Mar 08 2010

Mistral, Rosja i kwestia polska

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Mistral to duży desantowy okręt szturmowy o wyporności blisko 24 tys. ton. W rejsach transoceanicznych może transportować 40 czołgów, 450 żołnierzy i 16 ciężkich śmigłowców. Ze 199-metrowego pokładu jednocześnie operuje 6 śmigłowców, w tym jeden o masie do 33 t, a hangary pomieszczą 16 dużych maszyn. W przypadku wykorzystania jednostki jako śmigłowcowca, możliwym jest operowanie z niego do 35 lżejszych helikopterów. Wyposażono go w 4 kutry desantowe i 2 poduszkowce. To są dane techniczne francuskiego okrętu wojennego, który Francja zdecydowała się sprzedać Rosji.

Wiadomość o tym, że transakcja jest przygotowywana była znana już jesienią 2009 roku. Jednak dopiero podczas niedawnej wizyty prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w Paryżu ogłoszono o tym oficjalnie. W komentarzach podkreśla się, że jest to pierwsza po 1989 roku transakcja tego typu między krajem NATO a Rosją. W Polsce natychmiast odezwały się głosy krytyczne, zarówno w komentarzach publicystów, jak i oficjalnych enuncjacjach. I tak, podległe prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu Biuro Bezpieczeństwa Narodowego opublikowało analizę, w której czytamy m.in., że kontrakt „należy widzieć w perspektywie neoimperialnej ekspansji rosyjskiej”. Dalej sarkastycznie pisze się o polityce Paryża: „Pomny doświadczeń doby swojego poprzednika J. Chiraca, kiedy to Francja została zdystansowana na scenie europejskiej przez Niemcy poprzez współpracę Berlina z Moskwą, prezydent N. Sarkozy jest motorem ożywienia w relacjach z Rosją. Pozwala to Paryżowi na zachowanie marzeń o powrocie do roli głównego rozgrywającego w Europie, ale z drugiej strony daje Moskwie pole do manipulowania zarówno polityką francuską, jak i niemiecką oraz europejską, choćby przez wprowadzanie do europejskiej agendy kwestii nowego traktatu o bezpieczeństwie zbiorowym”. Dalej padają nawet zarzuty, że Francja daje się wykorzystywać Rosji do prowadzenia polityki zmierzającej do „marginalizacji bądź wręcz likwidacji NATO rękami jego członków”.

Takie są poglądy większej części polskich elit politycznych, choć rządząca Platforma Obywatelska nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak ostre publiczne sformułowanie zarzutów. Można więc powiedzieć, że polska polityka nadal wierna jest idei przewodniej sformułowanej już ładnych parę lat temu – ta idea to podejmowanie działań mających na celu maksymalne ograniczanie wpływów Rosji nie tylko w przestrzeni postsowieckiej (kraje bałtyckie, Ukraina, Gruzja, Azerbejdżan itd.), ale torpedowanie wszelkich projektów (politycznych, gospodarczych i wojskowych) zmierzających do zbliżenia Rosji i Europy. Polska chciałaby, żeby NATO i UE były instytucjami nastawionymi na konfrontację z Rosją. Niestety, wszystko wskazuje na to, że jest to koncepcja całkowicie oderwana od rzeczywistości. Choćby w sprawie okrętu typu Mistral, sekretarz generalny NATO, Duńczyk Anders Fogh Rasmussen, zajął zupełnie odmienne stanowisko niż oficjalne czynniki w Polsce. Stwierdził on, że Rosja „nie jest zagrożeniem ani dla Sojuszu, ani dla jego członków”. Wyraził tylko opinię, że „niepokoje niektórych aliantów są zrozumiałe z racji historycznych i geograficznych”. Tylko tyle.

