Archive for March, 2010

Mar 31 2010

Doku Umarow – bohater polskich rusofobów

Published by engelgard under Uncategorized

Taki był tytuł jednego z wpisów polskiego internauty komentującego niektóre komentarze, jakie ukazały się w naszych mediach. Prym wiodła uchodząca za „specjalistkę w sprawach rosyjskich” Krystyna Kurczab-Redlich. Pani ta nie raz sugerowała, że za wszelkimi zamachami w Rosji stały… rosyjskie służby specjalne. Tym razem też dała to do zrozumienia, choć wahała się by stwierdzić to stanowczo. W jednej z wypowiedzi mówiła tak: „Nie wykluczam udziału Czeczenów, ale wykluczam udział bojowników. Powód? Nie mają armat. Są już bardzo słabi. Są to grupki, które działają w rozbiciu, nie mają pieniędzy i wątpię, by mogły coś takiego zorganizować”. I zaraz potem dyskretna sugestia: „Komu to służy? Na pewno nie zwykłym Czeczenom. Już teraz idzie potworna fala linczów. Jak słyszałam omal nie zlinczowano dziś w Moskwie kilku osób o kaukaskim wyglądzie, które rozwiały przez telefony. Pobito ich. Musiała ich bronić milicja”. A więc kto? No jasne – Putin. Bo jest to mu na rękę, by „trzymać za mordę”, by powstrzymać „liberalnego” Miedwiediewa (to jeden z najgłupszych mitów na temat sytuacji wewnętrznej w Rosji), by wreszcie odwrócić uwagę Rosjan od kryzysu.
A tu nagle, po paru dniach, niejaki Doku Umarow, „czeczeński bojownik”, przyznaje w nagraniu opublikowanym na stronie kavkazcenter, że to on wydał rozkaz dokonania zamachów. Co prawda on sam dzień wcześniej temu zaprzeczył, twierdząc, że to Putin zorganizował zamachy, ale jak to bywa w tych kręgach między kłamstwem a prawdą jest cienka granica. Pani Redlich i inni domorośli komentatorzy mówiąc o „bojownikach czeczeńskich” pewnie mieli na myśli właśnie Umarowa. Ale, na Boga – jako to „bojownik”. 31 października 2007 r. ogłosił likwidację „Czeczeńskiej Republiki Iczkerii” i powstanie w jej miejsce islamistycznego „Emiratu Kaukaskiego”, mającego docelowo objąć wszystkie rosyjskie republiki na Kaukazie Północnym. Emirat Kaukaski – państwo rządzone przy pomocy szariatu, a więc najbardziej skrajna odmiana islamu. I to ma być bohater naszych rusofobów? Jak wielka musi być dawka rusofobii i ślepej nienawiści, by na wszelkie sposoby próbować usprawiedliwiać zamachowców, tłumaczyć ich, dzielić włos na czworo. Nasi rusofobi nie zauważyli, że już dawno nie ma „świeckich” przywódców Czeczenii, takich jak np. Maschadow – a są już jedynie fanatyczni islamiści. Im nie chodzi już o Czeczenię, o jej wolność i niepodległość – oni prowadzą śmiertelną wojnę z całą cywilizacją białego człowieka, z chrześcijaństwem w każdej postaci. A Rosja jest państwem chrześcijańskim.
W wieku XIX bywali Polacy, którzy przechodzili na islam, żeby tylko walczyć z Rosją (np. Józef  Bem). Ale były ich dziesiątki, zapominamy tymczasem, że w szeregach armii rosyjskiej służyły wtedy dziesiątki tysięcy Polaków, w tym tysiące oficerów. Ich pamiętniki nie pozostawiają żadnej wątpliwości. Jeden z pułkowników armii rosyjskiej, Polak – pisał, że osobiście nawet podziwia Szamila, przywódcę powstania czeczeńskiego w XIX wieku, ale mimo wszystko uważa, że dobrze robi walcząc po stronie rosyjskiej, bo to jest wojna dwóch cywilizacji.
Tak jest i teraz – kto próbuje usprawiedliwiać islamski terror, bronić inspiratorów tych zbrodni – staje przeciwko zdrowemu rozsądkowi i po stronie cywilizacji śmierci. Przy okazji zaś kompromituje się intelektualnie.

