Feb 15 2010

Została tylko Borys…

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Konflikt na Białorusi, sztucznie podtrzymywany przez nieliczną grupę Andżeliki Borys (mylnie określaną przez media mianem „polskiej mniejszości”) – jest okazją dla prezydenta RP i dla PiS, ale także dla premiera na odrobienie strat poniesionych na Ukrainie. Obóz prezydenta Lecha Kaczyńskiego wysoko podniósł bojowy topór, chcąc zatrzeć nieprzyjemne wrażenie, kiedy milczał całymi latami tolerując antypolskie wyskoki administracji prezydenta Wiktora Juszczenki oraz realizowaną na zimno politykę zwalczania polskości na Litwie. Obecna gorliwość i radykalizm brzmią więc nie tylko fałszywie, ale i obłudnie. Żal słuchać wypowiedzi przybocznych pana prezydenta, prześcigających się w radykalnych pomysłach zaradzenia powstałej sytuacji. Wypowiedzi te kompromitują wypowiadających je, ale co gorsza opinie wygłaszane w mediach przez przedstawicieli innych sił politycznych nie są wcale mądrzejsze. To co w nich uderza, to kompletna ignorancja, nieznajomości realiów życia Polaków na Białorusi i obrzydliwy serwilizm wobec mediów, które praktycznie w 100 procentach grają „na Andżelikę”. Prym w judzeniu wiedzie rzecz jasna „Gazeta Wyborcza”, a w ogonie tego peletonu wlecze się też – niestety – „Nasz Dziennik”, choć powinien, jako gazeta katolicka, być bardziej obiektywny, zważywszy na stanowisko Stolicy Apostolskiej i Kościoła katolickiego na Białorusi.
Wrzawa wokół „prześladowań” grupy Borys jest nieproporcjonalna w stosunku do rangi problemu. Nasi wielcy stratedzy polityki mesjanistycznej i mocarstwowej doznali sromotnej klęski na Ukrainie i zamiast wyciągnąć wnioski próbują to zakrzyczeć radykalizmem antybiałoruskim. Przypomina to scenę z filmu „Ogniomistrz Kaleń”, kiedy podczas rozmów oddziału „Żubryda” z dowództwem sotni UPA, dochodzi do sporu i poirytowany polski dowódca rzuca w kierunku upowców takie słowa: „Dali wam w d… na Ukrainie, to żeście się tutaj przenieśli”. Tak jest i teraz – awanturnictwo grupy Borys to ostatni „bastion” tzw. polskiej polityki wschodniej. Bastion ten jest słabiutki, ale ma za to niezłe nagłośnienie medialne. 
Paradoks polega na tym, że Białoruś jest jedynym krajem za naszą wschodnią granicą, który nie próbuje zacierać śladów polskiej kultury i dziedzictwa. Odbudowuje się wielkim nakładem środków Zamek Radziwiłłów w Nieświeżu (z Muzeum Narodowego w Warszawie ściągnięto tam już kopie wszystkich portretów Radziwiłłów), pięknie utrzymane jest Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku, zrekonstruowano dworek Tadeusza Kościuszki. Władze białoruskie zabiegają o bardzo dobre stosunki z Kościołem katolickim, pielgrzymka Benedykta XVI na Białorusi jest tuż tuż. Tymczasem w Warszawie w ogóle się tego nie zauważa, podtrzymuje się realizację planu politycznego rodem z okresu rządów Georga Busha, która to amerykańska administracja, władczym głosem Condoleezy Rice, nakazała nam „walkę o demokrację” na Białorusi. Wtedy to – wychodząc temu poleceniu naprzeciw – uznano, że neutralności polityczna Związku Polaków na Białorusi jest nie do przyjęcia, bo ZPB powinna wesprzeć rachityczną i nie mającą żadnego wpływu białoruską „opozycję demokratyczną”. Aby ten plan zrealizować, należało doprowadzić do usunięcia władz ZPB – zadanie to wykonała grupa Borys. I od tej pory nie zajmuje się prawie niczym tylko jątrzeniem, dzieleniem, zastraszaniem Polaków nie mających ochoty na taką „politykę”. Czuje się pewna, bo zapewniono jej „wkład finansowy” (sprawa ta objęta jest ścisłą tajemnicą, nikt nie wie, ile i w jakim trybie jest to realizowane). Ma też potężny bat na Polaków – ona ustala, kto z Polaków znajdzie się „czarnej liście” osób nie wpuszczanych do Polski, mimo że ona sama wyjeżdża z Białorusi kiedy chce i wraca kiedy chce. To wyjątkowa podłość. Efekt – ogromna większość Polaków nie chce mieć nic wspólnego ani z legalnym ZPB Siemaszki, ani z grupą Borys. Prości ludzie nie chcą, by uniemożliwiono im wjazd do ojczystego kraju, by np. odwiedzić bliskich (a takiej możliwości pozbawiano grupę ok. 200 działaczy legalnego ZPB – nikt nie zna na jakiej podstawie i jakim trybem tę listę utworzono).
Władzom Białorusi dziwić się raczej nie należy – w Mińsku nie rządzą idioci, wiedzą, jak doszło do kryzysu, jakie były cele tej operacji (i jakie instytucje ze strony polskiej to realizowały) i co tak naprawdę ma za zadanie robić grupa Borys. Mińsk wie też doskonale, że 90 proc. Polaków głosuje na Łukaszenkę i grupa Borys nie ma żadnego realnego poparcia. Można jednak domniemywać, że dla niektórych ośrodków władzy w Mińsku działalność grupy Borys jest na rękę, bo praktycznie osłabia znaczenie polskiej mniejszości i paraliżuje działalność ZPB (tego legalnego). Wskazywać na to może wyjątkowa tolerancja dla samej Borys, która nawet po występach w Strasburgu, gdzie jako obywatelka Białorusi oskarżała jej władze o wszystko co najgorsze – swobodnie wróciła do kraju i nadal prowadziła swoją rozrabiacką aktywność. A przecież Mińsk mógł powiedzieć tak – Warszawa bezprawnie nie wpuszcza na swoje terytorium naszych obywateli polskiego pochodzenia, więc my zakazujemy wjazdu pani Borys. Nic takiego nie miało miejsca.
Jest pewne, że grupa Borys to relikt postzimnowojennej polityki „neokonów” w USA. Łatwo było w to wejść, ale bardzo trudno się z tego wygrzebać. Miał pomysł rok temu Radosław Sikorski, który zaproponował jednoczesne ustąpienie Józefa Łucznika z legalnego ZPB i pani Borys z ZPB nielegalnego. Taka opcja zerowa miała doprowadzić do wyboru na szefa zjednoczonego ZPB kogoś strawnego zarówno dla Mińsk, jak i dla Warszawy. Plan był dobry, ale larum podniosła Borys i premier, bojąc się utarty kilku punktów procentowych i gniewu mediów – nakazał wstrzymać realizację planu. Dzisiaj mamy tego gorzkie owoce, a Sikorski stał się celem ataku zarówno prezydenta i PiS, jak i części PO. To takie harce przed wyborami prezydenckimi. Skandaliczne jest w tym to, że Polacy na Białorusi są tylko i wyłącznie pionkiem w tej politykierskiej gierce. Przypadek ten jest również dowodem na to, jak w niby pluralistycznym i demokratycznym kraju można manipulować opinią publiczną i kłamać na potęgę. Optymistyczne jest tylko to, że coraz większa liczba Polaków w to już nie wierzy, wystarczy poczytać internetowe fora.

