Oct 05 2009

Ukraina gwarantem modernizacji Polski?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Polska polityka wschodnia znalazła się w punkcie krytycznym. Widać to gołym okiem – stosunki z Ukrainą i Litwą są fasadowe, sztucznie zaognione stosunki z Białorusią i Rosją ciążą nam coraz bardziej, a wspieranie Gruzji postrzegane jest jako całkowita egzotyka. Sygnał do odwrotu dał Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych RP, w artykule „1 września – lekcja historii” („Gazeta Wyborcza”, 30.08.2009). Napisał on, że „właściwej odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski nie oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe”. I dalej: „Siłą rzeczy, traci zasadność archaiczny nakaz poszukiwania sojuszników “poprzez kolejną miedzę”, na gruncie jednoczącej wrogości do wspólnego sąsiada”. Innymi słowy – Sikorski zakwestionował dogmat polskiej polityki wschodniej, że polską racją stanu jest bezwzględne popieranie Ukrainy i Gruzji przeciwko Rosji, bo niepodległa Ukraina to gwarancja naszej niepodległości.
Stanowisko to spotkało się oczywiście z krytyką, ale – o dziwo – niezbyt gwałtowną. Dlaczego? Bo realia przemawiają za tym, że Sikorski ma rację, a zwolennicy polityki „prometejskiej” nie. Zgodził się z tym Rafał Ziemkiewicz, dotychczas zwolennik polityki wschodniej w wykonaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W artykule „Polityka realna – czyli jaka?” („Rzeczpospolita”, 26-27.09.2009) pisze: „Pokłosie polityki „UBL”, opartej na stwierdzeniu, że „Ukraina, Białoruś i Litwa razem z Polską odzyskują niepodległość i razem z Polską ją tracą”, wymaga pilnie rzeczowej, realistycznej oceny. Moim zdaniem ta ocena wypadnie fatalnie. Zaangażowanie w pomarańczową rewolucję nie dało Polsce nic, przyniosło tylko szkody moralne, jakim jest uporczywe popieranie protektora neobanderowców, nawet przez większość samych Ukraińców uznawanych za pogrobowców faszyzmu.
Ponieważ aksjomatem naszej polityki stało się popieranie Juszczenki bez formułowania wobec niego jakichkolwiek oczekiwań (by nie osłabić jego pozycji), reakcją władz Ukrainy, zrozumiałą, było uznanie, iż polskie poparcie mają zapewnione zawsze, więc nie muszą niczym za nie płacić. Stąd ekscesy takie jak pomniki Bandery czy promowanie na historycznego patrona ukraińskich służb specjalnych Romana Szuchewycza, co jest zwykłym pluciem nam w twarz.
Przykra prawda jest taka, że montować koalicji przeciw rosyjskiemu imperializmowi nie mamy z kim. Zafiksowaliśmy się na popieraniu Juszczenki czy Saakaszwilego, których pozycja we własnych krajach jest słaba i chwiejna, a rychły upadek – oczywisty. Państwa kaukaskie to raczej, mówiąc słowami Jasienicy, „embriony państw” niż partnerzy do jakiejś poważnej gry. Większość Ukraińców czy Białorusinów, ku naszemu pełnemu niezrozumienia oburzeniu, bardziej niż o wyemancypowaniu się spod rosyjskiego wpływu myśli o swoim bezpieczeństwie socjalnym. Dodajmy do tego Litwę, która nasze awanse przyjmuje nieodmiennie z chłodem i rezerwą. W sumie – obraz klęski, i nie poprawia go uporczywe przypominanie, że tak nas nauczał Giedroyc, który z kolei rozwijał wizję wielkiego Marszałka”.

Święte słowa, można powiedzieć. Jak już wspomniałem, obrońcy idei prometejskiej jakoś słabo walczyli, poza Pawłem Kowalem, który w tekście „Nie żegnajmy się z Giedroyciem” („Rzeczpospolita”, 3-4.10.2009) rzuca się na Sikorskiego i częściowo na Ziemkiewicza, ale – trzeba to powiedzieć – jest to atak jeźdźca bez głowy. Poza użalaniem się nad powrotem do idei piastowskiej (dla niego to koncepcja PRL-owska, koncepcja Gomułki i Jaruzelskiego) i myśli politycznej endecji – racjonalnych argumentów zabrakło. Najpierw pieje peany na cześć paryskiej „Kultury”, potem demaskuje rosyjskie zabiegi mające na celu „złamanie europejskiej solidarności”, by wątek ten zakończyć niezwykle odkrywczym stwierdzeniem, że: „Opinia Stefana Niesiołowskiego na temat charakteru zbrodni w Katyniu wygrywa w konkurencji największego szkodnictwa roku”. Na czym – pytam – ma polegać owo największe szkodnictwo? Na tym, że powiedział, że Katyń to nie „ludobójstwo”, lecz „zbrodnia wojenna”? Przecież nie powiedział, że Katyń zrobili Niemcy! Zachowajmy jakiś elementarny rozsądek. Ale w tej opinii Kowala jest zawarta pewna logika – ktoś, kto nie akceptuje nowego, radykalnego środka „nacisku na Rosję”, czyli w tym wypadku tezy o „ludobójstwie” – jest zdrajcą. Bo Katyń dla zwolenników koncepcji prometejskiej jest niemal ostatnią deską ratunku, ostatnim „argumentem” w ich beznadziejnej walce z rzeczywistością. Jest to w takim samym stopniu głupie, jak i obrzydliwe.

Jednak najbardziej odkrywczy jest koniec artykułu. Autor uważa, że czymś realnym jest tzw. oś krakowska (dla przypomnienia zjazd krakowski z 2007 roku z udziałem Polski, Ukrainy, Litwy, Azerbejdżanu, Gruzji, Kazachstanu, państw Grupy Wyszehradzkiej), bo tylko w tym wariancie „Polska zawsze unika bycia na peryferiach i ma szansę utrzymania pozycji międzynarodowej odpowiedniej do potencjału”. Autor chyba zapomniał, że oś krakowska jest chimerą – po tym, jak zorientowano się, że w tej grze Lechowi Kaczyńskiemu chodzi o antyrosyjski alians – szybko wycofały się takie kraje, jak: Kazachstan, Azerbejdżan, kraje Grupy Wyszehradzkiej z Czechami na czele, no i teraz de facto Litwa. Ta oś, to na dzisiaj tylko Kaczyński, Juszczenko o Saakaszwili. Zaiste potężna koalicja! Ale to nie koniec. Kowal dodaje: „Rezygnacja z jagiellońskiej polityki ULB to dzisiaj skazanie Polski na to, że będzie przez lata prowincjonalnym krajem przyciśniętym do granicy Unii bez możliwości działania. Można wtedy zapomnieć o wielkiej modernizacji kraju, o której lubi mówić Radosław Sikorski”.
Tego, przyznam się, nie rozumiem. Ukraina jako gwarant naszej modernizacji? A więc nie Francja, Niemcy, Włochy, no i – niestety panie pośle – Rosja, tylko takie „giganty” modernizacyjne, jak Ukraina i Gruzja? Mogę zrozumieć frustrację wynikającą z tego, że zawaliła się koncepcja polityki zagranicznej zgodna ze staropolskim  zawołaniem „Hajże na Moskala!”, ale to chyba nie powód do tego, by pisać takie dyrdymały.

