Archive for June, 2010

Jun 22 2010

Paryż wart jest Mszy

Published by engelgard under Uncategorized

„Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi. Może i po trosze jesteśmy? To nic złego. W Smoleńsku zginęła część ludzi lewicy, tego starszego pokolenia, która leciała tam oddać hołd. Jest coś takiego, jak „czynna skrucha” i powinniśmy to uszanować. Od dziś już nie będę mówił o „postkomunizmie”, ale właśnie o „lewicy”. W socjalizmie nie było złe to, że budowano. Złe było to, że nie było wolności oraz to, że był to system źle zarządzany” – to są słowa Jarosława Kaczyńskiego z wiecu w Szczecinie.

Sztuczka wyborcza, oszustwo, szarlataneria – grzmią media sprzyjające Bronisławowi Komorowskiemu. Trwa wielki targ o elektorat lewicy, o elektorat patrzący z sentymentem na czasy PRL, o elektorat widzący w Edwardzie Gierku najlepszego gospodarza XX wieku, wreszcie o elektorat rozgrzeszającego Wojciecha Jaruzelskiego za stan wojenny. To, że o ten elektorat zabiega właśnie Jarosław Kaczyński może wydać się wielu czymś niebywałym i nie do przyjęcia, ale to nie jest żadna niespodzianka. Dlaczego? Po pierwsze, to powtórka socjotechnicznego zabiegu Lecha Kaczyńskiego z roku 2005. Wtedy też odwołał się on do tych samych sentymentów elektoratu, chwalił osiągnięcia PRL i otrzymał wsparcie Adama Gierka, syna I sekretarza. Gra się opłaciła – Kaczyński wygrał dzięki PRL-owskiemu elektoratowi. Dzisiaj brat Lecha powtarza ten sam manewr. Po drugie, sztab Kaczyńskiego doskonale wie, jakich ma zwolenników. W dużej skali jest to były elektorat SLD. Wystarczy spojrzeć na Województwo Świętokrzyskie, w latach 90. bastion lewicy i Kwaśniewskiego, do tego stopnia, że swoje kampanie zaczynał on w Kielcach. Jak jest dzisiaj? Świętokrzyskie to twierdza Kaczyńskiego i PiS-u, dostaje tam  nawet 50 % głosów. Głosują ci sami, którzy 10 lat temu głosowali na SLD. Oni nie widzą w PiS-ie „prawicy”, oni widzą w PiS partię socjalną, obrończynię biednych i pogromcę złodziei.  

Media liberalne robią wszystko, żeby przekonać tych ludzi, że naturalnym sojusznikiem ludzi lewicy to PO. Tak, to prawda, ale tylko w odniesieniu do tzw. elit tejże lewicy, do takich ludzi jak Kwaśniewski, Kalisz, Siwiec czy Olejniczak. Ale dla ludu miasteczek i wsi już nie – dla niego to Kaczyński jest Robin Hoodem, Janosikiem, czy Edwardem Gierkiem. Ten lud, dawny elektorat SLD, nie lubi dziwactw, nie lubi głupich, nawiedzonych feministek, nie lubi „mniejszości seksualnych” i innych „zdobyczy” współczesnej lewicy. Ten elektorat jest konserwatywny i zachowawczy. SLD zdradził ten elektorat i zepchnął go w ramiona PiS. Teraz pewna jego część poszła za Napieralskim i sztab Kaczyńskiego chce go przekonać, że w II turze nie powinien głosować na kandydata PO, „liberała”, otoczonego salonowcami warszawskimi, a więc sprawcami ich niedoli. Jest pewne, że wielu z nich da się namówić i poprze Kaczyńskiego. A on sam zachowuje się niczym Henryk IV, protestant i heretyk, który zbliżając się do stolicy Francji i mając w perspektywie koronę katolickiego królestwa, wypowiedział słynne słowa: „Paryż wart jest Mszy”.

