Archive for July, 2010

Jul 24 2010

Bielecki i Tusk wykończą PiS gospodarką?

Published by engelgard under Uncategorized

Szef Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku – Jan Krzysztof Bielecki – uchodzi za skrajnego liberała, wciąż kojarzonego z aferami lat 90., czy wyprzedażą majątku narodowego. Dlatego wszyscy czytający jego ostatnie wywiady i wypowiedzi przecierają oczy ze zdumienia – J. K. Bielecki zmienia bowiem optykę patrzenia na polską gospodarkę o 180 stopni i bulwersuje ortodoksów – Leszka Balcerowicza i Jana Winieckiego.
W głośnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Bielecki sprzeciwił się pomysłom sprzedaży czołowych polskich przedsiębiorstw (PKN Orlen, PZU, PKO BP), mówiąc: „Są to spółki o kluczowym znaczeniu, gdzie najważniejszą rzeczą jest profesjonalne zarządzanie i nadzór. Jeśli można te elementy zagwarantować, to nie ma powodu, by państwo pozbywało się swoich udziałów tylko dlatego, że przyjęliśmy zasadę, by sprzedawać wszystko, co się da. Ważne, by – tak jak w Norwegii – w odpowiednim departamencie w ministerstwie skarbu pracowali ludzie z doświadczeniem z rynku i z banków inwestycyjnych, którzy kompetentnie zajmują się nadzorem właścicielskim”. Któż by pomyślał?!
Ale to nie wszystko, Bielecki uważa, że w Polsce sprzedano zagranicznym podmiotom za dużo udziałów w bankach (przypomnijmy, dokonał tego rząd AWS-UW z Jerzym Buzkiem na czele). Bielecki tak to ocenia: „Pierwsze zasady prywatyzacji banków przyjął w 1991 r. mój rząd. Jedną z wytycznych była etapowa prywatyzacja do 30 proc. sektora. A potem nastąpiła większa prywatyzacja wymuszona przez deficyt budżetowy. Ale kontynuowanie tego procesu nie jest rozsądne. Rządy (…) stanęły przed alternatywą: czy pompować w banki pieniądze podatników, czy może nakazać tym bankom drenowanie gotówki z oddziałów winnych krajach? Zaczęły naciskać na Komisję Europejską, aby im to ułatwiła”. A więc zagraniczne centrale bakowe drenują nasz rynek, a my nie mamy z tego żadnych korzyści. Tak mówili przeciwnicy totalnej wyprzedaży banków polskich, ale nikt ich nie słuchał. Dzisiaj te argumenty powtarza Jan Krzysztof Bielecki.
Okazuje się, że to nie tylko słowa. Irlandzka grupa kapitałowa AIB ma kłopoty i chce sprzedać swoje udziały w trzecim co wielkości polskim banku BZ WBK. I oto polski rząd przystępuje do misternej gry o odzyskanie kontroli nad tym bankiem, polegającej na przejęciu go przez PKO BP. Po takiej fuzji powstałby bankowy polski gigant (8 mln kont osobistych). Od razu do boju ruszyli doktrynerzy. Leszek Balcerowicz uznał, że proponowane przez Bieleckiego rozwiązanie, to „byłby przykład nacjonalizacji”. Działania w tym kierunki określił mianem „ślepoty” i „arogancji”. Z kolei Jan Winiecki uznał wypowiedzi Bieleckiego za „głęboko niepokojące” i „produkt myślenia idącego pod prąd teorii ekonomii”.
No i mamy wojnę w obozie liberalnym, przy czym Balcerowicz i Winiecki tkwią na pozycjach dogmatyczno-teoretycznych a Bielecki kieruje się także pragmatyzmem i obserwacjami, jakie poczynił pracując na Zachodzie. Wie dobrze, że nawet z pozoru bardzo liberalne państwa dbają przede wszystkim o własny interes, i my musimy robić to samo. Widać z tego, jak wielką ewolucję przeszli ludzie dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD), nie tylko w tej kwestii.
Sprawia to, że PiS będzie miał (i chyba już ma) coraz większe problemy z konfrontacją z PO na tym polu. Być może to jest jedna z przyczyn ucieczki w konfrontację mistyczno-smoleńską, bo tu PiS jest znacznie lepszy. Pozostaje tylko pytanie – co z tego będzie miała Polska? Tusk przyjął taktykę aktywnego przeczekania ataku PiS – będzie otwierał nowe stadiony i odcinki autostrad, być może odzyska BZ WBK, a konkurencja będzie snuć rozważania o „zbrodni”, „ruskiej trumnie” i „carze Wszechrusi”. Ten plan wciągania PiS-u na mieliznę jest aż nadto widoczny – dziwne tylko, że nie dostrzega tego jego kierownictwo.