Brak komentarzy

Oct 02 2009

Czy Tusk przekombinował?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Kiedy obejmował władzę wydawało się, że najbardziej pilne będą dla niego trzy rzeczy: wymiana ekipy w TVP, wymiana szefa CBA i wymian szefa IPN. Nikt by się temu nie dziwił, bo taka jest praktyka polityczna po 1989 roku. Jeśli są jakieś przeszkody ustawowe, to zwyczajnie się zmienia ustawę. Zawsze przy takich praktykach podnosił się krzyk opozycji, ale po paru tygodniach nikt już o tym nie pamiętał. Okazało się jednak, że tym razem nic takiego nie miało miejsca. Dlaczego? Czyżby Tusk był zwolennikiem „państwa prawa”? Czyżby chciał, by szefowie ważnych urzędów pełnili swoje funkcje do końca kadencji, bez względu na barwę polityczną? Jakoś nie chce się wierzyć, by Tusk był takim politycznym ideałem. W grę wchodzą więc chyba inne motywacje. Jakie?

W przypadku TVP sprawę mogłoby wyjaśnić ujawnienie tematyki spotkań Romana Giertycha z Tuskiem i Grzegorzem Schetyną. Pewnie układ był taki: - Ja chcę zemsty na Jarosławie Kaczyńskim, a wy, w swoim dobrze pojętym interesie, mi to umożliwicie. PO nie musi sobie brudzić rąk zarządzaniem zalatującym trupem TVP, przy pomocy ludzi Giertycha niejako przygotowuje tę instytucję do np. prywatyzacji, a w przypadku mniej skrajnym osłabia jej pozycję na rzecz TVN i Polsatu. Jeśli chodzi o IPN, to tu trudniej o rozszyfrowanie motywów. Wydawało się, że po aferze „Zyzak”, PO zrobi z IPN porządek, ale nic się nie dzieje. Jest jakiś plan osłabienia pozycji tej instytucji, ale nie wiadomo na ten temat nic konkretnego. Pamiętajmy jednak, że prezes Kurtyka to personalny pomysł środowiska PO z Krakowa (człowiek Gowina i Rokity). Być może IPN będzie musiał wykonać jakąś brudną operację przy okazji wyborów prezydenckich (oczywiście na rzecz Tuska), więc na razie nie warto robić porządku. I wreszcie CBA. Wiadomo, że premier jest regularnie informowany przez szefa tej instytucji o ważniejszych operacjach, także przeciwko politykom PO. Tu może chodzić o trzymanie bata na własne środowisko. Mariusz Kamiński jest doskonałym kandydatem do spełnienia takiej roli.

Podsumowując – jeśli to wszystko prawda, to mamy w osobie premiera Tuska prawdziwego Machiavela. To jednak gra bardzo ryzykowna – w pewnym momencie może obrócić się przeciwko jej scenarzyście. Właściwie to już widać – w TVP do władzy doszedł prezes z PiS-u, który już wykonuje polecenia kancelarii prezydenta, a CBA podsłuchiwało czołowych polityków PO już od ponad roku. Misterna gra premiera chyba się więc załamuje – i nie starczy czasu, by do wyborów prezydenckich to odwrócić. Lepiej było brać te trzy kluczowe instytucje z marszu tuż po wyborach, teraz będzie to trudne do wytłumaczenia i – co ważniejsze – do zrealizowania.

Brak komentarzy

Sep 29 2009

Nazistowskie „zbrodnie” i rosyjskie „ludobójstwo”

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Intensywna praca naszych nowych „inżynierów dusz” daje zadziwiające owoce. Oto instytucje państwa (IPN, prezydent RP i po części Sejm) orzekły, że w Katyniu miało miejsce ludobójstwo (często dodaje się, że rosyjskie). Tymczasem mało kto zauważył, że prawdziwe ludobójstwo dokonane przez Niemcy hitlerowskie jest u nas kwalifikowane jako „zbrodnia”. Zapomina się też o liczbach. Nawet IPN po „wnikliwych badaniach” orzekł, że Polska straciła podczas II wojny światowej 5,6-5,8 mln obywateli, z czego Niemcy mają „na koncie” ok. 5,5 mln (3 mln Żydów i 2,5 mln Polaków), a ZSRR ok. 150 tys. Ciekawe, że IPN nie podał jako polskich strat wojennych ofiar UPA, liczonych na ok. 120 tys. zabitych. Ot, takie niedopatrzenie. Z tych cyfr wynika, że ofiary ogromnej machiny terroru ZSRR dają prawie tyle samo ofiar co zbrodnia UPA! Jakoś jednak nikt nie pali się u nas, by wyczyny UPA nazwać ludobójstwem.
Nie to jest jednak najbardziej bulwersujące. Okazuje się bowiem, że 5,5 mln ofiar III Rzeszy to nie jest ludobójstwo, tylko „zbrodnia”. Oto jak – wedle obowiązującego prawa – klasyfikuje się te zbrodnie. Podaję definicję „zbrodni hitlerowskich”:

„Zbrodnie hitlerowskie w Polsce 1939-1945, zbrodnie dokonywane w Polsce w okresie II wojny światowej przez instytucje, organy państwowe i organizacje III Rzeszy oraz partię narodowosocjalistyczną NSDAP w celu likwidacji państwa polskiego i wyniszczenia narodu polskiego, uznanego za małowartościowy”.

I dalej o „zbrodniach nazistowskich”:
„Zbrodnia nazistowska (w rozumieniu ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu) – czyn popełniony przez funkcjonariuszy publicznych III Rzeszy Niemieckiej (1933-1945), albo przez nich inspirowany lub tolerowany, będący zbrodnią przeciwko ludzkości (…) Czyn ten, stanowiący według prawa międzynarodowego zbrodnię przeciwko pokojowi, zbrodnię przeciwko ludzkości lub zbrodnię wojenną, nie ulega przedawnieniu.
W polskim prawodawstwie termin “zbrodnia nazistowska” został wprowadzony 1998 w ustawie o IPN-KŚZpNP (ustawa z dnia 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu). W nowelizacji ustawy z dnia 5 marca 1999, przeprowadzonej przez Sejm RP, rozszerzono zakres przestępstw określonych prawem międzynarodowym które nie ulegają przedawnieniu (poprzednio w ustawie z 6 kwietnia 1984 określone jako “zbrodnie hitlerowskie, stalinowskie i inne przestępstwa stanowiące według prawa międzynarodowego zbrodnie wojenne lub zbrodnie przeciwko ludzkości”) o “zbrodnie nazistowskie, komunistyczne oraz przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne”.
W ustawie z 18 grudnia 1998 o IPN-KŚZpNP, termin “zbrodnia nazistowska” zastąpił poprzednio funkcjonujący termin “zbrodnia hitlerowska”, określony w ustawie z 1984 o IPN-GKBZpNP (ustawa z dnia 6 kwietnia 1984 o Instytucie Pamięci Narodowej – Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu)”. W jednej z definicji podaje się co prawda, że są to zbrodnie ludobójstwa w świetle definicji z 1948 roku, ale wedle prawa międzynarodowego są to nadal wyłącznie zbrodnie „przeciwko pokojowi, zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne”.

