Feb 06 2010

Dobry komunista, to nasz komunista

Published by engelgard at 1:22 pm under Uncategorized

Mój przyjaciel Maciej Eckardt raczył uznać, że film „Towarzysz Generał” jest dobry, dynamiczny, przekonujący. Hmm… Jego prawo, ja jednak nadal uważam, że to gniot, i to do tego niesmaczny. Nie o tym jednak. W jednym z wpisów na swoim blogu Maciek pisze o tym, jak redaktorzy Żakowski i Mazowiecki bronili Jaruzelskiego przed zarzutem antysemityzmu i dokonania „czystki antysemickiej w armii”, co skłoniło go do konstatacji, że działają wedle zasady „dobry antysemita, to nasz antysemita”. Ja przed tym – przyznam – dziwacznym zarzutem broniłbym Jaruzelskiego w inny sposób niż Żakowski, ale niech tam…
Wydaje mi się, że wbrew piejącym na cześć gniota filmowego o Jaruzelskim, inny aspekt sprawy jest o wiele bardziej interesujący i bulwersujący. Oto integralnym antykomunistom w ogóle nie przeszkadza fakt, że na pierwszą linię ognia twórcy filmu rzucili „komuchów” co się zowie – politruka z pionu politycznego LWP, płka Lecha Kowalskiego, i szefa POP PZPR w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego prof. Pawła Wieczorkiewicza. Obaj są zresztą najbardziej zaciekli. Red. Rafał Ziemkiewicz i inni mówią – No i co z tego? O co chodzi? Przecież mają prawo do zmiany poglądów a poza tym ważne jest to, co mówią. Owszem, mają, tylko, że istnieje coś takiego jak elementarne poczucie przyzwoitości. Gdyby któryś z tej dwójki „zbuntował” się przed 1989 rokiem, to miałby prawo do wystąpienia w filmie w roli sędziego, prawo moralne. Ale nie, obaj panowie tkwili w strukturach „totalitarnego państwa”, by użyć formułki zrozumiałej dla adeptów szkoły ipn-owskiej  – do końca, czyli do 1990 roku. Ich aktywność nosi więc cechy koniunkturalizmu. Piszę o tym z pewną niechęcią, bo znałem prof. Wieczorkiewicza jako wspaniałego historyka, zwolennika realizmu politycznego, opowiadającego się za przyjaznymi stosunkami z Rosją (mówił mi o tym jeszcze w drugiej połowie lat 90.), uznającego szkołę Romana Dmowskiego za najbardziej przydatną dla Polski. Jego nagłego zwrotu na przełomie lat 90. XX w. i na początku XXI w. nie rozumiałem i nie akceptowałem. W tym co zaczął wtedy robić trudno dostrzec szlachetność i obiektywizm. Jego nowi zwolennicy albo udawali, że nic nie wiedzą, że był to prawie przez całe życie „komuch”, albo rzeczywiście nie wiedzą, uznając że pan profesor bojownikiem „z komuną” był. Dla mnie nie miało znaczenia, że profesor był szefem POP PZPR, ba, wtedy, kiedy studiowałem na UW o tym nawet nie wiedziałem. Jednak obecnie, kiedy dzieją się w dziedzinie nauk historycznych (choć trudno to nazywać teraz nauką) rzeczy skandaliczne, kiedy nazwisko profesora stało się dla wielu symbolem „walki z komuną”, kiedy Sławomir Cenckiewicz pisze na narodowcach w PRL jako o „endekoesbecji” i jednocześnie uznaje Wieczorkiewicza za swojego mistrza – milczeć nie można. Za dużo tu bowiem szulerstwa i oszustwa, za dużo niegodziwości.
Płk Lech Kowalski był oficerem politycznym LWP i honor oficera nakazywałby, by nie kalać własnego gniazda, a więc w najlepszym przypadku milczeć lub zajmować się czymś innym niż wylewaniem pomyj na swojego byłego szefa. Jego postawa spotkała się z jednoznacznym potępieniem środowiska i ja się temu nie dziwię. Ale cóż, honor – to towar deficytowy.
Omawiana sprawa nie jest wyjątkowa. Mamy bowiem we współczesnej Polsce cały tabun byłych „komuchów” maszerujących w pierwszym szeregu antypeerelowskiej krucjaty. Dla poczucia własnego bezpieczeństwa, dla zaistnienia w nowej rzeczywistości, chcąc się podlizać nowym władcom dusz – mszczą się na swoich byłych szefach, na państwie, któremu służyli, na wszystkim, co wiąże się z ich życiem w tamtych czasach. Nie będę wymieniał nazwisk – znane są dobrze. Mamy byłego aktywistę TPPR – obecnie naczelnego rusofoba RP publikującego – o zgrozo – w katolickim dzienniku; mamy literata piszącego antykomunistyczne kawałki do jednego z hurrapatriotycznych tygodników, który w latach 50. donosił ; mamy speca od mediów, publicystę  i wielkiego „antykomunistę”, który w latach 80. gościł w studiu TVP samego Generała Jaruzelskiego i bił przed nim czołem; mamy satyryka, który istnieje jako artysta tylko dzięki PRL, absolwenta Wyższej Szkoły Nauk Społecznych – plującego na tenże PRL, że aż miło; mamy wybitnego pisarza wydającego w PRL setki tysięcy egzemplarzy książek o epoce napoleońskiej, a obecnie uznającego się za jednego z najbardziej poszkodowanych „przez komunę” i do tego ofiarę KGB. Itd. Itp.
Jest taka scena w filmie „Aleksander”, kiedy po przegranej bitwie z Macedończykami król Presów Dariusz ucieka przez pustynię i zostaje zdradzony przez swoich dowódców, którzy go zabijają mając nadzieję, że się wkupią w łaski zwycięzcy. Jednak ten każe ich ściąć – bo okazali się zdrajcami i zabili swojego pana. My jednak żyjemy w czasach, kiedy przynoszących na tacy głowę Jaruzelskiego wita się w obozie zwycięzców z fanfarami, nagradza i daje za przykład do naśladowania. Takie to niehonorowane i paskudne czasy.
Wracając wszakże do początku – okazuje się, że „dobry komunista, to nasz komunista”. Dobrzy nie są tylko ci, którzy nie robią ze swojej gęby cholewy, nie przebierają się co kilka lat w nowe ciuchy maskujące, nie wyskakują na publiczną scenę z palcami w kształcie „V” krzycząc „Precz z komuną!”. Ja jednak – pozwolisz Maćku – zachowam większy szacunek dla tych „złych komunistów” a nie tych „dobrych”.

Trackback URI | Comments RSS

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.