No responses yet

Jul 23 2010

Międzynarodowa farsa w sprawie Kosowa

Published by engelgard under Uncategorized

Orzeczenie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (MTS) w Hadze (agenda ONZ) uznające deklarację niepodległości Kosowa za zgodną z prawem międzynarodowym nie było żadną niespodzianką. Spośród 15 sędziów kilku było przeciwko (zapewne przedstawiciel Rosji i Chin), ale reszta za. Tak oto przybito pieczęć sankcjonującą odebranie suwerennemu państwu (Serbii) prowincji będącej jego historyczną kolebką. Ta decyzja to także usankcjonowanie bezprawia i brutalnej wojny wypowiedzianej w 1999 roku przez cały Zachód (NATO) małemu bałkańskiemu państwu broniącemu swojej integralności terytorialnej. Tak samo bezprawne było działanie Międzynarodowego Trybunału ds. zbrodni w b. Jugosławii, który miał za zadanie wykazać, że zbrodniarzami byli Serbowie i Slobodan Miloszević. Chodziło przecież o to, by usprawiedliwić agresję NATO na Jugosławię. Gdyby bowiem stało się inaczej, to pociągnięci do odpowiedzialności powinni zostać Bill Clinton i Madeleine Albright oraz wojskowi NATO – główni architekci tej wojny. Kosowo musiało zostać niepodległe, bo Amerykanie zainstalowali tam potężną bazę wojskową Bonsteel Camp, a Niemcy uwieńczyli tym swoje starania o rozbicie Jugosławii i wzmocnienie swoich sojuszników – Słowenii i Chorwacji.

Decyzja MTS jest wszakże sprzeczna z rezolucją nr 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ z 1999 roku, która jasno potwierdza integralność terytorialną Jugosławii (obecnie Serbii), a Kosowo sytuuje jako prowincję pod kuratelą międzynarodową. To miało „osłodzić” Belgradowi złożenie broni. Z czasem jednak fakty dokonane (wygnanie prawie wszystkich Serbów) oraz jednostronne ogłoszenie przez Kosowo niepodległości (2008) – uczyniły z rezolucji nr 1244 świstek papieru. Formalnie jednak, zgodnie z literą tego zapisu, Kosowo było nadal częścią Serbii. Belgrad odwołał się do MTS, licząc chyba na sprawiedliwy werdykt (wszak MTS to agenda ONZ!) i się przeliczył. Wyrok nie jest oczywiście sprawiedliwy i jeszcze raz potwierdziła się zasada, że kto daje pieniądze, ten wymaga. Tak samo było z Międzynarodowym Trybunałem ds. Zbrodni w b. Jugosławii – instytucja ta była finansowana przez USA i wykonywała grzecznie zlecone jej zadania.

Serbia nie ma już się gdzie odwoływać. Może liczyć tylko na jakiś zwrot w historii (nie wiadomo kiedy) i hamowanie procesu uznawania Kosowa przez inne państwa. Póki co uznaje je 69 państw, w tym – niestety – Polska. Tu dodać jednak trzeba, że w przeciwieństwie do innych krajów (np. Czech) nie mamy w Prisztinie przedstawicielstwa dyplomatycznego. Stało się tak pewnie dlatego, że w polskim MSZ nie było entuzjazmu w tej sprawie, a zmarły prezydent Lech Kaczyński bał się precedensu grożącego integralności Gruzji zagrożonej separatyzmem abchaskim. I nie mylił się, Rosja skrzętnie z tego skorzystała upokarzając sojusznika USA. Dla pełności obrazu i stanu zakłamania, jaki ma tu miejsce warto przytoczyć wypowiedź sekretarza generalnego ONZ Ban Ki-Moon z 1 kwietnia 2008: „Misja ONZ w Kosowie dalej działa na podstawie Rezolucji nr 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która pozostaje w mocy dopóki Rada nie zadecyduje inaczej”. Rada Bezpieczeństwa zdania nie zmieniła, a MTS orzekł, że Kosowo może być w pełni niepodległe. To się dopiero nazywa przewrotność.