W ten sposób doszliśmy do absurdu – wymordowanie masowe, milionowe, ponad 5 mln obywateli polskich jest w prawodawstwie polskim „zbrodnią”, a Katyń (i inne miejsca), gdzie zginęło 22 tys. osób to „ludobójstwo”. Można powiedzieć, że jest to skandal, szyderstwo historii. Słowo „ludobójstwo” ma zdecydowanie bardziej „mocne” i jednoznaczne znaczenie niż słowo „zbrodnia”.  Takie oto zacieranie proporcji i przenoszenie win tylko na jedną stronę biorącą udział w II wojnie światowej (dodajmy, po 1941 roku tragicznie doświadczoną – ok. 22-27 mln ofiar) – jest zwyczajnym manipulowaniem historią, co tak często zarzucamy innym. Wielu ludzi w Polsce zaczyna wierzyć, że II wojna światowa wybuchła nie 1 a 17 września i że to Sowieci wymordowali miliony. Tylko patrzeć, a będzie się nas przekonywać, że Niemcy 1 września weszli w granice Polski, by nas ratować przed „sowieckim zalewem”. Jesteśmy już bardzo blisko tego wiekopomnego odkrycia.

Brak komentarzy

Sep 21 2009

Opinie Lecha Kaczyńskiego są haniebne

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Prof. Andrzej de Lazari jest szanowanym rusycystą, profesorem na Uniwersytecie Łódzkim. Jego teksty są zawsze spokojne i wyważone. Ale tekst w najnowszym numerze „Rzeczpospolitej” (wyd. internetowe, 21.09.2009) jest inny. Poświecony jest historiozoficznym dywagacjom prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Widać, że profesor tym razem nie zdzierżył. Oto fragment tekstu: 

 „Kto Lechowi Kaczyńskiemu wstawił do przemówienia na Westerplatte szowinizm jako przyczynę zbrodni katyńskiej? Czyj szowinizm? Gruzinów – Stalina i Berii? Ukraińców – Chruszczowa i Breżniewa? A może wcześniejszy nieco – Dzierżyńskiego i Mienżyńskiego? W młodości co prawda na podwórku dowcipkowaliśmy sobie, że Dzierżyński był największym patriotą polskim, bo najwięcej Rusków wymordował, jednak do głowy nikomu nie przyszło, by „beznarodowych” komunistów oskarżać o szowinizm rosyjski. Bo to przecież o nim zapewne myślał nasz prezydent?
Największym złem, czynionym stosunkom polsko-rosyjskim przez wielu naszych polityków i dziennikarzy wszelkiej partyjności, jest utożsamianie rosyjskości z komunizmem. Lech Kaczyński poszedł tu niestety jeszcze dalej. Mówiąc o zbrodni katyńskiej: „to nie komunizm, to szowinizm” – nieświadomie wybielił, usprawiedliwił komunizm, zrzucając pośrednio całą winę na Rosjan. To nieodpowiedzialne, moim zdaniem wręcz haniebne.
Czy naszego prezydenta krew nie zalewa, gdy ktoś na Zachodzie mówi o „polskich obozach koncentracyjnych” i oskarża nas o szowinizm i antysemityzm? A co Lech Kaczyński sam czyni? Najwięcej w sowieckich obozach koncentracyjnych zginęło Rosjan – miliony. I winien temu ma być ich szowinizm? Panie prezydencie – kubeł zimnej wody na głowy pana doradców. Nienawiść nie jest dobrym konsultantem”.
Przez całe miesiące polscy politycy, publicyści i naukowcy byli zahipnotyzowani pseudopatriotyczną kanonadą w wykonaniu Lecha Kaczyńskiego i PiS. Wydaje się wszakże, że pewne granice zostały przekroczone i pojawiają się coraz częstsze głosy sprzeciwu i oburzenia. Prymitywna rusofobia, naginanie historii, podwójne standardy – to kompromitacja, to coś uwłaczającego polskiej godności, godności narodu, który ma 1000-letnią tradycję. Taki naród nie może sobie pozwolić na odruchy niczym prymitywne ludy lub narody nie mające tradycji państwowej i szukające w historii protez ideologicznych (vide: Ukraina).
Wiadomo, że w tym procederze biorą udział polskojęzyczne media, np. tabloidy Axela Springera szczujące w wersji polskiej na Rosję, a w wersji rosyjskojęzycznej na Polskę. Media zajmują się „psuciem” opinii o Rosji od wielu lat, można by na ten temat napisać już pracę doktorską. Efekty już mamy – nieraz młodzi ludzie, którzy na oczy nie widzieli Rosji i Rosjan – prezentują agresywną rusofobię połączoną z niezwykle prymitywizm spojrzeniem na historię i patriotyzm.
Prof. Andrzej de Lazari uważa, że jedną z przyczyn napędzających tę spiralę jest nienawiść.  A nienawiść to jest śmierć polityki, to jest droga ku zagładzie. Kiedy czytam niemal co dzień te bzdurne, pełne jadu publikacje – to zaczynam lepiej rozumieć klęski, jakie ponosiliśmy od końca XVIII wieku, zaczynam, rozumieć ten amok irracjonalizmu, który pchał nas ku szaleństwom. I zaczynam dobrze rozumieć, dlaczego w pewnym momencie tak ostro przeciwstawił się temu Roman Dmowski, sam w młodości romantyk i do pewnego stopnia rusofob. Różnica między tamtymi czasy a obecnymi polega tylko na tym, że dzisiaj można uprawiać te harce i kultywować głupotę bez strasznych konsekwencji dla Rzeczypospolitej. Choć z drugiej strony trzeba dmuchać na zimne – licho nie śpi.

