Jan 18 2010
Pożegnanie z Banderą
Totalna klęska Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich na Ukrainie sprawiła, że nasi polityczni komentatorzy nagle stali się umiarkowanymi realistami. Ci sami tytani pióra, którzy pięć lat temu piali i wyli na cześć „pomarańczowych”, którzy obwieszczali zwycięstwo nad Moskwą niemal na miarę Kłuszyna, którzy już widzieli Rosję w granicach Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, powaloną i upokorzoną – są dzisiaj wyjątkowo pokorni, tak jakby nie pamiętali, co wyprawiali parę lat temu. Gdzie się podziali ci wszyscy rewolucjoniści z pomarańczowymi wstążeczkami w klapach marynarek, gdzie są egzaltowane aktoreczki, rockmani, młodzieżowi aktywiści? Nie ma ich, pochowali się w mysie dziury lub przekonują nas, z minami pokerzysty, że przecież nic się nie stało, że nie jest ważne, kto rządzi w Kijowie, tylko to, jaką będzie prowadzić politykę, ze ten Janukowycz to w sumie równy gość.
Klęska Juszczenki to symboliczny pogrzeb nie tylko jego samego jako polityka, to przede wszystkim pogrzeb tzw. polskiej polityki wschodniej, opartej na historycznych resentymentach, fobiach, złudzeniach i marzeniach. To także gigantyczna nauczka politycznego myślenia, choć w tym przypadku trudno wierzyć, że skuteczna. Optymistyczne jest tylko to, że pole manewru dla tej schizofrenii jest już bardzo małe.
I jeszcze jedna uwaga – 17 stycznia prysł na Ukrainie mit Stepana Bandery. Kandydat banderowski Oleg Tiahnybok dostał ok. 2 proc. głosów, a drugi banderowiec – Juszczenko – 5 proc. (przy czym na niego głosowali w większości ludzie o innych niż banderowskie poglądach). Sztucznie pompowany kult UPA i Bandery, możliwy tylko dzięki jego wsparciu przez aparat urzędu prezydenckiego, ukraiński IPN i Służbę Bezpeki – okazał się wielkim humbugiem. Te gigantyczne sumy na pomniki UPA, Bandery i Szuchewycza, pieniądze wywalone na probanderowskie happeningi, wystawy, wydawnictwa i filmy – nic nie dały. Wyborca ukraiński ma dosyć tak serwowanej historii, skłócającej naród i z gruntu obcej, ma dosyć polityki, która zamiast chleba daje im tylko banderowskie igrzyska. Po co więc polskie władze podchodziły do banderowskiej recydywy jak pies do jeża, po co kazały milczeć dyplomatom i mediom, byle nie drażnić „strategicznego” partnera w walce z Moskwą? Okazuje się, że nie miało to żadnego sensu – z owego „partnera” nie zostały nawet strzępy. Juszczenko, razem z Banderą – odchodzi w niebyt, przynajmniej polityczny.
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.