 

No responses yet

Jul 15 2010

Grunwaldzka tradycja i jej prześmiewcy

Published by engelgard under Uncategorized

Jest to chyba najbardziej żywotna polska tradycja historyczna, pomimo tak odległej daty tej średniowiecznej bitwy. W różnych okresach naszej historii po 1795 roku Grunwald pojawiał się jako inspiracja dla poetów i pisarzy, polityków i moralistów. Grunwald wprowadził do świadomości powszechnej Henryk Sienkiewicz powieścią „Krzyżacy”. Potem były wielkie uroczystości w Krakowie w 1910 i odsłonięcie pomnika Władysława Jagiełły ufundowanego przez Ignacego Jana Paderewskiego. Wtedy też tradycja grunwaldzka nabrała znaczenia nie tylko czysto polskiego, ale i międzynarodowego. Echa krakowskich obchodów odbiły się szerokim echem w Pradze, Belgradzie i Moskwie. Stała się, w obliczu narastającej atmosfery wojny powszechnej, i narastających nastrojów antyniemieckich – tradycją podchwyconą przez narody słowiańskie. Tradycję tę umiejętnie wykorzystywał obóz Narodowej Demokracji z Romanem Dmowskim na czele, obca była zaś od samego początku obozowi Józefa Piłsudskiego (po dziś dzień zresztą).

Nie przypadkiem w słynnej odezwie Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza do Polaków z sierpnia 1914 roku pojawił się fragment o mieczu grunwaldzkim, który jeszcze nie zardzewiał. Co prawda tekst manifest pisał hr. Zygmunt Wielopolski, mający wpływy na dworze cara Mikołaja II, ale jest pewne, że spora część Rosjan wiedziała już wtedy o co chodzi. Historycy rosyjscy zaczęli pisać o Grunwaldzie wyolbrzymiając rolę wojsk ruskich (m.in. słynne pułki smoleńskie), ale bardziej znacząca była polityczna rola tradycji grunwaldzkiej – Słowiańszczyzna przeciwko Niemcom. Nic więc dziwnego, że Hindenburg po pokonaniu w Prusach Wschodnich dwóch armii rosyjskich uznał to za rewanż za Grunwald (tzw. bitwa pod Tannenbergiem). Wielkie mauzoleum Hindenburga zbudowane na polu bitwy w czasach hitlerowskich miało symboliczne oznaczać triumf Germanów nad Słowianami.

Ale przyszedł rok 1945 i karta się odwróciła. Sięgnięto ponownie do tradycji grunwaldzkiej. Tym razem dokonali tego komuniści z PPR i władze nowego państwa, zwanego potem PRL. Krzyż Grunwaldu nadano partyzantom Gwardii i Armii Ludowej a potem Wojska Polskiego na Wschodzie (zlikwidowany na fali tzw. „dekomunizacji” w 1992 r.). Słynny plakat z 1945 roku pokazywał podziurawione hełmy rycerza zakonnego i hitlerowskiego i stojące na nich niczym sępy wrony. Przez cały okres PRL Grunwald był istotnym elementem ideologii. Dzisiaj jest to wyśmiewane przez róże środowiska, nieraz z pozoru sobie obce – bo na czele „wyśmiewaczy” kroczy „Gazeta Wyborcza” a za nimi ochoczo dreptają młodzi geniusze historyczni zbliżeni do PiS-u. To zwykły nihilizm, przy czym w przypadku „GW” to nienawiść kultywowana przez to środowisko od lat 60., kiedy w jego ocenie Polska stała się państwem „endeckim”, a w przypadku młodych nawiedzonych antykomunistów to przejaw głupoty i intelektualnego prostactwa.