Brak komentarzy

Sep 17 2009

Kto jest beneficjentem 17 września?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Bynajmniej nie Rosja. W hurrapatriotycznym zadęciu zdajemy się zapominać, że w dłuższym przedziale czasowym beneficjentami paktu Ribbentrop-Mołotow były i są: Litwa, Białoruś i Ukraina. Jakoś nie słychać, by w tych krajach lano razem z nami krokodyle łzy – na Białorusi i Ukrainie 17 września to „dni zjednoczenia”, a Litwini siedzą cicho, bez Ribbentropa i Mołotowa nigdy by nie dostali Wilna, a tak to je mieli  już w 1940 roku – od Sowietów! Rosja nie ma dzisiaj ani piędzi ziemi, które zajął ZSRS w 1939 roku – te ziemie mają nasi „partnerzy strategiczni”. Owszem, ponarzekają na terror NKWD, ale żeby potępiać terytorialne następstwa 17 września – to już nie.
U nas na ten temat milczy się od lat, bo to jakoś nie pasuje do histerycznie antyrosyjskiej otoczki tej rocznicy. Prezydent mówi o „wielkoruskim szowinizmie”, co jest kompletną bzdurą, zważywszy, że ówczesne Biuro Polityczne WKP (b) składało się głównie z Gruzinów (sic!) i Żydów. Co pan prezydent powie na to, że wnuk Josifa Dżugaszwilego wniósł pozew do sądu w Moskwie o zniesławienie jego dziadka w związku z Katyniem. Wnuk mieszka w Gruzji! Przy najbliższej okazji Lech Kaczyński może z nim sobie pogawędzić o „wielkoruskim szowinizmie”.
Ale wracajmy do tematu. Problem 17 września polega na tym, że praktycznie cały świat, w tym nasi zachodni sojusznicy – zaakceptowali owe „przekształcenia” terytorialne, o których mówił tajny protokół paktu niemiecko-sowieckiego. Winston Churchill był wręcz zachwycony nową linią graniczną, bo dawała szansę na konflikt między Niemcami a Rosją. Jak wynika z najnowszych badań, Brytyjczycy dali Moskwie do zrozumienia, że akceptują zdobycze terytorialne ZSRS, a brytyjskie gwarancje dla Polski dotyczą wyłącznie granicy polsko-niemieckiej. Wszystkie tajne raporty wywiadu brytyjskiego z lat 1939-1941 mówiły o słuszności zajęcia przez Rosję ziem dawnego Imperium Romanowych! Kresy były stracone już w 1939 roku, nie było szansy na ich utrzymanie, bo nikt nas w tej kwestii nie popierał. Zresztą uznanie granicy ryskiej przez mocarstwa zachodnie w 1923 roku było tylko uznaniem faktów dokonanych, w opinii polityków zachodnich te ziemie się nam nie należały. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że przyszła Polska mogła być znowu kadłubowa, w granicach dawnego Królestwa Kongresowego. Jednak Churchill i Stalin (w końcu 1943 r.) postanowili inaczej – Polska miała być przesunięta na Zachód i dostać ziemie po Niemcach, po Odrę.
Nie pojmuję, dlaczego u nas się o tym w ogóle nie mówi. Prawda jest brutalna – przeciwko Polsce na Kresach wystąpiły zgodnie wszystkie inne narodowości: Litwini, Żydzi, Ukraińcy i Białorusini. To było straszne doświadczenie, ale nie wolno o tym zapominać i koncentrować się wyłącznie na opisach zbrodni sowieckich. Takie rocznice powinny służyć nie tylko oddaniu hołdu poległym, ale i ogólniejszej refleksji. Jednak tej refleksji nie ma – nawet ludzie inteligentni powtarzają niczym mantrę kupę sloganów i formułek, które nic nie wnoszą. Ta rocznica przekształca się powoli w trudne do zniesienia misterium polskiego mesjanizmu, w którym wykorzystuje się wizerunek Polski na krzyżu (Polska mesjaszem narodów), w czym widać echo romantycznych szaleństw rodem z XIX wieku. Tak nie można wychować normalnego narodu, bo większa jego część odwraca się od tego z odrazą, popadając w nihilizm, a mniejsza część żyje niczym w malignie.

2 komentarzy

Sep 16 2009

Taniec na grobach…

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Prawda, chodzi tylko o prawdę, chcemy dobrych stosunków z Rosją, ale opartych na prawdzie – takie zaklęcia słyszymy prawie codziennie z ust tych polityków, którzy z Katynia uczynili wygodny oręż w walce politycznej. Fałsz i obłuda biją w oczy od samego początku, i tylko ktoś bardzo naiwny uwierzy, że ta „troska o polską tożsamość” jest jedynym motywem działania obozu histerii narodowej.
Jarosław Kaczyński pośrednio ujawnił prawdziwe intencje „świętego oburzenia przeciwko fałszowaniu historii” i „negacjonizmowi” (już przejmujemy nomenklaturę żydowską odnosząca się do holocaustu). W wywiadzie dla Polskiego Radia I (16.09.2009, godz. 7.15) powiedział, że on i prezydent nie mogą zgodzić się na korektę polskiej polityki wschodniej zarysowanej w artykule Radosława Sikorskiego w „Gazecie Wyborczej”. Przypomnijmy, że Sikorski zakwestionował, upraszczając, mocarstwową „linię jagiellońską” jako anachronizm i postulował ułożenie dobrych stosunków na linii Berlin-Warszawa-Moskwa. Kaczyński tak o tym mówi: „I jednocześnie polska reakcja, a w szczególności niebywały zupełnie artykuł pana Sikorskiego, to było stwierdzenie, że Polska się na to zgadza, że Polska spełnia rosyjskie warunki i wycofuje się z czynnej polityki na terytorium dawnego Związku Sowieckiego, a więc na Ukrainie, w krajach nadbałtyckich, w Gruzji, w jakiejś mierze także Białorusi, i jednocześnie jakby przyjmuje do wiadomości tę koncepcję funkcjonowania, która podważa naszą podmiotowość (…) To jest w gruncie rzeczy polityka minimalizmu, rezygnacji, polityka, która – pisano już o tym – była w innej wersji można powiedzieć jeszcze dalej idącej, proponowana przez to samo środowisko, które dzisiaj kieruje Platformą, a poprzez Platformę także polskim rządem, jeszcze na początku lat 90. (…) Czyli krótko mówiąc co? Kondominium niemiecko–rosyjskie, strefa zamieszkiwania Polaków, a nie żadne państwo. Więc my się z tym radykalnie nie zgadzamy”.
W tej sytuacji Katyń jest tylko narzędziem do zaatakowania zarysowanej przez Sikorskiego koncepcji polityki zagranicznej. Prezes PiS w swój ulubiony sposób stawia wszystko na ostrzu noża: albo suwerenne państwo albo „strefa zamieszkiwana przez Polaków”? Kto na tak zadane pytanie odpowie, że „strefa”? Nikt. Mniejsza o to, że jest to pytanie demagogiczne, ważne, że polaryzujemy opinię. W tym momencie w sukurs przychodzi prezesowi Stefan Niesiołowski, który wypala, że „Katyń to nie ludobójstwo”. No i PiS znowu stawia pytanie w rodzaju „być albo nie być”: czy jesteś z a tym, że Katyń to ludobójstwo czy jesteś antynarodowym zaprzańcem i negacjonistą? No i kto odpowie, że jest zaprzańcem? I jak na zawołanie 61 proc. respondentów „Rzeczpospolitej” odpowiada, że Katyń to ludobójstwo a nie zbrodnia wojenna. Wiadomo, że spór taki nie ma sensu i że bliżsi prawdy są ci, którzy kwalifikują Katyń jako zbrodnię wojenną – chodzi jednak o coś innego, o coraz wyższe zawieszanie patriotycznej poprzeczki, tak wysoko, żeby ją przeskoczył tylko PiS. Opór pacyfikuje się szybko – jak tylko prezes Federacji Rodzin Katyńskich oburzony kampanią polityczną sprzeciwił się graniu ofiarami mordu i nazwał go mianem zbrodni wojennej – w prezydenckim pałacu natychmiast pojawiała się pani Łojek i zdyskredytowała prezesa, a usłużna „Gazeta Polska” ujawniła, że pan prezes był zarejestrowany jako TW i w dodatku był paxowcem. Wszystko jasne? Jak słońce.
„Operacja Katyń” miała więc na celu: po pierwsze, rzucenie liny ratunkowej prezydentowi, który przegrał pojedynek z premierem na Westerplatte; po drugie, rzucenie liny „przyjaciołom ukraińskim” zaniepokojonym coraz bardziej krytycznym nastawieniem Polaków do Ukrainy i UPA (przedstawiciel PiS, kiedy Jarosław Kalinowski kilka miesięcy temu walczył o uchwałę potępiającą zbrodnie UPA milczał jak zaklęty na posiedzeniach konwentu seniorów); po trzecie, zatrzymanie procesu normalizacji stosunków polsko-rosyjskich poprzez kampanię permanentnej prowokacji; i po czwarte, zatrzymanie procesu zmiany polityki wschodniej RP poprzez podtrzymanie skompromitowanej linii „osaczania” Rosji przy pomocy trupów politycznych – Juszczenki i Saakaszwilego.
Pozostaje tylko jedno pytanie – czy naprawdę w tym celu trzeba grać ofiarami zbrodni katyńskiej? Czy nie nadszedł już czas, by dać spokój duszom zamordowanych? Czy nie jest już czas, by zaprzestać upokarzających widowisk pod obłudnym hasłem „my chcemy tylko prawdy”?