Brak komentarzy

Feb 09 2010

Instytut Pamięci Ukraińskiej Powstańczej Armii

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Kiedy jeden z moich kolegów wyszperał w Internecie, na stronie IPN, kilka nazwisk w „Indeksie represjonowanych w PRL z powodów politycznych” i mi je pokazał – nie mogłem uwierzyć i przeczytałem dwa razy. Nie, pomyłki nie było. Pod literą „B” znaleźliśmy od razu cztery nazwiska „bojowców” UPA schwytanych w roku 1947 przez polskie lub czechosłowackie organa bezpieczeństwa. Znalezienie się upowców na tej liście to swego rodzaju nobilitacja – „represjonowani z powodów politycznych” – to brzmi jak wyróżnienie i oddanie hołdu. Dodam tylko, że IPN nie zdecydował się umieścić w tym rejestrze np. Lecha Wałęsy, ale zdecydował  się na umieszczenie członków sotni UPA grasujących w Bieszczadach, zabijających polskich żołnierzy i palących polskie wsie.
Podajmy kilka przykładów. Wasyl Brewka (ur. 8 VIII 1915), analfabeta, członek sotni „Hromenki” (tej z filmu „Żelazna sotnia”), Brał udział w atakach na jednostki WP w Uluczu i w lesie k. Dobrzanki. Wyrok śmierci wykonano 1 X 1947 r. W kwestionariuszu wymienia się nazwiska „osób represjonujących”, czyli w tym przypadku pracowników Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Rzeszowie i pionu sądowego w Grupie Operacyjnej „Wisła”. Następny delikwent: Józef Boczkowski (ur. 8 VIII 1926), 4 klasy szkoły powszechnej, członek UPA, brał udział w napadach na jednostki WP i jednostki czechosłowackie. Następny: Bryliński Stefan (ur. 20 IX 1922), 5 klas szkoły powszechnej, członek sotni „Osypa”, potem „Burłaki”, oskarżony m.in. o „usiłowanie oderwania od Państwa Polskiego części jego obszaru”. Wyrok śmierci wykonano  28 IX 1948. I wreszcie Bochniak Adam (ur. 5 X 1925), 4 klasy szkoły powszechnej, członek sotni „Hrynia”, brał udział m.in. w ataku na Baligród i podpalaniu wsi polskich. Wyrok śmierci wykonano 2 IV 1949 r.
To tylko kilka przykładów – na liście figurują dziesiątki nazwisk członków UPA. Powstaje pytanie – jak to się stało, że w tym rejestrze umieszczono upowców? Jakie były przesłanki merytoryczne i polityczne? Można łatwo się domyśleć, że za takim rozwiązaniem stoi grupa pracowników IPN o wyraźnie probanderowskiej proweniencji. Są oni w IPN od samego początku, kiedy instytucja ta była pod kontrolą Unii Wolności. To ci pracownicy razem z naiwnymi polskimi historykami opracowali sławetny „Atlas podziemia niepodległościowego”, w którym straty UPA w walce w WP i KBW wliczono lekką rączką do strat polskiego podziemia! Mimo że w ogromnej większości przypadków podziemie polskie zwalczało UPA gdzie tylko się dało.  Czy jednak hasełko „walki z komuną” może być aż tak zaczadzające, by godzić się na taką manipulację? Czy w imię tej obsesji mamy stawiać pod pręgierzem żołnierzy WP i KBW (w dużej części pochodzących z Kresów, często członków Samoobrony i AK), a wynosić na piedestał członków organizacji, która nosi na sobie piętno zbrodni ludobójstwa? Czy polscy kierownicy IPN (najpierw Kieres, teraz Kurtyka) nie mogą zrozumieć, że gdyby po 1945 roku nastała Polska „londyńska”, to także rozprawiłaby się z UPA, bo chodziło tu nie tylko o zapewnienie spokoju i bezpieczeństwa, ale i rację stanu? Kto więc w tej poronionej logice jest zbrodniarzem a kto bohaterem – gen. Stefan Mossor, przedwojenny oficer, wybitny sztabowiec, dowodzący Grupą Operacyjną „Wisła”, czy analfabeta z sotni „Hromenki”? To wstyd, że musimy dzisiaj zadawać takie pytania.
Pisałem nie raz, że IPN to instytucja zbudowana na fundamentach fałszywej ideologii, w dużej mierze antypolskich. Sprytnie podrzucona przez pogrobowców UPA idea „walki z komuną” sprawia, że IPN poluje na Polaków z WP i KBW a na listę represjonowanych wciąga analfabetów z sotni „Hromenki”. I to ma być budowanie fundamentów „wolnej Polski”? Czy w imię mitycznej walki z nie istnieją „komuną” musimy się jako państwo i naród tak upokarzać? I do czego to wszystko doprowadziło? – do totalnej kompromitacji w skali międzynarodowej, kiedy patron tej historycznej wizji na Ukrainie, Wiktor Juszczenko, uznał Banderę „Bohaterem Ukrainy”. IPN ma w tym swój udział, bo ściśle współpracował ze swoim probanderowskim odpowiednikiem w Kijowie, dostarczając mu dokumenty archiwalne na temat „prześladowań” UPA i wpisując na „listę represjonowanych w PRL” członków tej zbrodniczej organizacji. Niech o tym wiedzą ci wszyscy wrzeszczący, że zamach na IPN, to niemal zamach na Polskę.