No responses yet

Jun 12 2010

Czy to jeszcze Muzeum Narodowe?

Published by engelgard under Uncategorized

Muzeum Narodowe w Warszawie to jedna z najbardziej zasłużonych placówek kulturalnych w Polsce – ma ogromne i bezcenne zbiory, zatrudnia prawie 1000 osób, jest – jakby się wydawało – wizytówką polskiego muzealnictwa. A jednak tak wcale może nie być. Po odwołaniu z funkcji dyrektora Ferdynanda Ruszczyca, Muzeum ma nowego – prof. Piotra Piotrowskiego. Wyłanianie nowego szefa Muzeum trwało bardzo długo – tajemnicą Poliszynela jest to, że przyczyna była jedna – pan profesor kończył jakieś ważne zajęcia za granicą i dlatego konkursu do tego czasu nikt nie miał prawa wygrać. Kiedy Piotrowski już mógł – natychmiast okazał się najlepszym kandydatem.

Od tego momentu z tej szacownej placówki zaczęły napływać bardzo niepokojące wieści.  Pan profesor, mający poparcie tzw. salonu warszawskiego, w tym „Gazety Wyborczej”, nie ma wielkiego pojęcia o pracy muzeów, nie zna polskiego prawa i w ogóle nie zwraca wielkiej uwagi na procedury. A w muzealnictwie to żelazna zasada – kto je lekceważy, szybko przepada przy pierwszej kontroli. W Muzeum wisi od lat jeden z najsłynniejszych polskich obrazów – „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki. Dla ludzi „nowoczesnych” to kicz i obciach. Nic więc dziwnego, że kiedy pewne muzeum z Berlina zwróciło się do pana dyrektora z prośbą o wypożyczenie obrazu na wystawę o „kulturalnych śmieciach” – nie wahał się ani chwili i wyraził zgodę. Sęk w tym, że taka decyzja musi mieć umocowanie w opinii konserwatora, a ten nie wyraził zgody. Dyrektor musiał się wycofać, a grupa najlepszych w Polsce konserwatorów postanowiła wypowiedzieć pracę nie widząc możliwości współpracy z kimś tak niekompetentnym. Na pracowników padł zresztą blady strach – wszyscy czują, że statek pod nazwą „Muzeum Narodowe” ma nieopowiedzianego kapitana.

Pan dyrektor dokonał zresztą swoistej zemsty na obrazie Matejki. W Muzeum Narodowym odbyła się konferencja na temat obrazu „Bitwa pod Grunwaldem”, podczas której jedna z referentek z całą powagą mówiła o tym, że obraz jest przejawem „męskiego nacjonalizmu”, bowiem nie na nim namalowanej ani jednej kobiety! Jednak tęsknota za feminizmem była u artysty tak przemożna, że kobiecość ujął w rozwianych grzywach koni, w nieprzyzwoitych fałdach krzyżackich płaszczy i w… niemęskiej sylwetce księcia Witolda! Tak oto kpina ze sztuki i ze zdrowego rozsądku jest firmowana przez Muzeum Narodowe.  

To jednak – jak mówią młodzi – „mały Pikuś”. Piotr Piotrowski jest bowiem aktywistą ruchu gejowskiego i postanowił zmienić wizerunek zbyt – jego zdaniem – konserwatywnej placówki. „Nowe otwarcie” w jego wydaniu to wielka wystawa pt. „Ars Homo Erotica”. Miała być ona połączona z wielką paradą gejów i lesbijek w Warszawie w dniu 6 czerwca, w dniu beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki. Nic z tego jednak nie wyszło, ale wystawa została otwarta. Jak tłumaczy jej ideę wicedyrektor Muzeum Katarzyna Murawska-Muthesius:  „Chcielibyśmy zmienić postrzeganie Polaków za granicą – dzięki pokazaniu tej wystawy w Muzeum Narodowym mówimy innym krajom, że Polska nie jest homofoniczna”. A kurator wystawy dr Paweł Leszkowicz z pasją opowiada o ekspozycji: „Dokonałem śledztwa kuratorskiego i analizowałem tradycje homoerotyczną w historii sztuki. Pokażemy przedstawienia ze starożytności, renesansu, XIX w. czy współczesności. Jest cała sekcja poświęcona św. Sebastianowi, który od renesansu pokazywany jest jako chrześcijański Adonis, przebity strzałami, w ekstazie”.