Jeden komentarz

Sep 09 2009

20 : 0 dla Juszczenki

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Jak poinformowały media, prezydent Lech Kaczyński spotkał się aż 20 razy z prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenko! W tym samym czasie nie spotkał się z prezydentem Rosji (najpierw Putinem, a obecnie z Miedwiediewiem) ani razu. To swego rodzaju rekord, tyle że nie skuteczności czy rozwagi, ale zacietrzewienia i niekompetencji. W kampanii wyborczej Kaczyński obiecywał poprawę stosunków z Rosją, szybko jednak zrezygnował z tego postulatu na rzecz jakiś mitycznych bitew, szturchańców i połajanek. Dwa razy tylko otarł się o Putina – raz w Helsinkach podczas jakiegoś szczytu europejskiego i ostatnio na Westerplatte. Za każdym razem nasz prezydent zaciskał pięści, srożył miny i unikał jakiegokolwiek bliższego kontaktu. Jest to zachowanie, które – powiedzmy to sobie szczerze – nie ma precedensu w praktyce dyplomatycznej. Naraża ono Polskę na śmieszność i pogardę poważnych państw europejskich.
Lech Kaczyński uważa się za historyka, ale nim nie jest. Jego wizja historii jest infantylna i tendencyjna. Nie to jest jednak najgorsze, najgorsze jest to, że historię używa do politycznej gry (raczej gierki) a tragedie sprzed lat, w  tym ofiary, polskie ofiary – są piłkami w tej grze. Prezydent nazwał na Westerplatte Katyń mianem ludobójstwa, jednak nigdy nie przeszło mu przez gardło nazwanie tym terminem zbrodni dokonanej przez OUN-UPA. Jeśli ludobójstwem jest zabicie strzałem w tył głowy 20 tysięcy oficerów Wojska Polskiego, to dlaczego nie jest nim zabicie przez sotnie UPA 120 tysięcy Polaków na Wołyniu i Podolu? Mordowanych – dodajmy – od kołyski po starców.  Ta dwoistość spojrzenia kompromituje Lecha Kaczyńskiego, czyniąc jego tak zachwalane „bitwy o prawdę” zwyczajną rozróbą. Albowiem – jak widać – nie o prawdę tu chodzi, tylko o realizację chorej koncepcji geopolitycznej, już całkowicie skompromitowanej.
Prezydent RP oburzył się na to, że jakiś rosyjski pismak nazwał Józefa Becka „agentem niemieckim”, ale był to tylko pismak, tymczasem nie oburza go wcale, że jego przyjaciel Wiktor Juszczenko, prezydent Ukrainy,  chce nadać tytuł „bohatera Ukrainy” katowi Polaków Romanowi Szuchewyczowi a mówi się też o nadaniu Akademii Służby Bezpeky imienia tego samego zbrodniarza. W Rosji Putin nie chce nadawać tytułu bohatera tego kraju Berii czy Stalinowi, nie buduje pomników NKWD, Rosja uznała mord w Katyniu za zbrodnię stalinowską – to jednak prezydentowi RP nie wystarcza. Jego wrażliwość na kwestię dumy narodowej jakoś dziwnie nie cierpi, kiedy na Ukrainie stawiane są pomniki Bandery, Szuchewycza, Klaczkiwskiego czy SS Galizien. Nigdy nie zaprotestował, nigdy nie zganił swojego „towarzysza broni”, który to wszystko wspiera.
Historyczne harce ośrodka prezydenckiego uderzają też w polskie mity narodowe, w polską wrażliwość i dumę. Na monecie wydanej przez Narodowy Bank Polski poświęconej Westerplatte zabrakło… mjr. Henryka Sucharskiego. Media twierdzą, że to podszepty prezydenta sprawiły, że legendarny polski dowódca nie znalazł uznania i ustąpił miejsca kpt. Franciszkowi Dąbrowskiemu, który ponoć dowodził wbrew Sucharskiemu, bo ten chciał się wcześniej poddać, bo wiedział, że pomoc nie nadejdzie. Postawy straceńcze są bliższe prezydentowi. Ciekawi mnie tylko jedno – skoro wykasowało się z pamięci Sucharskiego, bo rzekomo nie dowodził w kluczowym momencie bitwy, to czy prezydent wykasuje przy okazji 90. rocznicy Bitwy Warszawskiej Józefa Piłsudskiego, który naprawdę nie dowodził w kluczowym momencie batalii w 1920 roku i w dodatku się załamał, a bitwę przeprowadził gen. Tadeusz Rozwadowski? Pytanie retoryczne – prezydent stosuje swoje zasady wybiórczo, ma podwójną optykę i stosuje podwójne standardy. Tylko po co to zadęcie i wmawianie ogółowi, że chodzi o honor, prawdę i dumę?