Sam fakt sięgnięcia przez niby komunistyczne państwo do tradycji bynajmniej nie komunistycznej powinien być raczej okazją do pochwał. Po drugie, w ogóle nie bierze się pod uwagę kontekstu czasu – a był to czas, kiedy RFN zwyczajnie nie uznawała naszej granicy na Odrze i Nysie, był to czas, kiedy Chruszczow puszczał oko do Niemców, dając im do zrozumienia, że może zgodzić się na zjednoczenie, jak podejrzewał Władysław Gomułka – kosztem Polski. Był to czas, kiedy układy poczdamskie na Zachodzie interpretowano wcale nie po naszej myśli. W takiej sytuacji tradycja grunwaldzka była elementem gry politycznej i propagandowej ówczesnej Polski, dodajmy – w tej konkretnej sprawie popieranej przez gros emigracji politycznej. Dlatego też te „śmichy i chichy”, jakie słyszymy z wielu stron na ten temat kompromitują tych, którzy to czynią. „Gazeta Wybiorcza” robi tylko jeden wyjątek, jakże charakterystyczny – wyjątek dla Aleksandra Forda, reżysera filmu „Krzyżacy” (1960). Film się broni po dziś dzień – obwieszcza „GW”. Dlaczego? Bo Ford naprawdę nazywał się Mosze Liwszyc, a więc nie mógł nakręcić „endeckiego” gniota. Rozgrzesza się mimo jednoznacznie propagandowego wydźwięku filmu – Ford (Liwszyc) zaostrzył antyniemiecką wymowę filmu w stosunku do sienkiewiczowskiego pierwowzoru.

Dzisiaj z kolei pojawiają się „wielcy uczeni” przekonujący nas jaki to ten Zakon był cywilizowany i właściwie nie wiadomo, po co z nim wojowaliśmy. Owszem, Zakon był wspaniale zorganizowanym państwem, jego zamki budzą po dziś dzień podziw, ale co z tego? Państwo to powstało kosztem polskich ziem, odcięło nas od Bałtyku, stanęło na drodze do wielkości państwa polskiego. I dlatego ta wojna była nieuchronna. Zakon musiał był pokonany, bo takie były reguły ówczesnej geopolityki. Biadolenie o tym, że mamy na ten temat szowinistyczne, archaiczne poglądy i posługujemy się stereotypami – są czystym prezentyzmem i salonowym ględzeniem.

Owszem, obecnie tradycja grunwaldzka pełni inną role niż kiedyś. Niemcy nie są już Zakonem Krzyżackim, nie musimy mobilizować się do obrony granicy zachodniej, ale pewne wątki są warte kultywowania. Grunwald to był wielki triumf państw słowiańskich, bo tak naprawdę Litwa była wówczas państwem słowiańskim – elity litewskie nie rozmawiały ze sobą po litewsku (Jagiełło prawdopodobnie nie znał litewskiego), tylko po rusku, językiem pisanym był wyłącznie ruski, w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego 90 proc. ludności stanowili Słowianie. Pod Grunwaldem tak naprawdę walczyła armia litewsko-ruska a nie litewska. Jak obliczył prof. Stefan M. Kuczyński („Wielka wojna z Zakonem Krzyżackim 1409-1411) połowa armii litewskiej to było rycerstwo ruskie. Dlatego rocznice tej bitwy powinny być obchodzone także w obecności przedstawienie Rosji, Ukrainy i Białorusi. Powinna być jednym z elementów wschodnioeuropejskiej tożsamości historycznej, tym bardziej, że nie musi obecnie być wymierzona przeciwko komukolwiek.