Ciekawa jest reakcja ministerstwa kultury na protesty przeciwko wystawie.  Poseł PiS Stanisław Pięta złożył interpelację w Sejmie, w której zarzucił prof. Piotrowi Piotrowskiemu, że „ze świątyni sztuki chce uczynić wychodek”. A oto co odpowiedział pan minister Bogdan Zdrojewski: „Przygotowywana wystawa wpisuje się w projekt muzeum jako instytucji krytycznej podejmującej istotne dla życia publicznego tematy, stymulującej procesy rozwoju społecznego oraz kształtowania demokracji”. W tym zdaniu, które trudno określić inaczej jak bełkot jasne jest jedno – minister kultury nie widzi w tym przedsięwzięciu niczego zdrożnego.

Sprawa ta ma szerszy wymiar – od pewnego czasu ministerstwo kultury z uporem wyraźnie foruje tzw. sztukę współczesną, czyli de facto antysztukę robioną przez artystycznych hochsztaplerów (tak to ocenił jeden z autentycznych twórców sztuki współczesnej). To zdumiewające, ale ofiarą tego szaleństwa padły już: Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, Zachęta, a teraz Muzeum Narodowe. Ale to nie wszystko – w centrum Warszawy ma powstać ogromnym kosztem Muzeum Sztuki Współczesnej. Do tych przybytków pseudosztuki i pseudokultury strach chodzić, a mimo to ministerstwo pakuje w nie miliony. Zdumiewa tylko jedno – zmowa milczenia wokół tego skandalu, tak jakby wszyscy byli sparaliżowani i bali się zarzutu, że są zacofańcami, ksenofobami, homofobami. I dlatego „Gazeta Wyborcza” triumfalnie obwieszcza – gdyby to, co dzieje się teraz w Muzeum Narodowym stało się kilka lat temu, to dyrektor by „poleciał”. A teraz? Teraz dostaje poparcie od ministra. Zaiste wielki to „postęp”.

 

PS. Wystawę otwarto, ale w podłej atmosferze, bowiem – jak się okazuje – przeciwko panu dyrektorowi wystąpił zgodnie cały zespół pracowniczy, także ci, którzy go do niedawna popierali. I to w tym wszystkim jest optymistyczne, ale aż strach pomyśleć, co by było gdyby pan dyrektor był na swoim stanowisku zręczny i układny? A tak, to – jak wieści nawet „Gazeta Wyborcza” – daleko nie zajedzie. Nie sposób bowiem kierować placówką taką jak Muzeum Narodowe mając przeciwko sobie wszystkich.

 