Brak komentarzy

Sep 01 2009

Tę partię wygrał Tusk

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Polityka międzynarodowa jest trudną materią, wymagającą profesjonalizmu i taktu. Mówienie na oficjalnych spotkaniach z przywódcami czołowych państw europejskich wszystkiego co się myśli, folgowanie własnym, niepohamowanym namiętnościom – jest karygodnym błędem. Niestety, prezydent Lech Kaczyński tak właśnie postępuje. Jego przemówienia na Westerplatte nie były wystąpieniami prezydenta RP, to były wystąpienia agitatora. W ten sposób nie przemawia się na takich uroczystościach. Kaczyński sam, z własnej woli, oddał pole Donaldowi Tuskowi – bo to Tusk mówił jak prezydent państwa. Tusk wiedział, że Lech Kaczyński nie wytrzyma i „wygranie” i chętnie zgodził się na podział ról – pan prezydent będzie mówił o przeszłości, a ja o przyszłości. W ten sposób zastawił na Kaczyńskiego pułapkę – bowiem naród zobaczył raz jeszcze, że Kaczyński nie jest zdolny do racjonalnego myślenia i racjonalnego zachowania – a Tusk jest.
W kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich była to – ze strony premiera – mistrzowska rozgrywka. Bo to Tusk ściągnął do Gdańska ponad 30 ważnych polityków z Europy – ściągnął nawet Putina, który – teoretycznie –powinien nie przyjechać, biorąc pod uwagę fakt, że polskie media i wielu polityków zrobiły z Rosji głównego odpowiedzialnego za wybuch wojny, a 1 września obchodzony jest tak, jakby to był 17 września. Putin mógł bez żadnego ryzyka zrezygnować z przyjazdu, i w Rosji, i na świecie nikt by się temu nie dziwił. A jednak przyjechał – by pokazać między innymi to, że z obecnym rządem da się rozmawiać. Był to m.in. sygnał do polskiej opinii publicznej, zmęczonej rusofobią – patrzcie, to jest mój partner polityczny, z którym będę rozmawiał, on może być waszym prezydentem. I Tusk to także zrozumiał – bo tak naprawdę przyjazd Putina to wielki sukces premiera. Tym bardziej, że media uczyniły z Putina postać centralną tych uroczystości. Nie Merkel, nie Fillon, nie Berlusconi, nie Tymszoneko, nie Milliband – ale właśnie on – Władimir Władimirowicz Putin. A Tusk grę podjął – zaprosił Putina na molo, z nim prowadził najważniejsze rozmowy, i jasno zdystansował się od filozofii politycznej prezydenta, który z historii (w ujęciu antyrosyjskim) uczynił centralny punkt swojej polityki.
Tymczasem politycy PiS – Paweł Kowal czy Karol Karski – próbują przekonywać, że oto mamy wielką klapę, a tylko prezydent „uratował honor Polski”. Nie wiem, czy to jest stanowisko całego PiS, ale wydaje się, że tak. Oznacza to, że partia ta nie wyciąga wniosków. Grzęznąc w koleiny rusofobii, coraz bardziej groteskowej i nie akceptowanej przez większość Polaków, a nawet przez zwolenników PiS – samo sobie szkodzi. Nikt rozsądny nie będzie chciał, by Polską rządziła formacja, która nie potrafi prowadzić elementarnego dialogu z wielkim państwem i naszym sąsiadem, jaki jest Rosja, formacja, której symbol, jakim jest prezydent – kojarzony jest z międzynarodowym awanturnictwem i zacietrzewieniem.

Brak komentarzy

Aug 30 2009

Telewizja „Rossija” łapie równowagę

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Tak to jest na tym świecie, że wiadomości złe i skandaliczne rozchodzą się szybko, inne zaś z trudem przebijają się na pierwsze strony, a często nie trafiają tam w ogóle. Nadany przez kanał telewizji „Rossija” „Viesti” film „Tajemnice tajnych protokołów” po dziś dzień jest przedmiotem ostrych polemik, gniewnych komentarzy, a nawet obelg. Tymczasem ten sam kanał nadaje kilka dni później (30 sierpnia) inny film, zatytułowany „II wojna światowa – dużo pytań, mało odpowiedzi”. W filmie nie ma już ani słowa o tajnym polsko-niemieckim protokole, jest za to pokazana walka polskiej armii z Niemcami, jest mowa o bohaterstwie żołnierzy polskich, jest o Westerplatte i obronie Warszawy. Co prawda jest i kilka wpadek, jak np. twierdzenie, że polska kawaleria atakowała czołgi (co w tym przypadku nie ma podtekstu złośliwego,  ma świadczyć o naszym bohaterstwie) i że Warszawa walczyła nawet po kapitulacji armii polskiej, jednak jest to znaczący postęp w stosunku do filmu poprzedniego.
Ważne jest też to, że w filmie pojawiają się historycy rosyjscy, którzy nie są już tak bezkrytyczni wobec decyzji kierownictwa stalinowskiego, jak ci występujący w filmie poprzednim. I tak, prof. Aleksander Czubarian mówi wprost, że rzeczą niedopuszczalną było łaszenie się przywódców sowieckich do Hitlera i pochwalne hymny na cześć ideologii hitlerowskiej (Mołotow). Pokazano także filmowe zdjęcia z parady wojsk sowieckich i niemieckich w Brześciu nad Bugiem. I choć w konkluzji stwierdzono, że Moskwa nie miała wielkiego wyboru i układ z Hitlerem był dla niej korzystny – to widać jasno, że film powstał, by zatrzeć przykre wrażenie po poprzednim. Zastąpienie jako głównego komentatora historycznego prof. Natalii Narocznickiej (słynącej z ordynarnych antypolskich filipik) przez prof.  Aleksandra Czubariana jest znamienne.
Zamieszanie wokół rocznicy wybuchu wojny, podgrzewane przez rosyjski „czarny gabinet” (to taka historyczna tradycja w Rosji) i przez naszych rusofobów – uświadamia nam, jak trudno będzie znormalizować polsko-rosyjskie stosunki. To paradoks, ale antypolskie wyskoki ze strony rosyjskiej są wodą na młyn antyrosyjskiego obozu politycznego u nas. Te dwa skrajne żywioły wręcz żyją dzięki sobie. Tę wojenkę Rosjanie zaczęli dlatego, że polscy eurodeputowani byli jednymi z promotorów głupiej uchwały Parlamentu Europejskiego potępiającego na równi hitleryzm i stalinizm. W Rosji odebrano to jako prowokację. Po części słusznie – bowiem Stalin był rzeczywiście zbrodniarzem, ale tak się złożyło, że stał na czele państwa, które od 1941 roku biło się z Hitlerem po stronie Zachodu i (tak!) Polski. Wszyscy bowiem byliśmy w koalicji antyhitlerowskiej. Nie była w niej ani Estonia, ani Łotwa, ani Litwa – dlatego uporczywe wspieranie ich przez nas w ich walce z Rosją na polu historycznym – jest bezsensowne i szkodliwe. I to państwo, któremu przewodził Stalin wojnę z Hitlerem wygrało – my zaś zachowujemy się tak, jakby po 1941 roku nic się nie wydarzyło. To ta głupia uchwała stała się, wszystko na to wskazuje, bezpośrednią przyczyną rosyjskiej ofensywy historycznej. Zarzucacie nam wspólnotę z Hitlerem, to my wam pokażemy, no i pokazano nam „tajny protokół polsko-niemiecki” i „agenta niemieckiego Becka”. Atak rosyjski był w złym stylu, to pewne, ale warto pamiętać, że na świecie wcale go tak nie odebrano, i Moskwa o tym wiedziała, bo na świecie Polska, ze swoimi fobiami i obnoszeniem się wyłącznie ze swoimi żalami – nie jest traktowana poważnie.