No responses yet

Mar 23 2010

Lech Kaczyński w Moskwie?

Published by engelgard under Uncategorized

Polski prezydent przez prawie 5 lat urzędowania jako prezydent RP ani razu nie spotkał się ze swoim odpowiednikiem w Rosji, najpierw Władimirem Putinem a potem Dmitrijem Miedwiediewem (dwa razy otarł się o Putina, raz nas szczycie w Helsinkach, potem na Westerplatte). To „osiągniecie” nie lada, bo w tym czasie z rosyjskimi przywódcami spotykali się wiele razy inni europejscy liderzy, np. z naszego  regionu prezydent Czech Vaclav Klaus. Moskwa, czy to się komuś podoba czy nie, jest jednym z centrów światowej i europejskiej polityki, o spotkania z przywódcami Rosji zabiegają najwięksi tego świata. Tym bardziej kuriozalne jest to, że przywódca Polski, państwa sąsiadującego z Rosją – nie zdołał tego zrobić ani razu! Ktoś powie, że to wina Rosjan, bo oni to i tamto… To jest jednak tłumaczenie dziecinne, amatorskie. W polityce nie ma miejsca na fobie, dąsy, wieczne wypominanie historii, zacietrzewienie i zaciśnięte pięści.

Myślę, że Rosja na początku kadencji Kaczyńskiego była gotowa do rozmów, ale on wybrał inną politykę – kurs na Ukrainę, Gruzję, na montowanie jakiegoś kordonu sanitarnego wokół Rosji, budowanie zamków na piasku w postaci „koalicji energetycznej” ze wszystkimi, tylko nie z Rosją. No i nic dziwnego, że z Moskwy powiało chłodem. Punktem „szczytowym” polityki wschodniej Kaczyńskiego był nocny incydent na granicy gruziński-osetyjskiej.
Teraz, na kilka miesięcy przez wyborami, Kaczyński wraca do haseł sprzed pięciu lat. Wtedy też był bardzo pragmatyczny, zapowiadał nowy rozdział z Rosją, mówił, że ludzi z PRL nie można potępiać, a lewica też ma swoje racje. W tym powrocie do dawnej retoryki znalazła się także chęć pojechania do Moskwy na obchody 65. rocznicy zakończenia wojny. Niejako wychodząc temu naprzeciw Rosja oficjalnie zaprosiła na nie Kaczyńskiego.

