy Brytyjczycy i Francuzi zachowują wstrzemięźliwość, my staramy się za wszelką cenę przekonać siebie i innych, że to my zjednoczyliśmy Niemcy.  Jest to irytujące z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to nieprawda, a po drugie, zjednoczenie Niemiec niosło ze sobą poważne zagrożenia dla naszej przyszłości. Zjednoczenie Niemiec dokonało się w głównie mierze dzięki tzw. polityce pierestrojki w ZSRR, a raczej jako niespodziewany i nie planowany rezultat tej polityki. Także tzw. okrągły stół w Polsce był możliwy tylko dlatego, że zgodziła się na to gorbaczowowska Moskwa. Owszem, możemy doszukiwać się, że Polski Sierpień przyspieszył ewolucję kierownictwa sowieckiego, ale w tym czasie, kiedy zaczynała się tzw. pierestrojka (czyli w roku 1985) akurat to nie miało żadnego znaczenia, bo wówczas Solidarność jako siła polityczna praktycznie nie istniała.
Niemcy dobrze o tym wiedzą, więc fetują w rocznicę obalenia muru berlińskiego właśnie Gorbaczowa, on dostaje największe oklaski, on cieszy się największą sympatią. Dlaczego? Bo dobrze wiedzą, że gdyby Moskwa zdecydowała się przeciąć ten proces, to miała ku temu możliwości. W wydanej niedawno książce pt. „Armagedon był o krok. Rozpad Związku Radzieckiego 1970-2000”,  amerykański politolog, Stephen Kotkin, pisze, że ZSRR mógł wówczas bez większego ryzyka wymusić porządek i okopać się na zimnowojennych pozycjach na dalsze 10-20 lat. I nikt by się temu nie przeciwstawił, bo oznaczałoby to wojnę jądrową. Nikt więc nie obalił komunizmu, ani ZSRR – on się załamał od wewnątrz, a zasługą jego ówczesnego kierownictwa było to, że ten rozpad dokonał się tak bezboleśnie i w sumie pokojowo. Tak więc, to nie my ani Reagan są ojcami zjednoczenia Niemiec, jest nim – wtedy wbrew własnym poglądom – Michaił Siergiejewicz Gorbaczow.
Polska była krajem, który w związku wydarzeniami w Berlinie mógł mieć największe obawy. Wszak 1/3 naszego terytorium to były obszary dawnej Rzeszy, tereny uznawane w prawodawstwie RFN jako pozostające „pod polską administracją”. Helmut Kohl zaszokował wszystkich, kiedy de facto odmówił uznania naszej granicy zachodniej, powołując się na to, że zjednoczone Niemcy nie są zobligowane umowami w tej sprawie, jakie podpisywały NRD (1950) i RFN (1970). Tak więc, już na samym początku Niemcy pokazały czym może być dla nas zjednoczenie. Nic więc dziwnego, że zarówno ówczesne władze z gen. Wojciechem Jaruzelskim, jak i rząd Tadeusza Mazowieckiego – uruchomiły wszelkie działania mające na celu wymuszanie na Kohlu jasnej deklaracji w sprawie granic. I właśnie wtedy zadziałała raz jeszcze, na naszą korzyść, dawna koalicja antyhitlerowska – z decydującym zdaniem ZSRR Gorbaczowa i przy zdecydowanym wsparciu naszego stanowiska przez Wielką Brytanię Margaret Thatcher i Francji Francois Mitterranda. Kohl musiał się ugiąć, bo gdyby się upierał, to mocarstwa zahamowałyby zgodę na zjednoczenie i podtrzymały żywot NRD (najbardziej tego chciał Mitterrand). Ten moment historii pokazał też jasno, że wbrew idiotycznej interpretacji naszej najnowszej historii przez nas samych – zarówno Jałta, jak i Poczdam nie były dla narodu polskiego klęską. W Jałcie postanowiono, że Polska przesunie się terytorialnie na zachód i będą wolne wybory (co nastąpiło w roku 1991), natomiast Poczdam de facto dał nam granicę na Odrze i Nysie. W roku 1990 nie było więc mowy o cofaniu zegara historii, ani przez Niemcy, ani przez Polskę. Nowa Polska wyłaniała się jako prawny i terytorialny następca PRL, a nie II RP, jak z uporem maniaka próbują nam wmawiać najprzeróżniejsi nawiedzeni interpretatorzy. Także Niemcy musiały to uznać. I tylko dlatego są dzisiaj zjednoczone.