Motorem napędowym zacieśniania współpracy Europy z Rosją jest nie tylko Francja, ale przede wszystkim Niemcy. Do państw „prorosyjskich” zalicza się także Włochy i Hiszpanię. Są to kluczowe państwa Unii Europejskiej i nawet bardzo głośne protesty Polski czy Estonii nic tu nie dadzą. Po prostu – strategia UE i – jak się wydaje – NATO, jest całkowicie przeciwstawna temu, co proponuje Polska. O ile w czasie rządów administracji Georga Busha juniora antyrosyjska opcja w polskiej polityce miała jako takie oparcie (acz było ono bardzo instrumentalne), to teraz nie ma już żadnego. Waszyngton przestał interesować się wschodnią Europą, oddał inicjatywę Unii Europejskiej (czyli Niemcom i Francji). Zasadnicza zmiana polityczna na Ukrainie i brak jakiejkolwiek reakcji Ameryki – świadczy o tym dobitnie. Polska zaś poniosła tak dużo spektakularnych porażek, by wymienić tylko fiasko prób storpedowania budowy Gazociągu Północnego – że aż dziwnym wydaje się, że prawie w ogóle o tym nad Wisłą się nie mówi. Tak, jakby nic się nie stało.

Tymczasem stało się wiele – polska polityka wschodnia jest traktowana w zachodniej Europie jako całkowicie nieodpowiedzialna, jako relikt polityki Busha i wspierających go amerykańskich neokonserwatystów. To dlatego Niemcy i Francja zrobiły wiele, by na stanowisko sekretarza generalnego NATO nie wybrać czasem Radosława Sikorskiego, postrzeganego w Paryżu i Berlinie jako pionka w rękach Waszyngtonu (mniejsza o to, czy słusznie czy nie). Na rzeczywistość nie można się obrażać, politykę zawsze można skorygować, najgorsze dla Polski byłoby brnięcie w starych koleinach. Chyba powoli wybija godzina podjęcia zasadniczej decyzji, a jest nią skorelowanie polskiej polityki wschodniej z polityką Niemiec i Francji. W przeciwnym wypadku będziemy się jako kraj marginalizować, ze szkodą dla siebie rzecz jasna.

Tekst przeznaczony dla „Głosu Katolickiego” (Paryż)

Brak komentarzy

Mar 04 2010

Koza rabina i bałtycka rura

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Sytuacja w jakiej znalazła się Polska w obliczu rychłej już budowy Gazociągu Północnego – przypomina słynny dowcip o kozie rabina. Dla przypomnienia – Icek przyszedł do rabina po radę, bo w domu ma bardzo ciasno. Więc rabin poradził mu kupić kozę, a następnie jeszcze cztery – i umieścić je w mieszkaniu. Po jakimś czasie zalecił mu pozbywać się po jednej kozie dziennie. Kiedy Icek nie miał już w domu żadnej kozy, przyszedł do rabina i kiedy ten spytał, jak sprawy stoją, szczęśliwy Icek zakrzyknął: „No, teraz wiem, że żyję!”.

Minister Radosław Sikorski mniej więcej tak samo zareagował, kiedy strona niemiecka zgodziła się (ponoć, bo na razie nie ma ostatecznego potwierdzenia) na polską propozycję, by Gazociąg Północny nie zablokował portu w Świnoujściu i rura została zakopana pod dnem Bałtyku. Minister był szczęśliwy i uznał to za dowód na dobre stosunki z Niemcami. A więc wielki sukces? Bynajmniej nie – ten sam Sikorski parę lat temu porównał projekt budowy Nord Steram do paktu Ribbentrop-Mołotow. Minęło parę lat i ten sam polityk mówi o szczęściu, że Niemcy mają zakopać część rury pod dnem Bałtyku. Cóż za zmiana perspektywy, cóż za przykład zejścia z obłoków na ziemię!

W sumie jednak mamy do czynienia z gigantyczną porażką Polski jako państwa, z porażką rządzących naszym państwem. Do samego końca wykonywali chocholi taniec pod nazwą „mówimy nie Gazociągowi Północnemu”, nawet wówczas kiedy stało się jasne, że nie ma żadnych, ale to żadnych szans na zatrzymanie jego budowy. Był czas, by zmienić zdanie, by przyłączyć się do projektu, ale „elity” polityczne wzajemnie się w Polsce szachują – nikt nie odważył się powiedzieć prawdy, by nie narazić się na epitet „ruskiego agenta”, tak jak w latach 50. panicznie bano się, by nie zostać „agentem imperializmu”. Po kolei odpadali nasi niby murowani sojusznicy – Finlandia, Estonia, Łotwa, Dania i wreszcie Szwecja. Na placu zostaliśmy tylko my, wystawieni na pośmiewisko całej Europy. Cóż więc zostało? – cieszyć się z niesprawdzonej informacji, że Niemcy jednak nie zablokują Świnoujścia. Doprawdy wielki sukces!