One response so far

Jul 05 2010

To były wybory, a nie mistyczny bój o być albo nie być Polski

Published by engelgard under Uncategorized

Minioną kampanię obserwowałem z mieszanymi uczuciami. Unosiły się bowiem nad nią opary absurdu, mistycyzmu a la XIX wiek, emocji kompletnie nie przystających do czasów i realiów, w których żyjemy. Dochodzę do wniosku, że wybory prezydenckie są generalnie rzecz biorąc szkodliwe, bo wzniecają gigantyczne emocje zupełnie niepotrzebnie. Personalny charakter tych wyborów sprawia, że ludzie bardzo łatwo elektryzują się, są przekonani, że od ich wyników zależy los Polski i świata, ba, w ogromnej większości sądzą, że prezydent w Polsce naprawdę rządzi. Dlatego zawsze frekwencja w tych wyborach jest znacznie większa niż przy innych. Ta para idzie jednak w gwizdek, bo prezydent w Polsce nie może wiele i powinien być wybierany przez parlament. Wybory powszechne byłyby uzasadnione, gdyby prezydent miał chociażby taką władzę jak przed 1997 rokiem. Ale potem, kiedy „konstytucja Kwaśniewskiego” zredukowała urząd prezydenta do minimum – to bezsens. Lud jednak tego nie zauważył, stąd każde wybory to wojna na śmierć i życie.

Kiedy wsłuchiwałem się w głos ludu, to na przemian ogarniało mnie przerażenie i zdumienie. Gdziekolwiek się pojechało na prowincję, tam od razu podnieceni znajomi czy nawet członkowie rodziny chwytali za rękę i z pełnym przekonaniem mówili: „Tusk i Komorowski przy pomocy Putina zabili prezydenta, to był zamach”. Najpierw myślałem, że to odruch chwilowy, tuż po katastrofie. Ale gdzie tam, przekonanie o tym było trwałe i powszechne. Próby dyskusji czy zaprzeczenia narażały na agresję lub co najmniej niechęć i podejrzenie o przejście na drugą stronę, na stronę śmiertelnego wroga. Sztab Kaczyńskiego tego oficjalnie nigdy nie podnosił, ale ta atmosfera była – śmiem twierdzić – główną osią kampanii. Za tym pierwotnym odkryciem (zamach) szły następne katastroficzne teorie. Porażka Kaczyńskiego to koniec Polski, nowy rozbiór, to oddanie kraju na żer złodziei, szarlatanów, zdrajców, agentów Moskwy i Berlina itp. Atmosfera mistyczna niczym w „Dziadach” Mickiewicza, tyle że bez poetyckiej finezji. To raczej karykatura tamtego mistycyzmu i mesjanizmu.

Wbrew temu co się twierdzi, wynik wyborów nie jest żadną katastrofą Polski, bo tak naprawdę obaj kandydaci niewiele się programowo różnili, wywodzą się też z tego samego obozu solidarnościowego, do nauki Kościoła mają faktycznie identyczny stosunek, itp. Skąd to powszechne przekonanie, że Kaczyński to niemal Okopy Świętej Trójcy, a Komorowski to jeździec Apokalipsy – doprawdy trudno stwierdzić. To raczej mistyczna wiara ludu wpychająca Kaczyńskiego na pozycje, na których nigdy nie był i nie będzie. Ba, w pewnym momencie kampanii feministki i lewactwo przypuściło atak na Komorowskiego za to, że propaguje paternalistyczny model rodziny, że poluje, że jest staroświeckim, zacofanym  panem z wąsikiem, itp. Ale masy tego w ogóle nie zauważyły. Nie piszę o tym, bo jestem zwolennikiem Komorowskiego, ale po to, by uzmysłowić sobie absurdalność tego podziału, w który uwierzyły miliony ludzi.  

Niektórzy wieszczą, że teraz czeka nas niemal katastrofa. A ja uważam, że nic się nie stanie ponad to, co już jest i było. W jednym natomiast na pewno będzie lepiej – w polityce zagranicznej. Publicyści zbliżeni do PiS piszą o wielkich osiągnięciach Lecha Kaczyńskiego na arenie międzynarodowej. Z całym szacunkiem – jakich? Bo ja widziałem jedynie pasmo sromotnych klęsk, które naraziły Polskę na śmieszność i wymierne straty. I drugie pytanie – na czym niby konkretnie ma polegać totalna uległość Komorowskiego i Tuska wobec Berlina, Brukseli i Moskwy, i na czym niby miałaby polegać ta twarda polityka Jarosława Kaczyńskiego? Jeśli na tym, co już widzieliśmy w okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego, to ja za taką obronę polskich interesów dziękuję. Owszem, w sprawach polityki wewnętrznej Kaczyński miał lepszy program dla Polski, ale na pewno nie w sprawach zagranicznych, jak bowiem traktować jego jasne deklaracje o kontynuacji dorobku Lecha Kaczyńskiego, o wierności „testamentowi Giedroycia”?