No responses yet

Nov 05 2009

Gazociąg Północny im. Janusza Steinhoffa

Published by engelgard under Uncategorized

Szwecja i Finlandia powiedziały „tak” dla budowy Gazociągu Północnego, co oznacza, że jego powstanie jest coraz bliższe. Było to zresztą do przewidzenia od dłuższego czasu, bo jeśli w ten projekt „weszły” firmy z Niemiec, Holandii, Francji i Wielkiej Brytanii – sprawa była przesądzona. Polska, ze swoim zapiekłym, nieracjonalnym stanowiskiem – została więc sama na placu boju, mając w zanadrzu jedynie wirtualne pomysły norweskie, katarskie i kaspijskie. Gazociąg Północny powinien otrzymać imię ministra i wicepremiera w rządze Jerzego Buzka – Janusza Steinhoffa, bo to on – obok Piotra Naimskiego i Piotra Woźniaka – należał do najzacieklejszych przeciwników tego projektu. Steinhoff to oczywiście tylko symbol polskiej „polityki” w tej sprawie, ale symbol wymowny. Zdumiewa zaciekłość i nieprzejednanie tych polityków, którzy widząc, że nie ma szans na powstrzymanie projektu – wmawiali opinii publicznej w Polsce, że sprawa jest do wygrania.
Przypomnijmy wypowiedź Aleksandra Gudzowatego z 9 listopada 2006 roku (portal wnp.pl): „Jeśli już mówimy o Gazociągu Północnym, to chciałbym przypomnieć, że sami sprowokowaliśmy jego budowę. Przecież dla Rosjan pierwszym kandydatem na tranzyt rosyjskiego gazu do Europy Zachodniej była Polska. Pamiętam, bo sam uczestniczyłem w rozmowach na temat tego projektu. Miała być druga nitka Jamału i tzw. pieremyczka, czyli gazociąg łączący gazociągi Białorusi i Słowacji z pominięciem Ukrainy. Dlatego, że Ukraina miała i nadal ma gazociągi bardzo złej jakości. I Rosjanie – dla bezpieczeństwa tranzytu coraz większych ilości gazu – postanowili zawrzeć z Polską układ partnerski. Wówczas przechodziłoby przez Polskę 120 mld m sześc. gazu. Nie muszę chyba mówić, jak olbrzymi byłby zarobek na samym tranzycie. Ale, co o wiele ważniejsze, bylibyśmy wówczas innym jakościowo partnerem dla Rosji. Skoro przez Polskę przechodziłaby większość gazu rosyjskiego do Europy Zachodniej, to Rosjanie musieliby nas inaczej – czyli lepiej – traktować. A ów prestiż kupiecki pomógłby nam później także rozwiązywać inne problemy, równie istotne dla Polski. Jednak zaprzepaściliśmy tę okazję przez nieprzyzwoitość naszych polityków. Czy zadecydował tu brak doświadczenia, czy też niechęć do nauki i wyciągania wniosków, czy też wreszcie zupełny brak rozsądku – tego nie wiem. Projekt storpedował m.in. prezydent Aleksander Kwaśniewski. krzycząc na całą Polskę, że przeszkadzamy naszym braciom Ukraińcom”.
Steinhoff mówił w 2002 r.: „Problem tzw. pieremyczki – gazociągu południowego, omijającego Ukrainę. My powiedzieliśmy: zgoda na wszelkie projekty, które pozwalają wykorzystać tranzytowe położenie Polski, ale w takim stopniu, w jakim nie zagraża to interesom Ukrainy, która jest naszym strategicznym partnerem”. Przez kilka najbliższych lat Steinhoff konsekwentnie atakował ideę gazociągu Północnego, wmawiając nam, że sprzeciw to jest nakaz polskiej racji stanu. 14 kwietnia 2004 w wywiadzie dla portali CIRE.pl, mówił: „W czasach rządu Jerzego Buzka mieliśmy inne priorytety. Takim było bezpośrednie połączenie ze złożami w Norwegii. Mieliśmy koncepcję budowy gazociągu, który miałby doprowadzać gaz w okolice Niechorza. To było racjonalne rozwiązanie”. Wielu ekspertów twierdzi jednak, że były to mrzonki i sami Norwegowie doszli do tego wniosku, wybierając współpracę z Rosjanami. Mimo to panowie Steinhoff i Naimski upierają się, że Norwegia to był genialny pomysł. W cytowanym wywiadzie snuł plany jakiegoś wielkiego partnerstwa energetycznego z Ukrainą: „Mam nadzieję, że nowy rząd ukraiński będzie współpracował z polską administracją. Ten nowy układ polityczny stwarza szanse na zbudowanie wspólnej, polsko – ukraińskiej strategii bezpieczeństwa energetycznego, uwzględniającej gaz ziemny, ropę i energię elektryczną”.