Brak komentarzy

Feb 06 2010

Dobry komunista, to nasz komunista

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Mój przyjaciel Maciej Eckardt raczył uznać, że film „Towarzysz Generał” jest dobry, dynamiczny, przekonujący. Hmm… Jego prawo, ja jednak nadal uważam, że to gniot, i to do tego niesmaczny. Nie o tym jednak. W jednym z wpisów na swoim blogu Maciek pisze o tym, jak redaktorzy Żakowski i Mazowiecki bronili Jaruzelskiego przed zarzutem antysemityzmu i dokonania „czystki antysemickiej w armii”, co skłoniło go do konstatacji, że działają wedle zasady „dobry antysemita, to nasz antysemita”. Ja przed tym – przyznam – dziwacznym zarzutem broniłbym Jaruzelskiego w inny sposób niż Żakowski, ale niech tam…
Wydaje mi się, że wbrew piejącym na cześć gniota filmowego o Jaruzelskim, inny aspekt sprawy jest o wiele bardziej interesujący i bulwersujący. Oto integralnym antykomunistom w ogóle nie przeszkadza fakt, że na pierwszą linię ognia twórcy filmu rzucili „komuchów” co się zowie – politruka z pionu politycznego LWP, płka Lecha Kowalskiego, i szefa POP PZPR w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego prof. Pawła Wieczorkiewicza. Obaj są zresztą najbardziej zaciekli. Red. Rafał Ziemkiewicz i inni mówią – No i co z tego? O co chodzi? Przecież mają prawo do zmiany poglądów a poza tym ważne jest to, co mówią. Owszem, mają, tylko, że istnieje coś takiego jak elementarne poczucie przyzwoitości. Gdyby któryś z tej dwójki „zbuntował” się przed 1989 rokiem, to miałby prawo do wystąpienia w filmie w roli sędziego, prawo moralne. Ale nie, obaj panowie tkwili w strukturach „totalitarnego państwa”, by użyć formułki zrozumiałej dla adeptów szkoły ipn-owskiej  – do końca, czyli do 1990 roku. Ich aktywność nosi więc cechy koniunkturalizmu. Piszę o tym z pewną niechęcią, bo znałem prof. Wieczorkiewicza jako wspaniałego historyka, zwolennika realizmu politycznego, opowiadającego się za przyjaznymi stosunkami z Rosją (mówił mi o tym jeszcze w drugiej połowie lat 90.), uznającego szkołę Romana Dmowskiego za najbardziej przydatną dla Polski. Jego nagłego zwrotu na przełomie lat 90. XX w. i na początku XXI w. nie rozumiałem i nie akceptowałem. W tym co zaczął wtedy robić trudno dostrzec szlachetność i obiektywizm. Jego nowi zwolennicy albo udawali, że nic nie wiedzą, że był to prawie przez całe życie „komuch”, albo rzeczywiście nie wiedzą, uznając że pan profesor bojownikiem „z komuną” był. Dla mnie nie miało znaczenia, że profesor był szefem POP PZPR, ba, wtedy, kiedy studiowałem na UW o tym nawet nie wiedziałem. Jednak obecnie, kiedy dzieją się w dziedzinie nauk historycznych (choć trudno to nazywać teraz nauką) rzeczy skandaliczne, kiedy nazwisko profesora stało się dla wielu symbolem „walki z komuną”, kiedy Sławomir Cenckiewicz pisze na narodowcach w PRL jako o „endekoesbecji” i jednocześnie uznaje Wieczorkiewicza za swojego mistrza – milczeć nie można. Za dużo tu bowiem szulerstwa i oszustwa, za dużo niegodziwości.
Płk Lech Kowalski był oficerem politycznym LWP i honor oficera nakazywałby, by nie kalać własnego gniazda, a więc w najlepszym przypadku milczeć lub zajmować się czymś innym niż wylewaniem pomyj na swojego byłego szefa. Jego postawa spotkała się z jednoznacznym potępieniem środowiska i ja się temu nie dziwię. Ale cóż, honor – to towar deficytowy.
Omawiana sprawa nie jest wyjątkowa. Mamy bowiem we współczesnej Polsce cały tabun byłych „komuchów” maszerujących w pierwszym szeregu antypeerelowskiej krucjaty. Dla poczucia własnego bezpieczeństwa, dla zaistnienia w nowej rzeczywistości, chcąc się podlizać nowym władcom dusz – mszczą się na swoich byłych szefach, na państwie, któremu służyli, na wszystkim, co wiąże się z ich życiem w tamtych czasach. Nie będę wymieniał nazwisk – znane są dobrze. Mamy byłego aktywistę TPPR – obecnie naczelnego rusofoba RP publikującego – o zgrozo – w katolickim dzienniku; mamy literata piszącego antykomunistyczne kawałki do jednego z hurrapatriotycznych tygodników, który w latach 50. donosił ; mamy speca od mediów, publicystę  i wielkiego „antykomunistę”, który w latach 80. gościł w studiu TVP samego Generała Jaruzelskiego i bił przed nim czołem; mamy satyryka, który istnieje jako artysta tylko dzięki PRL, absolwenta Wyższej Szkoły Nauk Społecznych – plującego na tenże PRL, że aż miło; mamy wybitnego pisarza wydającego w PRL setki tysięcy egzemplarzy książek o epoce napoleońskiej, a obecnie uznającego się za jednego z najbardziej poszkodowanych „przez komunę” i do tego ofiarę KGB. Itd. Itp.
Jest taka scena w filmie „Aleksander”, kiedy po przegranej bitwie z Macedończykami król Presów Dariusz ucieka przez pustynię i zostaje zdradzony przez swoich dowódców, którzy go zabijają mając nadzieję, że się wkupią w łaski zwycięzcy. Jednak ten każe ich ściąć – bo okazali się zdrajcami i zabili swojego pana. My jednak żyjemy w czasach, kiedy przynoszących na tacy głowę Jaruzelskiego wita się w obozie zwycięzców z fanfarami, nagradza i daje za przykład do naśladowania. Takie to niehonorowane i paskudne czasy.
Wracając wszakże do początku – okazuje się, że „dobry komunista, to nasz komunista”. Dobrzy nie są tylko ci, którzy nie robią ze swojej gęby cholewy, nie przebierają się co kilka lat w nowe ciuchy maskujące, nie wyskakują na publiczną scenę z palcami w kształcie „V” krzycząc „Precz z komuną!”. Ja jednak – pozwolisz Maćku – zachowam większy szacunek dla tych „złych komunistów” a nie tych „dobrych”.