Brak komentarzy

Aug 25 2009

Chichot Ribbentropa

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Czytając niektóre polskie komentarze po emisji w telewizji „Rossija” filmu „Tajemnice tajnych protokołów” (23.08.2009) – Joachim von Ribbentrop pewnie szyderczo się uśmiechnął i westchnął: „Tak, wciąż jestem na pierwszych stronach, i to Rosjanie muszą się tłumaczyć za wywołanie wojny, a nie my, Niemcy”. Obejrzałem film po raz wtóry (pierwsza, skrócona wersja była emitowana kilka tygodni temu), mam o nim takie samo zdanie (w dużej mierze krytyczne) co przedtem, jednak biegunka publicystyczna w niektórych mediach w Polsce budzi zdumienie. Odnosi się wrażenie, że publicyści ci z utęsknieniem czekali na pretekst, by ostro dowalić Ruskim, i doczekali się. Za chwilę zacytuję trzy fragmenty takich publikacji, ale od razu powiem, że jedno jest pewne – panowie ci filmu nie oglądali, a o historii mają pojęcie nieco mgliste. Oto obiecane fragmenty: 

Łukasz Warzecha („Fakt”, 25.08.2009): „Chcę Pana [czyli Donalda Tuska] publicznie spytać; co ma Pan zamiar zrobić z Rosjanami? A konkretnie rzecz biorąc – jak ma Pan zamiar zareagować l września na bezprzykładną bezczelność i chamstwo, które od kilkunastu dni uprawia Moskwa poprzez media i dyżurnych historyków?
Wiem, że filozofia Pańskiego rządu to unikanie konfrontacji: uśmiechy, klepanie po plecach i załatwianie tego, co się da, po cichu. Ale Rosjanie w ostatnich dniach sprawili, że tej metody nie da się zastosować za kilka dni, gdy ma nas odwiedzić premier Putin – doświadczony kagiebowiec Tylko ktoś naiwny mógłby twierdzić, że wszystko to, co się skandalicznego mówi dziś w Rosji o rozpoczęciu wojny i roli Polski, dzieje się bez akceptacji i przyzwolenia, a nawet inspiracji Kremla. A Rosjanie przekraczają wszystkie granice. Czy w takiej sytuacji pozwoli Pan Putinowi odegrać spokojnie l września rolę zadowolonego z siebie przedstawiciela silnej Rosji? Czy może jednak zdobędzie się Pan na to, żeby przypomnieć mu, jak to Rosjanie szli ręka w rękę z Hitlerem, jak mordowali polskich oficerów, jak wywozili ludzi do Kazachstanu i zamykali w łagrach, jak na bagnetach wprowadzali po wojnie najgorszy na ziemi ustrój? Czy będzie Pan chciał zetrzeć trochę z twarzy rosyjskiego premiera ten bezczelny uśmieszek, czy też położy Pan uszy po sobie?”.

Niezły początek, prawda? Co za finezja, co za język? Kiedy czytam teksty Warzechy o Rosji, to wspominam go sprzed lat jako młodego UPR-wca z sympatiami narodowymi, obiecującego publicystę. I nie mogę się nadziwić, co się z nim stało. A oto drugi fragment. 

Marek Magierowski („Rzeczpospolita”, 25.08.2009): „Moskiewscy specjaliści od polityki historycznej malują dziś obraz Polski Anno Domini 1939 jako zgoła sojuszniczki nazistowskich Niemiec. To teza kłamliwa i bolesna, lecz na tyle grubiańska, że nie warto z nią polemizować. Aż trudno sobie wyobrazić, iż następcy speców z KGB, którzy niegdyś byli w stanie wcisnąć zachodnim dziennikarzom i intelektualistom każde łgarstwo, dzisiaj posługują się tak prymitywnymi metodami.
Skąd ta nerwowość? Skąd rozpaczliwe próby wywracania historii do góry nogami? Otóż Kreml zdaje sobie sprawę, że bohaterstwo radzieckiego żołnierza w czasie wojny z faszyzmem jest jedną z niewielu rzeczy, jaką ma światu do zaoferowania i z której może być dumny. Cóż bowiem zostanie Władimirowi Putinowi i Dmitrijowi Miedwiediewowi, jeśli obedrzemy współczesną Rosję z legendy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej?
Pozostanie biedne, zakompleksione państwo, które nie może znieść faktu, iż przegrywa w cywilizacyjnym wyścigu nie tylko z Ameryką, Niemcami i Francją, ale także z Chinami i Brazylią. Które bardzo chciałoby być szanowaną potęgą, choć robi wszystko, by ów szacunek – szczególnie u sąsiadów – utracić. Które mogłoby kojarzyć się światu ze wspaniałymi muzykami, tancerzami i naukowcami, ale woli się kojarzyć z wojnami gazowymi, morderstwami dziennikarzy i nagim torsem swojego smutnego premiera”.

Spora, jak widać, porcja jadu i nieskrywanej nienawiści do „biednego, zakompleksionego państwa”. No i znowu ten wątek kagiebowski, to prawie samograj. No i z tym „zakompleksieniem” to chyba pobożne życzenia, wielu ludzi w Europie jest przekonanych, że to my jesteśmy zakompleksieni. I wreszcie trzeci przypadek, na deser.