Obecność głowy polskiego państwa wydaje się na tych uroczystościach czymś naturalnym. Wszak Polska była członkiem antyhitlerowskiej koalicji, na wschodzie i zachodzie walczyło 400 tys. naszych żołnierzy, a część z nich, z 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, zdobywała nawet Berlin, a polska flaga była jedyną obok sowieckiej – jaka zawisła na Bramie Brandenburskiej. I doprawdy tylko jakiemuś zdumiewającemu amokowi zawdzięczamy to, że od lat w uroczystościach zakończenia wojny (a właściwie zwycięstwa) nie bierzemy udziału. Tak jakbyśmy byli w sytuacji Łotwy czy Estonii, których żołnierze walczyli w szeregach Waffen SS (także przeciwko nam, np. na Wale Pomorskim). Najpierw, w 1995 r. wyjazd do Moskwy premiera Józefa Oleksego uznano za zdradę, a potem ogłoszono, że to rosyjski agent „Olin”. Potem Kwaśniewskiego ustawiono w trzecim rzędzie, a Putin nie wymienił nas w szeregu zwycięzców, co w Polsce wywołało irytację, mimo że ci sami komentatorzy przekonują nas od lat, że w 1945 r. byliśmy po stronie przegranych, tak jak III Rzesza, Estonia, Łotwa czy Węgry. Jak będzie w tym roku? Zobaczymy.
9 maja jest dla Rosjan bodaj największym w tej chwili świętem państwowym. Powinniśmy to, jako naród i państwo, uszanować, ba – powinniśmy wykroić sobie w tym święcie swój kawałek tortu, który nam się należy, bo zapłaciliśmy za niego krwią żołnierską. I zamiast pisać i gadać głupoty o najnowszej historii, zamiast skłócać wszystkich ze wszystkimi – powinniśmy odzyskać swoje miejsce w szeregu zwycięzców. Bo klęska III Rzeszy była wybawieniem narodu polskiego przed realną groźbą zagłady, bo w wyniku tej wojny uzyskaliśmy 520 km wybrzeża morskiego i takie miasta jak Gdańsk, Szczecin i Wrocław. I choć państwo powstałe po 1945 r. nie było suwerenne, to jednak nie była to 17. republika. W dniach 8 i 9 maja państwa dawnej koalicji antyhitlerowskiej (USA, W. Brytania, Francja, Rosja) świętują zwycięstwo. Po 1989 r. w wyniku politycznej głupoty sami wykluczyliśmy się z tego grona – czas to zmienić. Nasze miejsce jest na obchodach i w Londynie, i w Paryżu, i jest także w Moskwie.

No responses yet

Mar 15 2010

Młodzieńcze uproszczenia

Published by engelgard under Uncategorized

Żyjemy w czasach, w których każdy może wypowiedzieć się publicznie, bez względu na to, czy ma coś odkrywczego do powiedzenia czy nie. Korzystają z tego prawa głównie młodzi, co można uznać za pozytyw, bo większa część młodego pokolenia to w dużej mierze nihiliści. Nie zwalania to jednak nikogo z myślenia i uczenia się na własnych błędach. A naszym obowiązkiem, starszych, jest recenzowanie młodych, zwłaszcza wtedy, kiedy piszą głupstwa i idą na łatwiznę.

Ostatnio z niepokojem odnotowywaliśmy ewolucję Młodzieży Wszechpolskiej w kierunku sprzecznym ze szkołą myślenia narodowego. Nie będę do tego wracał, tym razem krótko zajmę się tekstem Jacka Tomczaka „Endekokomunistyczne uproszczenia”. W zamierzeniu jest to tekst mający „demaskować” rzekomo archaiczny i uzurpatorski, a przy tym fałszywy – tok rozumowania „Myśli Polskiej”. Czytamy w tekście Tomczaka:  „W rozmaitych wypowiedziach współczesnych wyznawców makiawelizmu pojawiają się liczne nawiązania do podziałów na polskiej scenie politycznej z okresu międzywojennego. W pozytywnej roli występuje zawsze Narodowa Demokracja, wraz ze swoim przywódcą – Romanem Dmowskim (najważniejszą prasową ekspozyturą tak rozumianego realizmu jest „Myśl Polska”), zaś jako jej antyteza pojawia się myśl obozu piłsudczykowskiego”. I dalej autor z okrzykiem triumfu odkrywa, że „wywodzenie z myśli Dmowskiego sympatii do Rosji jest co najmniej problematyczne i – w świetle różnych faktów – może uchodzić za nadużycie. Obranie przez przywódcę endeków kursu „na Rosję” wywodziło się z przeświadczenia, iż imperium carskie jest słabszym zaborcą, niż Niemcy, wskutek czego stawiając na sojusz z nim będzie można w przyszłości wyciągnąć więcej profitów”. I wreszcie: „u współczesnych, samozwańczych spadkobierców Dmowskiego powszechne jest łączenie realizmu z kursem „na Rosję”, nie wiążące się z określonymi warunkami geopolitycznymi, lecz bliższą raczej wspomnianym rewolucyjnym konserwatystom szczególną predylekcją i słabością do tego kraju. Realizm wydaje się u nich wiązać z sojuszem z Rosją, bez względu na fakt, czy jest ona silna, czy słaba, czy w grze z nią można coś uzyskać, czy nie”.  To oczywiście ma świadczyć o anachronizmie i dogmatyzmie myślenia. 
Problem w tym, że formułowane przez autora tezy i wnioski są – przynajmniej w odniesieniu do publicystyki na łamach „Myśli Polskiej” – całkowicie chybione i wynikają zwyczajnie z niezrozumienia tego co piszemy (za innych nie biorę odpowiedzialności). Pragnę autora poinformować, że twórczość Romana Dmowskiego w odniesieniu do Rosji znam dobrze (patrz mój szkic „Roman Dmowski wobec Rosji”[w:] „Myśl polityczna Romana Dmowskiego”, Warszawa 2009, ss. 67-100). Nie musi więc autor „odkrywać”, że Dmowski Rosji raczej nie lubił a o Rosjanach miał zdanie negatywne. Bo nie o lubienie czy nielubienie tutaj chodzi. Uczucia w tym przypadku nie mają nic do rzeczy, chodzi bowiem o politykę i interesy narodu polskiego. Oczywiście, że w okresie walki o niepodległość Polski orientacja Dmowskiego na Rosję miała charakter taktyczny, a nie np. uczuciowy czy dogmatyczny. Jednak błąd popełniają także ci, którzy sądzą, że Dmowski po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uznał, że „karta rosyjska” to już tylko pieśń przeszłości.