Brak komentarzy

Feb 03 2010

Bandera i Putin pogrzebali prezydenta RP

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Lech Kaczyński jest w dołku – jest coraz bardziej osaczony i osamotniony. W głównej mierze to rezultat jego nieprzemyślanej, tromtadrackiej polityki zagranicznej. Symbolicznym zakończeniem tej polityki była sromotna przegrana jego „przyjaciela” Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich na Ukrainie, połączona z ze swoistym ciosem w plecy w postaci nadania przez tegoż Juszczenkę tytułu Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze i uznanie całej organizacji OUN-UPA za „bojowników za wolność”. Jakby na ironię – kilka dni wcześniej ambasador Ukrainy w Polsce wręczył kilku proprezydenckim politykom (Aleksandrowi Szczygło, Mariuszowi Handzlikowi, Pawłowi Kowalowi i Markowi Kuchcińskiemu) wysokie ordery „za zasługi” w „umacnianiu współpracy polsko-ukraińskiej”. Tak oto cała prezydencka ekipa znalazła się w sytuacji co najmniej niezręcznej, wystawiona przez swojego ukraińskiego „przyjaciela” na pośmiewisko i potępienie opinii polskiej
Podczas gdy obóz Kaczyńskiego zaległ w banderowski bagnie – obóz Donalda Tuska dostał niemal w tym samym momencie wsparcie z Moskwy. Zaproszenie wystosowane do Tuska przez premiera Władimira Putina na wspólne obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, choć oczekiwane – przyszło w chwili bardzo dla polskiego premiera korzystnej. Polacy, zmęczeni ekscesami „polskiej polityki wschodniej” w wydaniu PiS i Lecha Kaczyńskiego, zniesmaczeni poziomem ukraińskiego i gruzińskiego partnera prezydenta RP – zaczynają doceniać walory „nowej polityki wschodniej” Tuska. Już zeszłoroczna wizyta Putina na Westerplatte była, wbrew publicystycznej wrzawie w mediach, sukcesem. Przy okazji okazało się, że tzw. przeciętny Polak rusofobem nie jest, Putina chciały zobaczyć setki ludzi gromadzących się pod Grand Hotelem w Sopocie. To nie tylko ciekawość, to także oczekiwanie na pozytywny przełom w polsko-rosyjskich relacjach. Putin jest zręcznym politykiem, wyczuł tę atmosferę i postanowił postawić kropkę nad „i”. Katyń ma być dla Rosji i Polski okazją do wspólnego potępienia stalinizmu niszczącego i Polaków, i Rosjan, w duchu oświadczeń rosyjskiego Kościoła prawosławnego, prezydenta Dmitrija Miedwiediewa i wreszcie samego Putina. Trudno sobie wyobrazić, żeby było inaczej.