Politykę trzeba postrzegać realnie a nie mistycznie. Kaczyński i tak odniósł duży sukces, wydaje się, że osiągnął wszystko, czego chciał. Jest wielce prawdopodobne, że wcale nie chciał wygrać tych wyborów, chciał tylko wzmocnić politycznie siebie i swoją partię, i to się znakomicie udało. Kaczyński wie bowiem, że zamknięcie się w Pałacu Prezydenckim, to byłby jego koniec. A tak, to ma wielkie pole manewru w nadchodzących wyborach samorządowych i parlamentarnych. I w tych bataliach jego partia może być bardziej pomocna Polsce – bo samorządowcy PiS nie są wcale gorsi niż ci z PO. Obawiam się jednak, że na nadchodzące wybory będzie już trudniej zmobilizować tak liczny elektorat, bo ten elektorat chce zbawiać Polskę i świat, chce walczyć z Rosją, Niemcami, Unią Europejską, masonerią, Żydami, Ameryką. I ten elektorat, wielki atut Kaczyńskiego i PiS – jest też ich największym problemem.

No responses yet

Jul 02 2010

Niech żyje Edward Gierek!

Published by engelgard under Uncategorized

Jarosław Kaczyński powiedział w Sosnowcu, mieście lewicy i ośrodku kultu Edwarda Gierka, że były I sekretarz KC PZPR był „komunistycznym, ale jednak patriotą”. Zaznaczył, że choć jako działacz opozycji demokratycznej był czynnym przeciwnikiem Edwarda Gierka, cenił w nim m.in. to, że „opozycję jakoś tam tolerował, a nie zamykał do więzienia”, co – jak mówił – było w komunizmie bardzo rzadkie; przede wszystkim jednak cenił to, że Gierek „chciał siły Polski”. – Śmiano się często z tego 10. miejsca na świecie. A ja się z tego nie śmiałem. Ja wiedziałem, że to nieprawda, ale uważałem, że to zdrowa ambicja – mówił Kaczyński.

No i zaczęło się, spod ziemi pojawiali się natychmiast wielcy dysydenci i prześladowani stronnicy Bronisława Komorowskiego – Stefan Niesiołowski, Andrzej Czuma, Jan Lityński i Leszek Moczulski. Ten ostatni nazwał Kaczyńskiego „obrotowym antykomunistą” i żalił się, że za Gierka był 250 razy aresztowany. – To był liberalizm w stylu Gierka – mówił Moczulski. – Te wozy pancerne, te armatki wodne, to wszystko, co się pojawiło za Jaruzelskiego, to przecież nie Jaruzelski to przygotował. Cały ten aparat terroru zmodernizował, nadał mu nowoczesny, taki uderzeniowy kształt Gierek i jego ludzie – dodał. I puenta: - Władza totalitarna była szkodliwa, a Polska w PRL nie była nigdy 10. gospodarką na świecie, tylko w propagandzie komunistycznej. Jedynym zaś, co zostało Polsce po rządach Gierka, są długi, które Polacy spłacają do dziś.

No cóż, wszystkiego bym się spodziewał, ale nie takiego obrotu sprawy – Kaczyński oskarżany o brak pryncypialnego antykomunizmu, o uległość wobec PRL, o gloryfikację Gierka. W całej tej wrzawie są dwie kwestie. Pierwsza, to logika kampanii wyborczej. Kaczyński konsekwentnie walczy o elektorat postpeerelowski od czasu wypowiedzi w Szczecinie. Wbrew zgrzytaniu otoczenia, np. Jadwigi Staniszkis, nie zrezygnował z tej taktyki i w końcówce kampanii jeszcze mocniej zaakcentował swoje nowe stanowisko w sprawie PRL. Sztab PO jest zaskoczony, bo to Komorowski jest pomawiany przez zwolenników Kaczyńskiego (np. Radio Maryja, „Nasz Dziennik”, „Gazetę Polską”) o „prokomunizm”. Co w tej sytuacji robić? Zgodzić się w prezesem PiS, przyznać mu rację? Nie – na ringu pojawiają się „ofiary Gierka” z Janem Lityńskim na czele i świadczą, jak to było źle w tych czasach.