W „Polityce polskiej i odbudowaniu państwa” pisał:  „Istotą naszej polityki względem Rosji nie były kombinacje z jakimkolwiek czynnikami przemijającymi: widzieliśmy konieczność porozumienia z tym, co jest trwałe w Rosji, a narodem rosyjskim, rozumieliśmy znaczenie tego porozumienia i dla nas, i dla Rosji. Zrządzeniem losu urzeczywistniliśmy ostateczny cel naszych wysiłków bez udziału Rosji. Skutkiem tego w świadomości polskiej zbyt zatarło się poczucie, że ułożenie na przyszłość naszego stosunku do Rosji jest najważniejszym zadaniem całej naszej polityki. I w tej dziedzinie podstawą dalszej polityki naszego państwa musi być to, co myśmy zapoczątkowali. Rządy sowieckie przeminą, ale Rosja zostanie, i stosunek do tego, co w niej trwa, do narodu rosyjskiego, jest ważniejszy od stosunku do przemijających rządów.
Myśmy zrobili zaledwie początek. Wejście na równą drogę z Rosją przyszłości to praca, wymagająca wielkiego wysiłku myśli i energii. jest to najtrudniejsze z zadań naszej polityki, nie tylko ze względu na przeszłość, ale także i dlatego, że wobec jego wagi dla naszej przyszłości, najwięcej tu napotykamy przeszkód ze strony obcych, wrogich wpływów zarówno u nas, jak w Rosji” (R. Dmowski, „Polityka polska i odbudowanie państwa”, Warszawa 1926, s. 424).

A w roku 1930 stwierdził: „Położenie Rosji i nasz stosunek do niej skomplikowała ogromnie rewolucja rosyjska. Nie nauczywszy się myśleć o Rosji, z tym większą trudnością myślimy o Rosji sowieckiej. Nie zawsze pamiętamy, że niezależnie od tego, jaka trwałość ma przeznaczoną ustrój sowiecki, sowiecka Rosja jest Rosją, a więc trwałym, nadto pierwszorzędnym czynnikiem położenia naszego państwa” (R. Dmowski, „Świat powojenny i Polska” [w:] „Wybór pism  Romana Dmowskiego”, t. IV, Nowy Jork 1988, s. 126-127.