Brak komentarzy

Feb 02 2010

Towarzysz Knot

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Wyemitowany w TVP 1 w porze największej oglądalności film Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka pt. „Towarzysz Generał”, poświęcony życiu Wojciecha Jaruzelskiego – jest, trzeba to jasno powiedzieć, knotem. Mieści się w konwencji filmów propagandowych, gdzie z góry zakłada się cele, jakie się chce osiągnąć – a potem skrupulatnie dobiera fakty lub pseudofakty. Jednocześnie jednak jest to film szalenie prostacki, naiwny, bowiem próbuje spojrzeć na niezwykle skomplikowany okres w historii Polski (1945-1989) przez okulary agitatora, który nie ma żadnych wątpliwości i szerszych przemyśleń, ale który wie kto jest zdrajcą a kto bohaterem, który liczy na to, że do widza przemówią uczucia a nie rozum, i który wreszcie liczy na to, że nikt tego nie zdemaskuje.  
Film jest knotem, bowiem główne role grają w nim ludzie kompletnie niewiarygodni – oni komentują zawiłości życiorysu Jaruzelskiego i PRL, a właściwie nie komentują, tylko oskarżają. Na prokuratorskiej ławie zasiedli – płk Lech Kowalski, były politruk, członek PZPR (on gra pierwsze skrzypce), nieżyjący już prof.. Paweł Wieczorkiewicz, było sekretarz POP PZPR na Uniwersytecie Warszawskim do 1990 roku, dr Bogdan Musiał, obywatel Niemiec mający ogromne kłopoty z formułowaniem zdań w języku polskim, Władimir Bukowski, człowiek ogarnięty obsesją i kreowany w Polsce na wielki autorytet, niejaki John Lenczowski z USA, którego pełne nowomowy tyrady budzą tylko uczucie zażenowania, i wreszcie dyżurni tropiciel agentów – Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk. Tylko prof. Andrzej Paczkowski wypada w tym gronie w miarę poważnie.  
Red. Rafał Ziemkiewicz w dyskusji po filmie jak lew bronił zarówno Lecha Kowalskiego, jak i Pawła Wieczorkiewicza. Twierdził, że ich życiorysy nie mają nic do rzeczy, liczy się tylko to, czy mówią prawdę (ciekawe, że w innych przypadkach nader chętnie „grzebie” w życiorysach). To nie tak, gdyby ci panowie przed 1989 rokiem zapisali się jako przeciwnicy systemu, to tak, ale w ich przypadku nie miało to miejsca. Neofityzm jest chorobą groźną, bo neofici nie znają umiaru, by udowodnić, że w nowej epoce są znowu na pierwszej linii. Są żołnierzami nowej władzy i wysługują się nowemu panu. W filmie oczywiście nie podano, kim byli przed 1989 rokiem, bo to by część widzów zastanowiło. Z drugiej strony wywody Lecha Kowalskiego były na bardzo niskim poziomie (godnym politruka), a już zabieg polegający na tym, że występuje on na tle statuetki Józefa Piłsudskiego – uznać należy za komiczny.
Film przeładowany jest nowomową, której trudno słuchać, bo jej celem nie jest bynajmniej poznanie prawdy o tamtych czasach, lecz tylko podgrzewanie atmosfery. Wygląda czasami na to, że występujący w filmie pompują się wzajemnie dodając sobie animuszu. Często wypada to komicznie.
Np. Musiał mówi, że on rozumie, że Jaruzelski wstąpił do Armii Berlinga, bo chciał wyjść z Sowietów, ale dlaczego potem z niej nie wystąpił, kiedy wiedział, że to jest „narzędzie sowieckiego imperium”? Tak zresztą jak dziesiątki tysięcy innych też nie wystąpiło. Zgodnie z zasadą, że bohater narodowy, to martwy bohater – Musiał zdaje się sugerować, że powinien wstąpić do podziemia i zginąć w walce rzecz jasna „z sowieckim imperium”. Narrację ilustrują zdjęcia zastrzelonych żołnierzy podziemia, choć jedno z nich (co za wpadka!) pokazuje ujętego przez Wojsko Polskie upowca. Ale pewnie to dla twórców filmu nieistotny drobiazg, wszak upowiec to antykomunista walczący „z sowieckim imperium”. Ale szczyt wszystkiego, to oskarżenie Jaruzelskiego za „czystkę antysemicką w armii” w 1968 r. Tu się twórcy filmu kompletnie obnażają – co to za zarzut w kręgu ludzi przyznających się do poglądów prawicowych czy nawet narodowych? „Towarzysze pochodzenia żydowskiego” byli w wojsku znienawidzeni – traktowano ich jako relikt epoki stalinowskiej. Ich usuniecie z wojska uważano powszechnie za polonizację armii, drugą po 1956 roku, kiedy usunięto doradców sowieckich. I to ma być zbrodnia Jaruzelskiego? 
Ale to nie wszystko – Lech Kowalski oskarża Jaruzelskiego o to, że Amerykanie chcieli w razie wojny uczynić z Polski atomowe cmentarzysko. Od 1964 roku, kiedy ujawnił to niemiecki „Der Spiegel”, było to powszechnie znane. Polonia była oburzona, ale nie na Jaruzelskiego czy Gomułkę, tylko na Amerykanów. Najpierw nas sprzedali w Teheranie i Jałcie, a potem ich wojskowi zrobili sobie w Polski atomowy cel – nad Wisłą chcieli zatrzymać armie sowieckie, czyniąc z naszego kraju atomową pustynię. Ale nie, Lech Kowalski uważa, że winien jest Jaruzelski, bo wiedział i nic nie zrobił. A niby co miał zrobić? Strzelić sobie w łeb, zabić dowódcę Układu Warszawskiego? A może tak jak uwielbiany przez wielu Ryszard Kukliński, przekazać do USA plany rozlokowania wojsk polskich, by wiedzieli gdzie uderzyć? No bo chyba nikt rozsądny nie wierzy, że w razie wojny Amerykanie by się przed tym zawahali, ze względu na Kościuszkę, Pułaskiego czy Kongres Polonii Amerykańskiej.
Ten film nie powinien być emitowany w telewizji publicznej i to w dodatku w porze największej oglądalności. Nie dlatego, że jest „antykomunistyczny”, ale dlatego, że jest zły, tendencyjny i jątrzący. Część historyków (także tych z desantu z USA i Niemiec) uwzięła się, by podsycać wojnę polsko-polską, by odwracać uwagę Polaków od spraw najważniejszych, by kreować coś na kształt pornografii historycznej w najgorszym wydaniu, posiłkując się byłymi politrukami i „komuchami”. Przy okazji wykazują całkowity brak zrozumienia realiów, w jakich przyszło żyć milionom Polaków po 1945 roku. A te miliony przewinęły się i przez Wojsko Polskie, i przez PZPR. Taki był los narodu polskiego i nie można w sposób prostacki pluć w twarz tym milionom. Choćby się chciało przekonać, że chodzi tylko o naplucie na Jaruzelskiego.