Brak komentarzy

Feb 25 2010

Kłopoty z sekciarzami

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Janusz Korwin-Mikke, założyciel UPR, przez lata jej prezes, klasyczny konserwatywny liberał, ma kłopoty z opanowaną przez sektę gazetopolską niegdyś swoją macierzystą organizacją. Oto w szyderczym oświadczeniu UPR, po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie emerytur dla funkcjonariuszy SB i członków WRON – młodzi hunwejbini atakują Starego Prezesa o to, że „przez długie lata popierał przywileje emerytalne SB i WSI. Od pół roku Janusza Korwin-Mikkego nie ma już w UPR. Wyrok TK jest wiec jego osobistym sukcesem politycznym, do którego UPR nie rości sobie pretensji”. O ile wiem, to JKM, stary konserwatysta, nie tyle popierał „przywileje emerytalne SB i WSI”, co był przeciwny naginaniu prawa do bieżącej polityki realizującej „ideę sprawiedliwości społecznej” (na to powołują się zwolennicy tzw. dezubekizacji).
Obecny wiceprezes UPR komentuje: „Janusz Korwin-Mikke pozuje na pogromcę socjalizmu. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się jego działalności i wygłaszanym poglądom, można zauważyć niepokojącą zbieżność w niektórych sprawach z linią Adama Michnika. Łączy ich znamienne hasło „Odpieprzcie się od Generała!”. Dzisiejszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego to swoisty triumf myśli politycznej p. Mikkego w sprawie rozliczenia z PRL. Unia Polityki Realnej zdecydowanie odcina się od takiego rozumienia naszej najnowszej historii”.
Tak, bez wątpienia „rozumienie naszej najnowszej historii” JKM i sekciarzy z UPR jest różne. Oni mają po lat naście, a on w PRL przeżył kawał życia, oni mają jakobińskie przekonanie o swojej nieomylności i wystawiają wszystkim naokoło świadectwa moralności, on jest wierny myśleniu konserwatywnemu – w stylu Kisiela, Aleksandra Bocheńskiego czy Mirosława Dzielskiego. Oni wieszają nad łóżkami portrety Wildsteina czy Sakiewicza i powtarzają lewackie hasła o „sprawiedliwości społecznej”, on zachowuje umiar i powściągliwość sądów.  O historii, niestety, wielkiego pojęcia nie mają, nadrabiają za to tupetem i brakiem wychowania. Prawica oznaczać powinna szacunek dla starszych, pokorę i dążenie do poznania prawdy. A tu nic z tego – pachnie zwyczajnym intelektualnym bolszewizmem i maoistowską rewolucją kulturalną. To smutne, że tak duża część młodego pokolenia, także tego odwołującego się do myśli narodowej, uległa taniej propagandzie KOR-u bis, czyli złośliwej odmianie neotrockizmu najpełniej wyrażanego przez „prawicowy” dodatek do „Gazety Wyborczej”, czyli „Gazetę Polską”.
Panie Januszu, trzymaj się Pan, bo to Pan jest w prawdzie, a nie oni.