Dmowski nie dawał wskazań, jak politykę polską względem Rosji przyszłe pokolenia mają prowadzić, ale generalna tendencja była jasna – „to najtrudniejsze z zadań naszej polityki” i że Rosja będzie „trwałym, nadto pierwszorzędnym czynnikiem położenia naszego państwa”. Z dzisiejszej perspektywy widać, że te dwie kluczowe uwagi są jak najbardziej aktualne. Tymczasem co robi tzw. polska polityka? Wiemy doskonale – zamiast usilnie dążyć do ułożenia sobie dobrych stosunków z Rosją, do – jak mówił Dmowski – wejścia „na równą drogę z Rosją” – zaplątaliśmy się w beznadziejną grę, której celem ma być eliminacja Rosji jako podmiotu politycznego z obszaru Europy Wschodniej. Ta „polityka” jest wypadkową polskiego kompleksu antyrosyjskiego i zamówienia na taką politykę płynącego z zewnątrz. Klęska takiej polityki jest aż nadto widoczna, a kto tego nie dostrzega, niech się nią nie zajmuje. Stopień rusofobii przypomina czasy, kiedy Polska była pod panowaniem rosyjskim. I wtedy z tym zjawiskiem Dmowski walczył, bo to mu przeszkadzało w realizacji jego planów. Cóż powiedziałyby dzisiaj, kiedy Polska nie jest w żadnym stopniu pod rosyjskim panowaniem – a rusofobia kwitnie? To takie same zjawisko jak „antysemityzm bez Żydów”. Taka mieszkanka resentymentów z ewidentną prowokacją.

Reasumując – nie piszmy bzdur, jakoby „Myśl Polska” z uporem maniaka proponowała „kurs na Rosję” czy „sojusz z Rosja”. Dzisiaj nie jest to ani realne, ani nikomu potrzebne. Polska jest w strukturach zachodnich (NATO i UE) i pewnie długo w nich pozostanie. Rosja nie jest dziś Polsce potrzebna jako przeciwwaga dla Niemiec, bo Niemcy nie stanowią dla nas takiego zagrożenia jak 100 lat temu, a ponadto Niemcy i Rosja prowadzą obecnie politykę maksymalnego zbliżenia. My domagamy się tylko zwinięcia beznadziejnej tzw. polskiej polityki wschodniej (promowanie na siłę Ukrainy jako „strategicznego” partnera, o kaukaskich szaleństwach obozu neoromantycznego nie wspominając), uznania realiów, czyli tego, że Rosja jest najważniejszym partnerem Polski na Wschodzie. Czyli – mówiąc prościej – skorelowania polskiej polityki z polityką Francji i Niemiec, nastawionej na stopniowe wkomponowanie Rosji w coś na kształt „Wielkiej Europy” (od Atlantyku po Pacyfik). I to nie my uprawiamy anachronizm, lecz piewcy polityki prometejskiej powołujący się – zresztą w sposób całkowicie bezzasadny – na Giedroycia czy Mieroszewskiego.   

I na koniec uwaga i przypomnienie – termin „endekokomuna” został wymyślony w latach 60. przez środowisko trockistowskie w Polsce, czyli późniejszy KOR. Często używał go Adam Michnik. Niech to sobie zapamięta p. Tomczak, bo najgorszą rzeczą jest ignorancja.

No responses yet

Mar 08 2010

Mistral, Rosja i kwestia polska

Published by engelgard under Uncategorized

Mistral to duży desantowy okręt szturmowy o wyporności blisko 24 tys. ton. W rejsach transoceanicznych może transportować 40 czołgów, 450 żołnierzy i 16 ciężkich śmigłowców. Ze 199-metrowego pokładu jednocześnie operuje 6 śmigłowców, w tym jeden o masie do 33 t, a hangary pomieszczą 16 dużych maszyn. W przypadku wykorzystania jednostki jako śmigłowcowca, możliwym jest operowanie z niego do 35 lżejszych helikopterów. Wyposażono go w 4 kutry desantowe i 2 poduszkowce. To są dane techniczne francuskiego okrętu wojennego, który Francja zdecydowała się sprzedać Rosji.