Z kolei w roku 2006 w tekście dla portalu wnp.pl „ostrzegał” Europę przed polityka energetyczną Rosji: „Spór Gazpromu z Ukrainą oraz przyznanie Białorusi prawa do zakupu rosyjskiego gazu po preferencyjnych cenach to sygnały aż nazbyt czytelne – szczególnie niepokojące dla krajów naszej części Europy. Nie można już zamykać oczu na fakt, że strategiczny surowiec energetyczny staje się w rękach Kremla narzędziem uprawiania polityki międzynarodowej. Rosjanie wykorzystują swoją pozycję dominującego dostawcy gazu dla dawnych krajów satelickich Związku Radzieckiego, a cena gazu (odrywana w razie potrzeby od realiów rynkowych) staje się funkcją jakości międzynarodowych relacji dwustronnych ocenianych z punktu widzenia Federacji Rosyjskiej”. Nie wierząc jednak w solidarność UE w walce z „rosyjskim monopolem”, Steinhoff konkludował: „Wygląda jednak na to, że przy braku wspólnej polityki energetycznej uwzględniającej interesy wszystkich krajów członkowskich, przy utrzymujących się rozbieżnościach w rozumieniu tych kwestii przez starych i nowych członków UE, Polska będzie musiała sama zadbać o swoje bezpieczeństwo energetyczne”.
W tekście z dnia 3 stycznia 2007 roku („Test unijnej solidarności”) Steinhoff pisał: „Gazociąg Północny to przykład nieracjonalnej polityki jednego kraju UE – nie uwzględniającej racji czterech nowych członków Unii i potencjalnych zagrożeń wynikających z tej inwestycji dla całej unijnej gospodarki”. A 2 listopada 2007 roku w RMF FM powiedział: „Należy utrzymać sprzeciw wobec budowy Gazociągu Północnego. Nowy polski rząd powinien utrzymać sprzeciw wobec budowy Gazociągu Północnego. Inwestorzy podmorskiej magistrali chcą ponownie zaproponować Polsce przyłączenie się do projektu. Nie powinniśmy się godzić na tę ofertę, bo nie ma wątpliwości, że podmorska rura szkodzi polskim interesom”.
I opinia niemal z ostatniej chwili, z wywiadu z dnia 5 listopada („Polska The Times”). B. minister ubolewa, że nie zbudowano przez Polskę drugiej nitki rurociągu Jamał II, ale nie mówi, dlaczego Rosjanie stracili przekonanie do tej inwestycji. Zresztą teraz jest już za późno, a b. minister nie mówi, jakie jest wyjście z sytuacji. Wraca za to z uporem godnym lepszej sprawy do duńsko-norweskich miraży i pouczania Unii, co ma robić:  „W czasach rządów Jerzego Buzka czyniliśmy wszystko, by zdywersyfikować źródła pozyskiwania gazu. Niestety, rząd Leszka Millera zarzucił projekt kupowania gazu z Norwegii i Danii, a szkoda, bo to dałoby nam większą niezależność. Gdyby go nie zerwano, to od ubiegłego roku mielibyśmy gaz z Norwegii. Niestety, nie ma go – dlatego dziś jesteśmy w takiej sytuacji, w jakiej jesteśmy. Uważam, że jeśli nie uda nam się znaleźć porozumienia z Gazpromem, to powinniśmy zwrócić się do Komisji Europejskiej, a ona powinna wpłynąć na Gazprom i rząd Rosji. Tak, by rozmawiali oni z nami na zasadach rynkowych”.
Polska pracowała całymi latami na opinię kraju, który za wszelką cenę chce odepchnąć Rosję od Europy, nawet wbrew tej Europie. Gaz to był tylko jeden z frontów tej „misji”. Plan się nie powiódł, bo nie mógł się powieść – godził bowiem w interesy takich państw jak Niemcy, Francja czy Włochy. Klęską polskiej polityki jest to, że nie potrafi w miarę szybko wydobyć się z bagna, w które sama weszła. Minister Radosław Sikorski zdaje się rozumieć tę sytuację, ale pamiętajmy, że to on wypowiedział swego czasu wyjątkowo głupie zdanie, jakoby porozumienie rosyjsko-niemieckie w sprawie Gazociągu Północnego przypominało pakt Ribbentrop-Mołotow. Tego mu nie zapomniano, ani w Berlinie, ani w Moskwie. A takich amatorskich wypowiedzi, i działań, było w Polsce co niemiara. No i co teraz, panowie?

No responses yet