Brak komentarzy

Feb 20 2010

Pour le tsar de Russie?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

W polskiej historii wiele bezmyślnych działań na arenie międzynarodowej komentowano powiedzeniem „pour le roi de Prusse” (czyli w interesie króla Prus). Konfederacja Barska, Sejm Czteroletni, powstania XIX-wieczne – prawie zawsze jakoś dziwnie służyły pruskim interesom, bo to Berlin właśnie wyciągał z nich największe korzyści. Obserwując kolejne napięcia na linii Warszawa-Mińsk z niejaką Andżeliką Borys w tle – coraz bardziej dochodzę do przekonania, że nasi wielcy bojownicy „o wolność i demokrację”, pseudopatriotyczni krzykacze, naiwniacy i mesjaniści, media i prawie wszyscy polityce – działają tym razem „Pour le tsar de Russie” (w interesie cara Rosji).
Jakoś bez echa przeszły u nas informacje, że pani Borys dostała nieoczekiwanie wsparcie ze strony mediów rosyjskich, i to bynajmniej nie „demokratycznych” i opozycyjnych wobec Kremla. I tak, jak informuje PAP:  „Sympatyzujący z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem wielkonakładowy dziennik „Moskowskij Komsomolec” porównał spacyfikowanie przez białoruskie władze Związku Polaków na Białorusi (ZPB) do rozprawy z komórką terrorystyczną. „Mińsk po raz kolejny stał się stroną wielkiego skandalu międzynarodowego. Warszawa jest skrajnie rozdrażniona rozprawą ze stowarzyszeniem kulturalno-oświatowym Związek Polaków na Białorusi. Aktywiści aresztowani, ostatnie pomieszczenia odebrane – jakby gromiono komórkę terrorystyczną” – relacjonuje gazeta. Dziennik z satysfakcją informuje, że wizyta w Polsce szefa MSZ Białorusi Siarhija Martynaua „okazała się bezowocna”. To prawda, bowiem zamiast współpracy (w tym gospodarczej) i dalszego zbliżenia z UE, Polska grozi Białorusi wykluczeniem jej z unijnego Partnerstwa Wschodniego.  Charakterystyczny jest końcowy komentarz dziennika: „Wychodzi na to, że Europejczycy ukarali samych siebie. W ostatnich latach ich polityka wobec Białorusi opierała się na ignorowaniu łamania praw człowieka wewnątrz tego kraju. Najważniejsze było oderwanie od Moskwy jej najbliższego sojusznika. W tym czasie Baćka [czyli Aleksandra Łukaszenkę} systematyczne rozgniatał opozycję, a teraz zabrał się za tych, których bezpośrednio popiera Europa”.
Także inny poważny dziennik rosyjski udostępnił łamy pani Borys. Jest nim „Wriemia Nowostiej”. Borys udzieliła gazecie obszernego wywiadu, w którym przedstawiła swoją wersję konfliktu z władzami Białorusi.  „Polska jest jednym z kluczowych graczy przy wypracowywaniu stanowiska UE w kwestii Białorusi” – cytuje dziennik opinię należącego do ZPB politologa Jarosława Romańczuka.
 Tak więc, Moskwa nie okazuje nawet śladów wsparcia i sympatii dla „Baćki”, bo od pewnego czasu chce się go pozbyć. Jest zbyt niezależny i krnąbrny, utrzymuje za wszelką cenę niezależność Białorusi, tak od Moskwy, jak i od Zachodu. Ostatnio oczyścił swoje służby specjalne z ludzi zbyt bliskich Rosji i zaczął flirt za Zachodem (odprężenie z UE, wizyta Silvio Berlusconiego, audiencja w Watykanie i zapowiedź pielgrzymki Benedykta XVI). Nie dziwi więc, że Moskwa nie patrzy na to z przychylnością, bo „Baćka” wybiega przed szereg. Rosja chce zbliżenia z Zachodem i Kościołem katolickim, ale to ona ma być liderem tego procesu, a nie „Baćka”.
I nagle, niczym królik z kapelusza wyskakuje kolejna afera z Borys w tle. Tuż po znaczącej, przemilczanej w Polsce, wizycie w Mińsku wicepremiera Waldemara Pawlaka. Polska rzuca się bez zastanowienia w ramiona panny Andżeliki, media i politycy szaleją, Sejm wydaje superidiotyczną uchwałę, zapowiadamy przywrócenie sankcji, tworzy się nową „czarną listę” osób „niepożądanych” w Polsce. Jakie mogą być skutki tej „polityki”, gdyby ją wprowadzić w życie? Skutek będzie jeden – koniec „Baćki” i  Białoruś całkowicie podporządkowana Rosji. Koniec będzie wieńczyć dzieło. Takie miłe zakończenie, po kompromitacji na Ukrainie w Gruzji – „polityki wschodniej niepodległej Rzeczpospolitej będącej realizacją wiekopomnego testamentu Jerzego Giedroycia”. 
Zastanawia mnie tylko jedno – czy nasi politycy i media są tak głupie, czy też działają tu inne sprężyny? Jak bowiem oceniać w tym kontekście np. takie opinie jak ta, wyrażona na blogu przez Marka Jurka:   „Antypolskie represje na Białorusi nie ustają. Dziś znowu zatrzymano Angelikę Borys. Przez długie lata zwolennicy tolerancji dla reżimu Łukaszenki twierdzili, że polityka krytyki jego rządów „nic nie dała”. Teraz widzimy owoce odprężenia. Zresztą nie od dziś, bo już rok temu Łukaszenka skwapliwie wykorzystał przychylne mu gesty Unii Europejskiej (z wizytą ministra Sikorskiego na czele), by wyciszyć protesty wobec totalnej kontroli kampanii wyborczej i wyborów, które po raz kolejny potwierdziły jego monopol władzy. Pisałem o tym w „Niedzieli” dokładnie rok temu. 
Dobrze, że w sprawie antypolskich prześladowań reakcje zapowiadają Parlament Europejski i eurominister spraw zagranicznych. Polska musi pilnować, żeby były to realne działania – dotkliwe dla władzy Łukaszenki, a nie dla kontaktów społeczeństwa białoruskiego z Zachodem. Jak zawsze polityka naprawdę oznacza pilnowanie by wszystko nie skończyło się na polityce pozorów i werbalnej pianie. Obrona Polaków na Białorusi to test solidarności dla Unii Europejskiej. Bruksela zdawać będzie egzamin ze zwiększenia unijnych kompetencji w zakresie polityki zewnętrznej. Polska musi odważnie stawiać wymagania i – uczciwą ocenę”.
Na to pytanie niech sami odpowiedzą sobie wszyscy myślący. A tak na marginesie, to chichot historii – ludzie obnoszący się ze swoją antyrosyjskością, wręcz nią kipiący – w sumie działają „pour le tsar de Russie”. Na tej liście są dziesiątki polityków i publicystów. Od Macierewicza po Jurka, od „Gazety Wyborczej” po „Nasz Dziennik”, od Karnowskiego po Ziemkiewicza i Michalkiewicza. Tak, to jest dopiero numer!