Brak komentarzy

Jan 27 2010

Wokół KL Auschwitz

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

„Nasze” media, które od lat przekonują nas, że w 1945 r. nie było żadnego wyzwolenia, tylko nowe zniewolenie – nagle zmieniły płytę. Okazuje się, że Armia Czerwona, a konkretnie 100. Lwowska Dywizja – „wyzwoliła obóz koncentracyjny w Oświęcimiu”. Pan premier powiedział: „Trzeba też zachować pamięć o tych, którzy przyszli tutaj wyzwolić obóz, o Armii Czerwonej. Dla nielicznych ocalonych, byli symbolem końca tej gehenny”. A więc jednak, okazuje się, że historia nie jest taka prosta i czarno-biała, jak przekonują wszystkowiedzący. Zresztą, jak o takim przypadku, jak KL Auschwitz, można było powiedzieć inaczej? Ktoś powie – to przykład wyjątkowy. Tylko z pozoru – bowiem symbolizuje on sytuację całej Polski okupowanej przez hitlerowskie Niemcy. Po Żydach to Polacy mieli być następni, to my mieliśmy być zredukowani do 15 proc. dotychczasowej populacji, reszta miała być zgładzona lub wywieziona za Ural.
Przy tej okazji za zgrzyt uznano wywiad bpa Tadeusza Pieronka dla jednego z włoskich portali katolickich. Hierarcha, ku zdumieniu wielu, wypowiedział sądy, które we współczesnym świecie uznaje się za „kontrowersyjne”. Jednak po bliższej analizie żadnych „kontrowersji” w tej wypowiedzi nie ma. Poza błędnie zrozumianym stwierdzeniem, że Żydzi wymyślili „shoah” (chodzi o termin, a nie o negowanie faktu zagłady), pozostałe opinie T. Pieronka są – rzec by można – oczywiste. No bo czy zdanie:  „Żydzi, mają dobrą prasę, ponieważ dysponują potężnymi środkami finansowymi, ogromną władzą i bezwarunkowym poparciem Stanów Zjednoczonych i to sprzyja swego rodzaju arogancji, którą uważam za nie do zniesienia” – jest skandaliczne i nieprawdziwe? Albo odpowiedź na pytanie czy sądzi, że pamięć o Holokauście jest instrumentalnie wykorzystywana: „Oczywiście, że tak. Wykorzystywana jest jako broń propagandowa i to w celu osiągnięcia nieuzasadnionych często korzyści. Powtarzam, z historycznego punktu widzenia nie jest prawdą, że w obozach zginęli wyłącznie Żydzi, prawda ta jednak jest dziś niemal ignorowana”. Zaskoczeniem może być tylko to, że powiedział to właśnie bp Tadeusz Pieronek. Jednak dla wnikliwych obserwatorów już od pewnego czasu jego wypowiedzi stawały się coraz bardziej „niepoprawne politycznie”. Swego czasu zbulwersował salon stwierdzeniem, że Kościoła i społeczności katolickiej nie można obciążać za to, że Żydzi w średniowieczu byli izolowani w gettach, bo przecież „sami się tam zamknęli”. Myślę, że mamy tu syndrom ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, niegdyś wielkiego zwolennika dialogu polsko-żydowskiego, a potem surowego krytyka środowisk żydowskich. Nie ma to jak własne doświadczenia. Można więc z całkowitą pewnością stwierdzić – witamy na pokładzie, księże biskupie!