Rafał Ziemkiewicz („Rzeczpospolita”, 24.08.2009): „Rosyjska “polityka historyczna” ma szczególny rys. Rosjanie, w przeciwieństwie do innych nacji, nie silą się na wymyślanie kłamstw, które brzmiałyby choć odrobinę prawdopodobnie.  Nie zostawiają pola na udawanie, że się bierze ich wersję za dobrą monetę. Rosjanie, potrząsając pięścią, każą światu przytakiwać oczywistym bzdurom, kategorycznym stwierdzeniom, że czarne jest białe. I zazwyczaj osiągają to, że Zachód, akceptując gwałt na prawdzie, staje się jego współsprawcą.
Tak jest z wciąż podtrzymywaną przez Moskwę stalinowską wersją paktu z Hitlerem i początku II wojny. Rosja wciąż w żywe oczy zaprzecza istnieniu tajnego protokołu, choć ten protokół z odręcznymi podpisami i mapami znaleziono po wojnie w niemieckich archiwach. Rosja podtrzymuje propagandowe kłamstwo, jakoby Stalin wspólnie z Hitlerem likwidował dzielące ich państwa buforowe i obdarowywał go milionami ton benzyny, rudą, metalami kolorowymi, wszystkim w ogóle, czego Hitler bez niego nie miał, a bez czego nie mógłby rozpętać wojny na wielką skalę – żeby wojnie zapobiec! To przecież równie logiczne, jak dać podpalaczowi zapałki i bańkę nafty i mówić, że to dla zapobieżenia pożarowi!
Jeszcze jako prezydent Władimir Putin konsekwentnie odmawiał wizyty w Polsce, rozmów o bieżących stosunkach, o sprawach gospodarczych, z godną jego poprzedników logiką oskarżając Polskę, że ciągle się skupia na historii. Jako premier zgodził się przyjechać wyłącznie na 1 września i wyłącznie po to, aby mówić o historii. Aby publicznie, rocznicowo, oficjalnie podtrzymać kłamstwa stalinowskiej, sowieckiej propagandy, licząc na to, że sterroryzowani naciskami ze Wschodu i z Zachodu przedstawiciele polskich władz uwiarygodnią je milczeniem. Czy możemy mieć nadzieję, że się co do tego przeliczy?”.

Pan Rafał im starszy, tym bardziej zadufany w sobie i tym bardziej powierzchowny i prostacki, choć zdarzają się mu się dobre teksty. Jednak tak jak w przypadku Łukasza Warzechy traci nerwy, kiedy pisze o Rosji. Dziwna przypadłość, jak na prawicowych publicystów. Najgorsze jest to, że pan Rafał pisze kłamstwa z takim przekonaniem, że chyba w to wierzy. Tu podam tylko, że takim kłamstwem jest zdanie: „Rosja wciąż w żywe oczy zaprzecza istnieniu tajnego protokołu, choć ten protokół z odręcznymi podpisami i mapami znaleziono po wojnie w niemieckich archiwach”. Nie wiem, skąd ta teza, bo nawet w atakowanym przez niego filmie, jak i materiale nadanym tego samego dnia przez kanał Viesti, pokazano fotokopie tajnego protokołu, jak również zacytowano kluczowy jego fragment ilustrując to czytelną mapą. Jeśli pisze się w takim dzienniku jak „Rzeczpospolita”, jeśli pisze się na taki temat, pełen min i raf – to nie może być mieć miejsca na fuszerkę, na łatwiznę intelektualną, na – powiedzmy to otwarcie – hucpę.

A teraz o filmie. Przede wszystkim jest on zrobiony bardzo profesjonalnie od strony warsztatowej, nie ma w nim dłużyzn, jest świetnie opracowany od strony graficznej. To dobra filmowa robota. Inna sprawa to treści serwowane przez komentarz lektora. Z tego punktu widzenia film jest tendencyjny, bo w komentarzach przewija się troska o wytłumaczenie Stalina za decyzje o zawarciu paktu. Niedopuszczalne jest także polemizowanie z głosami prezentowanych przed chwilą historyków. Np. w filmie często pojawia się polski historyk dr Sławomir Dębski, autor monumentalnej pracy o stosunkach sowiecko-niemieckich w latach 1939-1941. Po jego wypowiedzi, że pogłoski o tym, że Polska podpisała z Niemcami „tajny protokół” to propaganda, lektor komentuje: „Pan Dębski się myli”. Gwoli wyjaśnienia, w filmie pokazano francuską gazetę lewicową z 1935 r. z tekstem rzekomego tajnego protokołu polsko-niemieckiego z 1934 roku. Rzeczywiście, prasa na Zachodzie była wówczas przekonana o istnieniu takiego paktu, co wzmocniło podejrzliwość w stosunku do Polski. Jednak takiego protokołu nigdy nie było i nikt nigdy nie znalazł go w jakimkolwiek archiwum. W filmie o tym jednak ani słowa. Z drugiej strony, pojawianie się takich pogłosek musiało wpływać na wrogie nastawienie Moskwy w stosunku do Polski, i trudno temu przeczyć.

Generalnie film stara się, na bardzo obszernym tle, pokazać trudną sytuację geopolityczną ZSRS w tym czasie, obawę przed zachodnim pochodem na Moskwę (z udziałem Polski). Rolę czarnego Piotrusia w filmie gra jednak nie Polska, lecz Wielka Brytania. To to państwo jest przedstawiane jako główny prowokator i podżegacz. Na koniec jednak to głos polityka brytyjskiego przywołany jest jako proroczy. To głos Winstona Churchilla, który po wkroczeniu wojsk sowieckich Polski, w przemówieniu radiowym 1 października 1939 roku, powiedział m.in.: „Rosja w swoim postępowaniu kieruje się zimnym wyrachowaniem. Oczywiście wolelibyśmy, by wojska rosyjskie stały na zajmowanej przez siebie linii jako przyjaciele i sprzymierzeńcy Polski, a nie zaś jako najeźdźcy. Jednakowoż dojście wojsk rosyjskich do tej właśnie linii było konieczne dla bezpieczeństwa Rosji w związku z niemieckim zagrożeniem. Tak czy inaczej, wojska te są tam, gdzie są i nie ulega wątpliwości, że w ten sposób powstał front wschodni, którego nazistowskie Niemcy nie mają odwagi zaatakować. Trudno doprawdy przewidzieć, co zrobi Rosja. Jest to największa zagadka, jaką można sobie wyobrazić. Być może jednak istnieje klucz do rozwiązania tej zagadki. Tym kluczem jest rosyjski interes narodowy. W owym interesie na pewno nie leży, by Niemcy usadowiły się nad Morzem Czarnym lub podbiły państwa nadbałkańskie i podporządkowały sobie wszystkie ludy słowiańskie południowo-wschodniej Europy. To byłoby sprzeczne z historycznymi interesami Rosji”.

Szokujące? Ale prawdziwe. Na koniec wypowiada się także dr Dębski, mówiąc o tym, że historia może służyć albo do rozniecania konfliktów albo dialogowi i pokojowi. W filmie dwukrotnie pojawia się też inny polski historyk, prof. Marian M. Drozdowski.

Dodam tylko, że w materiale nadanym w stacji Viesti tego samego dnia stwierdzono, że w tym czasie wszystkie kraje postępowały niemoralnie, starając się zabezpieczyć swoje interesy. Wynika z tego, że tak postępowała także Rosja sowiecka. Stwierdzono także, że podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow było sprzeczne z dotychczasową polityką Moskwy i spotkało się ze zdumieniem przeciętnych obywateli sowieckich. I tyle w temacie. A panom cytowanym wcześniej radzę – nieco więcej spokoju, profesjonalizmu  i poszerzenia wiedzy na tematy historyczne.

Brak komentarzy

« Prev - Next »