Tekst przeznaczony dla „Głosu Katolickiego” w Paryżu

No responses yet

Jun 01 2010

Mit czarnej skrzynki runął

Published by engelgard under Uncategorized

Polityczna decyzja premiera Donalda Tuska o natychmiastowej publikacji całego zapisu tzw. czarnej skrzynki Tu-154, który rozbił się 10 kwietnia po Smoleńskiem była – mimo wszystko – zaskoczeniem. Przede wszystkim zaskoczeniem dla sztabu Jarosława Kaczyńskiego. W ciągu 24 godzin od przekazania zapisów czarnej skrzynki przez Rosjan min. Jerzemu Millerowi opinia publiczna w Polsce zapoznała się z jej treścią (w części do tej pory odczytanej). Jeszcze wczoraj po południu media donosiły, że Rosjanie – owszem – przekazali zapis ze skrzynek stronie polskiej, ale zastrzegli (w podpisanym memorandum), że nie godzą się na ich publikację. Jak się okazało był to zapis czysto formalny, zgodny z tzw. konwencją chicagowską, która zabrania publikacji jakichkolwiek materiałów z dochodzenia. Niektóre media w Polsce triumfalnie pytały w porannych czołówkach gazet: „Co chcą ukryć Rosjanie?”. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Dlaczego sztab J. Kaczyńskiego i on sam nie wykazał wobec tego faktu entuzjazmu? Z dwóch powodów. Po pierwsze, postulat natychmiastowego ujawnienia zapisów z czarnej skrzynki i przekazania jej stronie polskiej – był jednym z fundamentów kampanii wyborczej. O ile sam prezes PiS tego nie tak ostro nie podnosił, to media stanowiące zaplecze jego kampanii uczyniły z tego główne narzędzie ataku na obóz Tuska i Komorowskiego. W sztabie Kaczyńskiego zakładano, że do 20 czerwca nic się w tej kwestii nie zmieni. Szybkość decyzji Tuska i ujawnienie całości zapisu – były więc zaskoczeniem. Jest i druga przyczyna – zapis przedstawiony opinii publicznej nie jest korzystny dla sączonych w mediach popierających Kaczyńskiego teorii spiskowych. Więcej – dla wielu jest on raczej dowodem na to, że główną przyczyną katastrofy był strach załogi Tu-154 przed konsekwencjami nie wylądowania na lotnisku w Smoleńsku, a konkretnie strach przed reakcją Lecha Kaczyńskiego. W ujawnionych zapisach jest to aż nadto widoczne. I mniejsza o to, że na tej podstawie nie można jeszcze jednoznacznie określić przyczyn katastrofy. Warto tylko dodać, że strona przeciwna na podstawie o wiele bardziej skromnych dowodów (czy przesłanek) wysuwała kategoryczne wnioski typu: „To był zamach” („Gazeta Polska”).
Nie podlega kwestii, że decyzja o takim trybie ujawnienia zapisów była  decyzją polityczną. Podjął ją Donald Tusk poirytowany falą spekulacji w dużej mierze wymierzonych w niego osobiście. Podjął ją chcąc wytrącić sztabowi Kaczyńskiego oręż z ręki. Ale w takim scenariuszu zainteresowana była też Moskwa, także coraz bardziej zdenerwowana regularnie pojawiającymi się zarzutami pod jej adresem (np. w telewizji publicznej). Dlatego zdecydowali się nawet na złamanie uregulowań konwencji chicagowskiej.
Co to wszystko oznacza i czym to będzie skutkować? Na pewno jest to kluczowy moment kampanii wyborczej, która do tej pory toczyła się ślamazarnie. Dzisiaj to się skończyło. Odmowa wzięcia udziału w posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez J. Kaczyńskiego, demonstracyjne wysłanie na to posiedzenie pełnomocnika (nota bene wyjątkowo źle dobranego) oraz publiczne oświadczenie szefa PiS, ze nie należy wierzyć państwu rosyjskiemu – kończą czas sielankowej kampanii. Tyle tylko, że wydarzenia te niewiele zmienią w układzie sił – zwolennicy J. Kaczyńskiego będą nadal święcie przekonani, że ujawnienie zapisów to dalszy ciąg rosyjsko-tuskowego spisku. Jednak celem Tuska wcale nie było ich przekonanie, że tak nie jest. Celem było zatrzymanie dopływu do obozu Kaczyńskiego nowych zwolenników, ograniczenie go do tych rozmiarów jaki ma teraz. Reakcja obozu Kaczyńskiego świadczy o tym, że plan Tuska ma szansę na realizację. W zastawione wnyki prezes PiS wchodzi – jak się okazuje – dosyć łatwo.

One response so far