Brak komentarzy

Jan 18 2010

Pożegnanie z Banderą

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Totalna klęska Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich na Ukrainie sprawiła, że nasi polityczni komentatorzy nagle stali się umiarkowanymi realistami. Ci sami tytani pióra, którzy pięć lat temu piali i wyli na cześć „pomarańczowych”, którzy obwieszczali zwycięstwo nad Moskwą niemal na miarę Kłuszyna, którzy już widzieli Rosję w granicach Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, powaloną i upokorzoną – są dzisiaj wyjątkowo pokorni, tak jakby nie pamiętali, co wyprawiali parę lat temu. Gdzie się podziali ci wszyscy rewolucjoniści z pomarańczowymi wstążeczkami w klapach marynarek, gdzie są egzaltowane aktoreczki, rockmani, młodzieżowi aktywiści? Nie ma ich, pochowali się w mysie dziury lub przekonują nas, z minami pokerzysty, że przecież nic się nie stało, że nie jest ważne, kto rządzi w Kijowie, tylko to, jaką będzie prowadzić politykę, ze ten Janukowycz to w sumie równy gość.
Klęska Juszczenki to symboliczny pogrzeb nie tylko jego samego jako polityka, to przede wszystkim pogrzeb tzw. polskiej polityki wschodniej, opartej na historycznych resentymentach, fobiach, złudzeniach i marzeniach. To także gigantyczna nauczka politycznego myślenia, choć w tym przypadku trudno wierzyć, że skuteczna. Optymistyczne jest tylko to, że pole manewru dla tej schizofrenii jest już bardzo małe.
I jeszcze jedna uwaga – 17 stycznia prysł na Ukrainie mit Stepana Bandery. Kandydat banderowski Oleg Tiahnybok dostał ok. 2 proc. głosów, a drugi banderowiec – Juszczenko – 5 proc. (przy czym na niego głosowali w większości ludzie o innych niż banderowskie poglądach). Sztucznie pompowany kult UPA i Bandery, możliwy tylko dzięki jego wsparciu przez aparat urzędu prezydenckiego, ukraiński IPN i Służbę Bezpeki – okazał się wielkim humbugiem. Te gigantyczne sumy na pomniki UPA, Bandery i Szuchewycza, pieniądze wywalone na probanderowskie happeningi, wystawy, wydawnictwa i filmy – nic nie dały. Wyborca ukraiński ma dosyć tak serwowanej historii, skłócającej naród i z gruntu obcej, ma dosyć polityki, która zamiast chleba daje im tylko banderowskie igrzyska. Po co więc polskie władze podchodziły do banderowskiej recydywy jak pies do jeża, po co kazały milczeć dyplomatom i mediom, byle nie drażnić „strategicznego” partnera w walce z Moskwą? Okazuje się, że nie miało to żadnego sensu – z owego „partnera” nie zostały nawet strzępy. Juszczenko, razem z Banderą – odchodzi w niebyt, przynajmniej polityczny.

Brak komentarzy

Jan 13 2010

Kasa za „walkę o wolność”

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Jan Maria Rokita otrzyma 25.000 zł odszkodowania za to, że w stanie wojennym przez pół roku był internowany. Nie jest to pierwszy tego rodzaju przypadek – podobne lub większe sumy otrzymali inni działacze „Solidarności”. Ludzie ci bardzo chętnie porównują się z tymi patriotami polskimi, którzy przed 1918 rokiem i potem (okres II wojny światowej) walczyli o niepodległą Polskę. Zawsze budziło to mój wewnętrzny opór – nawet bez jakiejś wielkiej analizy każdy normalnie myślący człowiek czuje, że jest to zwyczajna granda i hucpa. To nic innego jak próba dodania sobie splendoru, znaczenia większego, niż się miało, chęć postawienia siebie obok najbardziej znaczących postaci polskiej historii. Służy też temu niemal taśmowo przyznawane takim osobom wysokich odznaczeń państwowych.
Widowisko to – żal to stwierdzić –  wypada żałośnie i żenująco. Gwiazda to nie Piłsudski czy Sławek, Walentynowicz to nie Juszkiewiczowa czy Szczerbińska, a Rokita to nie Dmowski czy Popławski. Tamto pokolenie było naprawdę ideowe, bez względu na polityczną barwę, tamto pokolenie miało swój honor i poczucie dumy. Czy ktoś po 1918 roku mógł nawet pomyśleć, że Roman Dmowski, który w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli spędził pół roku – wystąpi do sądu o odszkodowanie pieniężne!? Nikomu nawet przez myśl to nie przeszło, bo dla tych ludzi walka o Polskę niepodległą była służbą, za którą nagrodą było odrodzone państwo. Gdyby ktoś z byłych więźniów Cytadeli wystąpił z takim pozwem, byłby skończony w opinii publicznej, jak i we własnym obozie politycznym. Taka jest różnica między tamtym pokoleniem, a obecnym. To jest przepaść, tak jak między celą w warszawskiej Cytadeli i miejscem pobytu w „obozie” dla internowanych w stanie wojennym.

Brak komentarzy

Jan 02 2010

Brudna robota dla „neokonów”