Wiadomość o tym, że transakcja jest przygotowywana była znana już jesienią 2009 roku. Jednak dopiero podczas niedawnej wizyty prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w Paryżu ogłoszono o tym oficjalnie. W komentarzach podkreśla się, że jest to pierwsza po 1989 roku transakcja tego typu między krajem NATO a Rosją. W Polsce natychmiast odezwały się głosy krytyczne, zarówno w komentarzach publicystów, jak i oficjalnych enuncjacjach. I tak, podległe prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu Biuro Bezpieczeństwa Narodowego opublikowało analizę, w której czytamy m.in., że kontrakt „należy widzieć w perspektywie neoimperialnej ekspansji rosyjskiej”. Dalej sarkastycznie pisze się o polityce Paryża: „Pomny doświadczeń doby swojego poprzednika J. Chiraca, kiedy to Francja została zdystansowana na scenie europejskiej przez Niemcy poprzez współpracę Berlina z Moskwą, prezydent N. Sarkozy jest motorem ożywienia w relacjach z Rosją. Pozwala to Paryżowi na zachowanie marzeń o powrocie do roli głównego rozgrywającego w Europie, ale z drugiej strony daje Moskwie pole do manipulowania zarówno polityką francuską, jak i niemiecką oraz europejską, choćby przez wprowadzanie do europejskiej agendy kwestii nowego traktatu o bezpieczeństwie zbiorowym”. Dalej padają nawet zarzuty, że Francja daje się wykorzystywać Rosji do prowadzenia polityki zmierzającej do „marginalizacji bądź wręcz likwidacji NATO rękami jego członków”.

Takie są poglądy większej części polskich elit politycznych, choć rządząca Platforma Obywatelska nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak ostre publiczne sformułowanie zarzutów. Można więc powiedzieć, że polska polityka nadal wierna jest idei przewodniej sformułowanej już ładnych parę lat temu – ta idea to podejmowanie działań mających na celu maksymalne ograniczanie wpływów Rosji nie tylko w przestrzeni postsowieckiej (kraje bałtyckie, Ukraina, Gruzja, Azerbejdżan itd.), ale torpedowanie wszelkich projektów (politycznych, gospodarczych i wojskowych) zmierzających do zbliżenia Rosji i Europy. Polska chciałaby, żeby NATO i UE były instytucjami nastawionymi na konfrontację z Rosją. Niestety, wszystko wskazuje na to, że jest to koncepcja całkowicie oderwana od rzeczywistości. Choćby w sprawie okrętu typu Mistral, sekretarz generalny NATO, Duńczyk Anders Fogh Rasmussen, zajął zupełnie odmienne stanowisko niż oficjalne czynniki w Polsce. Stwierdził on, że Rosja „nie jest zagrożeniem ani dla Sojuszu, ani dla jego członków”. Wyraził tylko opinię, że „niepokoje niektórych aliantów są zrozumiałe z racji historycznych i geograficznych”. Tylko tyle.

Motorem napędowym zacieśniania współpracy Europy z Rosją jest nie tylko Francja, ale przede wszystkim Niemcy. Do państw „prorosyjskich” zalicza się także Włochy i Hiszpanię. Są to kluczowe państwa Unii Europejskiej i nawet bardzo głośne protesty Polski czy Estonii nic tu nie dadzą. Po prostu – strategia UE i – jak się wydaje – NATO, jest całkowicie przeciwstawna temu, co proponuje Polska. O ile w czasie rządów administracji Georga Busha juniora antyrosyjska opcja w polskiej polityce miała jako takie oparcie (acz było ono bardzo instrumentalne), to teraz nie ma już żadnego. Waszyngton przestał interesować się wschodnią Europą, oddał inicjatywę Unii Europejskiej (czyli Niemcom i Francji). Zasadnicza zmiana polityczna na Ukrainie i brak jakiejkolwiek reakcji Ameryki – świadczy o tym dobitnie. Polska zaś poniosła tak dużo spektakularnych porażek, by wymienić tylko fiasko prób storpedowania budowy Gazociągu Północnego – że aż dziwnym wydaje się, że prawie w ogóle o tym nad Wisłą się nie mówi. Tak, jakby nic się nie stało.

