Jul 05 2010

To były wybory, a nie mistyczny bój o być albo nie być Polski

Published by engelgard at 9:42 pm under Uncategorized

Minioną kampanię obserwowałem z mieszanymi uczuciami. Unosiły się bowiem nad nią opary absurdu, mistycyzmu a la XIX wiek, emocji kompletnie nie przystających do czasów i realiów, w których żyjemy. Dochodzę do wniosku, że wybory prezydenckie są generalnie rzecz biorąc szkodliwe, bo wzniecają gigantyczne emocje zupełnie niepotrzebnie. Personalny charakter tych wyborów sprawia, że ludzie bardzo łatwo elektryzują się, są przekonani, że od ich wyników zależy los Polski i świata, ba, w ogromnej większości sądzą, że prezydent w Polsce naprawdę rządzi. Dlatego zawsze frekwencja w tych wyborach jest znacznie większa niż przy innych. Ta para idzie jednak w gwizdek, bo prezydent w Polsce nie może wiele i powinien być wybierany przez parlament. Wybory powszechne byłyby uzasadnione, gdyby prezydent miał chociażby taką władzę jak przed 1997 rokiem. Ale potem, kiedy „konstytucja Kwaśniewskiego” zredukowała urząd prezydenta do minimum – to bezsens. Lud jednak tego nie zauważył, stąd każde wybory to wojna na śmierć i życie.

Kiedy wsłuchiwałem się w głos ludu, to na przemian ogarniało mnie przerażenie i zdumienie. Gdziekolwiek się pojechało na prowincję, tam od razu podnieceni znajomi czy nawet członkowie rodziny chwytali za rękę i z pełnym przekonaniem mówili: „Tusk i Komorowski przy pomocy Putina zabili prezydenta, to był zamach”. Najpierw myślałem, że to odruch chwilowy, tuż po katastrofie. Ale gdzie tam, przekonanie o tym było trwałe i powszechne. Próby dyskusji czy zaprzeczenia narażały na agresję lub co najmniej niechęć i podejrzenie o przejście na drugą stronę, na stronę śmiertelnego wroga. Sztab Kaczyńskiego tego oficjalnie nigdy nie podnosił, ale ta atmosfera była – śmiem twierdzić – główną osią kampanii. Za tym pierwotnym odkryciem (zamach) szły następne katastroficzne teorie. Porażka Kaczyńskiego to koniec Polski, nowy rozbiór, to oddanie kraju na żer złodziei, szarlatanów, zdrajców, agentów Moskwy i Berlina itp. Atmosfera mistyczna niczym w „Dziadach” Mickiewicza, tyle że bez poetyckiej finezji. To raczej karykatura tamtego mistycyzmu i mesjanizmu.

Wbrew temu co się twierdzi, wynik wyborów nie jest żadną katastrofą Polski, bo tak naprawdę obaj kandydaci niewiele się programowo różnili, wywodzą się też z tego samego obozu solidarnościowego, do nauki Kościoła mają faktycznie identyczny stosunek, itp. Skąd to powszechne przekonanie, że Kaczyński to niemal Okopy Świętej Trójcy, a Komorowski to jeździec Apokalipsy – doprawdy trudno stwierdzić. To raczej mistyczna wiara ludu wpychająca Kaczyńskiego na pozycje, na których nigdy nie był i nie będzie. Ba, w pewnym momencie kampanii feministki i lewactwo przypuściło atak na Komorowskiego za to, że propaguje paternalistyczny model rodziny, że poluje, że jest staroświeckim, zacofanym  panem z wąsikiem, itp. Ale masy tego w ogóle nie zauważyły. Nie piszę o tym, bo jestem zwolennikiem Komorowskiego, ale po to, by uzmysłowić sobie absurdalność tego podziału, w który uwierzyły miliony ludzi.  

Niektórzy wieszczą, że teraz czeka nas niemal katastrofa. A ja uważam, że nic się nie stanie ponad to, co już jest i było. W jednym natomiast na pewno będzie lepiej – w polityce zagranicznej. Publicyści zbliżeni do PiS piszą o wielkich osiągnięciach Lecha Kaczyńskiego na arenie międzynarodowej. Z całym szacunkiem – jakich? Bo ja widziałem jedynie pasmo sromotnych klęsk, które naraziły Polskę na śmieszność i wymierne straty. I drugie pytanie – na czym niby konkretnie ma polegać totalna uległość Komorowskiego i Tuska wobec Berlina, Brukseli i Moskwy, i na czym niby miałaby polegać ta twarda polityka Jarosława Kaczyńskiego? Jeśli na tym, co już widzieliśmy w okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego, to ja za taką obronę polskich interesów dziękuję. Owszem, w sprawach polityki wewnętrznej Kaczyński miał lepszy program dla Polski, ale na pewno nie w sprawach zagranicznych, jak bowiem traktować jego jasne deklaracje o kontynuacji dorobku Lecha Kaczyńskiego, o wierności „testamentowi Giedroycia”?

Politykę trzeba postrzegać realnie a nie mistycznie. Kaczyński i tak odniósł duży sukces, wydaje się, że osiągnął wszystko, czego chciał. Jest wielce prawdopodobne, że wcale nie chciał wygrać tych wyborów, chciał tylko wzmocnić politycznie siebie i swoją partię, i to się znakomicie udało. Kaczyński wie bowiem, że zamknięcie się w Pałacu Prezydenckim, to byłby jego koniec. A tak, to ma wielkie pole manewru w nadchodzących wyborach samorządowych i parlamentarnych. I w tych bataliach jego partia może być bardziej pomocna Polsce – bo samorządowcy PiS nie są wcale gorsi niż ci z PO. Obawiam się jednak, że na nadchodzące wybory będzie już trudniej zmobilizować tak liczny elektorat, bo ten elektorat chce zbawiać Polskę i świat, chce walczyć z Rosją, Niemcami, Unią Europejską, masonerią, Żydami, Ameryką. I ten elektorat, wielki atut Kaczyńskiego i PiS – jest też ich największym problemem.

Trackback URI | Comments RSS

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.