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Pomimo upadku politycznego amerykańscy neokonserwatyści („neokony”) mają się dobrze, przynajmniej u nas. Co jakiś czas ich wybitny przedstawiciel, a to Richard Perle, a to Robert Kagan – ostrzegają nas przed Rosją i zachęcają do oporu, mimo tego, że ich własny rząd idzie z Moskwą na układy. Nie wiem, czy to jest akcja nieskoordynowana, ale jakoś przeczucie mi mówi, że Waszyngton gra na dwóch fortepianach. Polska, ziejąca chłodem, kumająca się z Gruzją i próbująca torpedować wszelkie działania rosyjskiego sektora naftowego i gazowego (na własną zgubę zresztą) – jest widać nadal potrzebna. Z jednej strony strategiczne porozumienie Obama-Miedwiediew, z drugiej mała dywersyjka na zapleczu frontu. To typowa gra wielkich mocarstw.
Nie jest chyba wielką tajemnicą, że w Polsce „neokony” znalazły wyjątkowo sprzyjający klimat dla głoszenia swoich tez. Ten klimat nazywa się rusofobia czy jak kto woli choroba na Moskala. Dlatego tak łatwo łyka się u nas brednie neokonserwatywnej, neotrockistowskiej (a więc skrajnie rusofobicznej)  ideologii, nie zauważając, że pełni się rolę pożytecznego idioty. Nie wspominam o tych, którzy robią to za pieniądze, choć sami w te głupstwa nie wierzą. Ale jest zastęp darmowych sojuszników „neokonów” – czytam np. ostatnio w „Najwyższym Czasie!” mrożący krew w żyłach tekst o tym, jak to „w końcu 2009 roku w Moskwie podpisany został tajny pakt wojskowy”, w którym Rosja, na wypadek zbrojnej interwencji, gwarantuje Niemcom zachodnią część Polski (do linii Wisły i Sanu). Co więcej, w tekście sugeruje się, że informacja taka znalazła się w meldunku Agencji Wywiadu! W tym kontekście młody publicysta „NCz!” uznaje zgodę Waldemara Pawlaka na nowy kontrakt gazowy Polski i Rosji za „zdradę stanu”.
Tak, żaden „neokon” nie odważyłby się czegoś takiego napisać, by się nie ośmieszyć. Ale od czego są sojusznicy i głupcy? Ci pójdą na całość. Rzecz jasna nikt poważny tematu oficjalnie nie podejmie, ale nie o to chodzi – chodzi o stwarzanie odpowiedniej atmosfery. Jedni robią to w białych rękawiczkach, inni z maczugą w dłoni. W kręgach tzw. niepodległościowych i patriotycznych od paru miesięcy stawia się tezę, że niemal lada chwila grozi nam atak ze strony Rosji i… instalacja w Warszawie rządu promoskiewskiego. Pisze się o tym zupełnie poważnie. I – co ciekawe – wielu w to wierzy, bo jak przy każdej okazji pompuje się publikę rewelacjami z najnowszej historii w stylu „sowiecka agresja”, „17 września”, „Katyń”, „NKWD/KGB”, „zniszczenie Polski”, „inwazja”, to jakiś procent ulegnie tej psychozie. Co ciekawe, jak już swego czasu pisałem, tylko przy ocenie sytuacji Polski w roku 1981 ci sami propagandyści, publicyści-koniunkturaliści, byli PZPR-owcy, działacze TPPR, czy absolwenci WSNS – wmawiają nam, że ze strony Sowietów absolutnie nic nam nie groziło! I chcą, by jako tako inteligentny człowiek uwierzył, że wtedy byliśmy bezpieczni jak nigdy, a teraz trzeba codziennie wypatrywać rosyjskich (białoruskich) czołgów na Pradze!
Prof. Bronisław Łagowski napisał niedawno, że Polska zaczyna pomału przypominać dom wariatów. Myślałem, że trochę przesadził, ale jak się czyta takie rzeczy, jak te cytowane wyżej – to jest jasne, że diagnoza jest trafna. Żal mi tylko tradycji wczesnego UPR i tradycji tamtego „Najwyższego Czasu!”, w którym pisywałem. I żal Janusza Korwin-Mikke, że doczekał takich następców.

Brak komentarzy

Dec 22 2009

Stara paka znowu razem?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Mimo wszystko to była duża niespodzianka – widok bratających się Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem i Józefem Oleksym był jeszcze do niedawna trudny do wyobrażenia. Jak wiadomo, przez wiele lat Kwaśniewski ciężko pracował, by SLD zniszczyć lub go przejąć na rzecz budowy tzw. nowej lewicy, nie „obciążonej” PRL-em i „betonem”, lewicy „nowoczesnej” i „europejskiej”. W wyniku tej pracy SLD dotknięty został typowo prawicowym paraliżem i serią podziałów, w które wcześniej nikt nie wierzył. Plan Kwaśniewskiego był jasny – zrobić wszystko, by tzw. reformatorskie skrzyło SLD połączyło się z elitami UD/UW. Były rozłamy (fronda Marka Borowskiego i SdPl), był LiD, było przeforsowanie kandydatury Wojciecha Olejniczaka na szefa SLD i wyrzucenie z partii Oleksego i Millera. Wszystko na nic. Te gry w ogóle nie zwiększyły potencjału lewicy, spychały ją na pozycje skrajne – ku mniejszościom seksualnym, szalonym ekologom i lewakom.
Powrót Kwaśniewskiego na stare śmiecie, razem z Oleksym i Millerem – jest sygnałem, że czas eksperymentów się skończył. Już po ostrej wypowiedzi Kwaśniewskiego w TVN w obronie Wojciecha Jaruzelskiego można było przypuszczać, że coś pękło, coś się skończyło. Władysław Frasyniuk oznajmił po tym, że z Kwaśniewskiego wyszedł „mały komuszek”, a były prezydent mógł sobie pomyśleć (choć tego nie odważył się wyrazić głośno), że Frasyniuk jest nadal zwyczajnym „solidaruchem”.
Wbrew komentarzom mediów, że konwencja SLD to tylko „kabaret” i nic znaczącego – uznać wypada, że powrót do źródeł i koniec poszukiwania kamienia filozoficznego – jest wydarzeniem politycznie znaczącym. Elektorat SLD nie akceptował bowiem szaleństw „modernizacyjnych”. Elektorat SLD jest (był) bowiem dosyć tradycjonalistyczny, nie lubi lewackich dziwactw, feministek, ostrej walki z Kościołem, z sentymentem wspomina PRL. Ten elektorat uciekł w dużej mierze do PiS. Jeśli przekona się go, że stara gwardia jest znowu u steru, a Olek, jak syn marnotrawny, jest znowu na pokładzie – to może to być przełom. Jeśli na prawicy i w centrum nie pojawi się żadna konkurencja dla PO i PiS, szanse SLD wzrosną niepomiernie.

Brak komentarzy

« Prev - Next »