Ale jest i drugi aspekt tej sprawy. Kto ma rację z punktu widzenia historycznego? Rację ma oczywiście Jarosław Kaczyński. Spojrzał bowiem (mniejsza czy szczerze) na ówczesnego dzieje Polski nie z punktu widzenia garstki opozycjonistów, ale z perspektywy całego narodu. A ta perspektywa była zupełnie inna niż perspektywa kilkudziesięciu KOR-wców czy ROPCiO-wców. Poza tym, wbrew szyderczym uwagom Moczulskiego, za Gierka rzeczywiście zbudowano podstawy gospodarki, która mogła tworzyć z Polski kraj naprawdę silny. I to za jedyne 20 mld USD długu (dzisiaj dług to jakieś 500 mld USD). To są fakty oczywiste – samodzielny i nowoczesny przemysł chemiczny, stoczniowy, zbrojeniowy, przetwórczy, hutniczy. Polskie firmy budowały fabryki przemysłu chemicznego w całym III świecie, w samym Iraku pracowało 15 tysięcy polskich robotników budujących drogi (autostradą wybudowaną przez Polaków Amerykanie wjechali do Bagdadu w 2003 r.). Stocznie polskie uchodziły za jedne z najbardziej nowoczesnych na świecie. Imponujący był postęp w budowie infrastruktury – kolejowej i drogowej. Problem tamtej gospodarki polegał na tym, że nie potrafiła zapewnić ogromnej rzeszy konsumentów (ludność Polski wzrosła z 21 mln w 1945 do 38 mln w latach 70.). dostatecznej ilości towaru. Tragiczna była także organizacja handlu. A przecież wystarczyło oddać w ręce prywatne handel i usługi, by poprawa była widoczna od razu. Zrobiono to w końcu lat 80., ale było za późno. Rządy solidarnościowe po 1989 r. z jednej strony pluły na PRL, z drugiej przez 20 lat wyprzedawały za ciężkie pieniądze cały jej dorobek, a precyzyjniej dorobek całego narodu z tego okresu.  I jeszcze jedno – to nie opozycja była sprawczynią Sierpnia 1980, lecz tęsknota ludzi za lepszym życiem, o opozycji mało kto słyszał, albo się jej bano.

Adam Gierek, syn Edwarda Gierka, zadeklarował co prawda, że zagłosuje w wyborach na Komorowskiego, ale nie ocenił wypowiedzi Kaczyńskiego tak surowo, jak sztabowcy PO. Powiedział, że jest wdzięczny Kaczyńskiemu za te słowa pod adresem ojca, dodając, że w ten sposób rozpoczął się proces rehabilitacji PRL jako państwa. Nie zgodził się z opinią, że wypowiedź Kaczyńskiego jest nieszczera. To w tej chwili mniej ważne – słowa te bowiem padły i każdy je słyszał. Nie da się już chyba powrócić do retoryki ostatnich lat, do znęcania się nad własną historią, do wciskania ludziom półprawd i bajek o żelaznym totalitarnym wilku. A propos, gdyby – jak chce Leszek Moczulski – władza za Gierka była naprawdę totalitarna (była, ale do 1956, kiedy Moczulski opozycjonista nie był, a Jan Lityński dawał jako dziecko kwiaty Bierutowi), to dzisiaj nie mielibyśmy okazji wysłuchiwać o jego bohaterskich wyczynach, tak samo jak historii Jana Lityńskiego czy Andrzeja Czumy. Bo prawda jest taka, że ta cała opozycja to był skutek liberalnej polityki gierkowskiej. Towarzysz Feliks Dzierżyński załatwił by to inaczej, niż Stanisław Kania. Czasami trzeba takie oczywistości przypominać.

No responses yet