Tymczasem stało się wiele – polska polityka wschodnia jest traktowana w zachodniej Europie jako całkowicie nieodpowiedzialna, jako relikt polityki Busha i wspierających go amerykańskich neokonserwatystów. To dlatego Niemcy i Francja zrobiły wiele, by na stanowisko sekretarza generalnego NATO nie wybrać czasem Radosława Sikorskiego, postrzeganego w Paryżu i Berlinie jako pionka w rękach Waszyngtonu (mniejsza o to, czy słusznie czy nie). Na rzeczywistość nie można się obrażać, politykę zawsze można skorygować, najgorsze dla Polski byłoby brnięcie w starych koleinach. Chyba powoli wybija godzina podjęcia zasadniczej decyzji, a jest nią skorelowanie polskiej polityki wschodniej z polityką Niemiec i Francji. W przeciwnym wypadku będziemy się jako kraj marginalizować, ze szkodą dla siebie rzecz jasna.

Tekst przeznaczony dla „Głosu Katolickiego” (Paryż)

No responses yet

Mar 04 2010

Koza rabina i bałtycka rura

Published by engelgard under Uncategorized

Sytuacja w jakiej znalazła się Polska w obliczu rychłej już budowy Gazociągu Północnego – przypomina słynny dowcip o kozie rabina. Dla przypomnienia – Icek przyszedł do rabina po radę, bo w domu ma bardzo ciasno. Więc rabin poradził mu kupić kozę, a następnie jeszcze cztery – i umieścić je w mieszkaniu. Po jakimś czasie zalecił mu pozbywać się po jednej kozie dziennie. Kiedy Icek nie miał już w domu żadnej kozy, przyszedł do rabina i kiedy ten spytał, jak sprawy stoją, szczęśliwy Icek zakrzyknął: „No, teraz wiem, że żyję!”.

Minister Radosław Sikorski mniej więcej tak samo zareagował, kiedy strona niemiecka zgodziła się (ponoć, bo na razie nie ma ostatecznego potwierdzenia) na polską propozycję, by Gazociąg Północny nie zablokował portu w Świnoujściu i rura została zakopana pod dnem Bałtyku. Minister był szczęśliwy i uznał to za dowód na dobre stosunki z Niemcami. A więc wielki sukces? Bynajmniej nie – ten sam Sikorski parę lat temu porównał projekt budowy Nord Steram do paktu Ribbentrop-Mołotow. Minęło parę lat i ten sam polityk mówi o szczęściu, że Niemcy mają zakopać część rury pod dnem Bałtyku. Cóż za zmiana perspektywy, cóż za przykład zejścia z obłoków na ziemię!

W sumie jednak mamy do czynienia z gigantyczną porażką Polski jako państwa, z porażką rządzących naszym państwem. Do samego końca wykonywali chocholi taniec pod nazwą „mówimy nie Gazociągowi Północnemu”, nawet wówczas kiedy stało się jasne, że nie ma żadnych, ale to żadnych szans na zatrzymanie jego budowy. Był czas, by zmienić zdanie, by przyłączyć się do projektu, ale „elity” polityczne wzajemnie się w Polsce szachują – nikt nie odważył się powiedzieć prawdy, by nie narazić się na epitet „ruskiego agenta”, tak jak w latach 50. panicznie bano się, by nie zostać „agentem imperializmu”. Po kolei odpadali nasi niby murowani sojusznicy – Finlandia, Estonia, Łotwa, Dania i wreszcie Szwecja. Na placu zostaliśmy tylko my, wystawieni na pośmiewisko całej Europy. Cóż więc zostało? – cieszyć się z niesprawdzonej informacji, że Niemcy jednak nie zablokują Świnoujścia. Doprawdy wielki sukces!

No responses yet