Feb 02 2010
Towarzysz Knot
Wyemitowany w TVP 1 w porze największej oglądalności film Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka pt. „Towarzysz Generał”, poświęcony życiu Wojciecha Jaruzelskiego – jest, trzeba to jasno powiedzieć, knotem. Mieści się w konwencji filmów propagandowych, gdzie z góry zakłada się cele, jakie się chce osiągnąć – a potem skrupulatnie dobiera fakty lub pseudofakty. Jednocześnie jednak jest to film szalenie prostacki, naiwny, bowiem próbuje spojrzeć na niezwykle skomplikowany okres w historii Polski (1945-1989) przez okulary agitatora, który nie ma żadnych wątpliwości i szerszych przemyśleń, ale który wie kto jest zdrajcą a kto bohaterem, który liczy na to, że do widza przemówią uczucia a nie rozum, i który wreszcie liczy na to, że nikt tego nie zdemaskuje.
Film jest knotem, bowiem główne role grają w nim ludzie kompletnie niewiarygodni – oni komentują zawiłości życiorysu Jaruzelskiego i PRL, a właściwie nie komentują, tylko oskarżają. Na prokuratorskiej ławie zasiedli – płk Lech Kowalski, były politruk, członek PZPR (on gra pierwsze skrzypce), nieżyjący już prof.. Paweł Wieczorkiewicz, było sekretarz POP PZPR na Uniwersytecie Warszawskim do 1990 roku, dr Bogdan Musiał, obywatel Niemiec mający ogromne kłopoty z formułowaniem zdań w języku polskim, Władimir Bukowski, człowiek ogarnięty obsesją i kreowany w Polsce na wielki autorytet, niejaki John Lenczowski z USA, którego pełne nowomowy tyrady budzą tylko uczucie zażenowania, i wreszcie dyżurni tropiciel agentów – Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk. Tylko prof. Andrzej Paczkowski wypada w tym gronie w miarę poważnie.
Red. Rafał Ziemkiewicz w dyskusji po filmie jak lew bronił zarówno Lecha Kowalskiego, jak i Pawła Wieczorkiewicza. Twierdził, że ich życiorysy nie mają nic do rzeczy, liczy się tylko to, czy mówią prawdę (ciekawe, że w innych przypadkach nader chętnie „grzebie” w życiorysach). To nie tak, gdyby ci panowie przed 1989 rokiem zapisali się jako przeciwnicy systemu, to tak, ale w ich przypadku nie miało to miejsca. Neofityzm jest chorobą groźną, bo neofici nie znają umiaru, by udowodnić, że w nowej epoce są znowu na pierwszej linii. Są żołnierzami nowej władzy i wysługują się nowemu panu. W filmie oczywiście nie podano, kim byli przed 1989 rokiem, bo to by część widzów zastanowiło. Z drugiej strony wywody Lecha Kowalskiego były na bardzo niskim poziomie (godnym politruka), a już zabieg polegający na tym, że występuje on na tle statuetki Józefa Piłsudskiego – uznać należy za komiczny.
Film przeładowany jest nowomową, której trudno słuchać, bo jej celem nie jest bynajmniej poznanie prawdy o tamtych czasach, lecz tylko podgrzewanie atmosfery. Wygląda czasami na to, że występujący w filmie pompują się wzajemnie dodając sobie animuszu. Często wypada to komicznie.
Np. Musiał mówi, że on rozumie, że Jaruzelski wstąpił do Armii Berlinga, bo chciał wyjść z Sowietów, ale dlaczego potem z niej nie wystąpił, kiedy wiedział, że to jest „narzędzie sowieckiego imperium”? Tak zresztą jak dziesiątki tysięcy innych też nie wystąpiło. Zgodnie z zasadą, że bohater narodowy, to martwy bohater – Musiał zdaje się sugerować, że powinien wstąpić do podziemia i zginąć w walce rzecz jasna „z sowieckim imperium”. Narrację ilustrują zdjęcia zastrzelonych żołnierzy podziemia, choć jedno z nich (co za wpadka!) pokazuje ujętego przez Wojsko Polskie upowca. Ale pewnie to dla twórców filmu nieistotny drobiazg, wszak upowiec to antykomunista walczący „z sowieckim imperium”. Ale szczyt wszystkiego, to oskarżenie Jaruzelskiego za „czystkę antysemicką w armii” w 1968 r. Tu się twórcy filmu kompletnie obnażają – co to za zarzut w kręgu ludzi przyznających się do poglądów prawicowych czy nawet narodowych? „Towarzysze pochodzenia żydowskiego” byli w wojsku znienawidzeni – traktowano ich jako relikt epoki stalinowskiej. Ich usuniecie z wojska uważano powszechnie za polonizację armii, drugą po 1956 roku, kiedy usunięto doradców sowieckich. I to ma być zbrodnia Jaruzelskiego?
Ale to nie wszystko – Lech Kowalski oskarża Jaruzelskiego o to, że Amerykanie chcieli w razie wojny uczynić z Polski atomowe cmentarzysko. Od 1964 roku, kiedy ujawnił to niemiecki „Der Spiegel”, było to powszechnie znane. Polonia była oburzona, ale nie na Jaruzelskiego czy Gomułkę, tylko na Amerykanów. Najpierw nas sprzedali w Teheranie i Jałcie, a potem ich wojskowi zrobili sobie w Polski atomowy cel – nad Wisłą chcieli zatrzymać armie sowieckie, czyniąc z naszego kraju atomową pustynię. Ale nie, Lech Kowalski uważa, że winien jest Jaruzelski, bo wiedział i nic nie zrobił. A niby co miał zrobić? Strzelić sobie w łeb, zabić dowódcę Układu Warszawskiego? A może tak jak uwielbiany przez wielu Ryszard Kukliński, przekazać do USA plany rozlokowania wojsk polskich, by wiedzieli gdzie uderzyć? No bo chyba nikt rozsądny nie wierzy, że w razie wojny Amerykanie by się przed tym zawahali, ze względu na Kościuszkę, Pułaskiego czy Kongres Polonii Amerykańskiej.
Ten film nie powinien być emitowany w telewizji publicznej i to w dodatku w porze największej oglądalności. Nie dlatego, że jest „antykomunistyczny”, ale dlatego, że jest zły, tendencyjny i jątrzący. Część historyków (także tych z desantu z USA i Niemiec) uwzięła się, by podsycać wojnę polsko-polską, by odwracać uwagę Polaków od spraw najważniejszych, by kreować coś na kształt pornografii historycznej w najgorszym wydaniu, posiłkując się byłymi politrukami i „komuchami”. Przy okazji wykazują całkowity brak zrozumienia realiów, w jakich przyszło żyć milionom Polaków po 1945 roku. A te miliony przewinęły się i przez Wojsko Polskie, i przez PZPR. Taki był los narodu polskiego i nie można w sposób prostacki pluć w twarz tym milionom. Choćby się chciało przekonać, że chodzi tylko o naplucie na Jaruzelskiego.
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.