Brak komentarzy

Feb 15 2010

Została tylko Borys…

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Konflikt na Białorusi, sztucznie podtrzymywany przez nieliczną grupę Andżeliki Borys (mylnie określaną przez media mianem „polskiej mniejszości”) – jest okazją dla prezydenta RP i dla PiS, ale także dla premiera na odrobienie strat poniesionych na Ukrainie. Obóz prezydenta Lecha Kaczyńskiego wysoko podniósł bojowy topór, chcąc zatrzeć nieprzyjemne wrażenie, kiedy milczał całymi latami tolerując antypolskie wyskoki administracji prezydenta Wiktora Juszczenki oraz realizowaną na zimno politykę zwalczania polskości na Litwie. Obecna gorliwość i radykalizm brzmią więc nie tylko fałszywie, ale i obłudnie. Żal słuchać wypowiedzi przybocznych pana prezydenta, prześcigających się w radykalnych pomysłach zaradzenia powstałej sytuacji. Wypowiedzi te kompromitują wypowiadających je, ale co gorsza opinie wygłaszane w mediach przez przedstawicieli innych sił politycznych nie są wcale mądrzejsze. To co w nich uderza, to kompletna ignorancja, nieznajomości realiów życia Polaków na Białorusi i obrzydliwy serwilizm wobec mediów, które praktycznie w 100 procentach grają „na Andżelikę”. Prym w judzeniu wiedzie rzecz jasna „Gazeta Wyborcza”, a w ogonie tego peletonu wlecze się też – niestety – „Nasz Dziennik”, choć powinien, jako gazeta katolicka, być bardziej obiektywny, zważywszy na stanowisko Stolicy Apostolskiej i Kościoła katolickiego na Białorusi.
Wrzawa wokół „prześladowań” grupy Borys jest nieproporcjonalna w stosunku do rangi problemu. Nasi wielcy stratedzy polityki mesjanistycznej i mocarstwowej doznali sromotnej klęski na Ukrainie i zamiast wyciągnąć wnioski próbują to zakrzyczeć radykalizmem antybiałoruskim. Przypomina to scenę z filmu „Ogniomistrz Kaleń”, kiedy podczas rozmów oddziału „Żubryda” z dowództwem sotni UPA, dochodzi do sporu i poirytowany polski dowódca rzuca w kierunku upowców takie słowa: „Dali wam w d… na Ukrainie, to żeście się tutaj przenieśli”. Tak jest i teraz – awanturnictwo grupy Borys to ostatni „bastion” tzw. polskiej polityki wschodniej. Bastion ten jest słabiutki, ale ma za to niezłe nagłośnienie medialne. 
Paradoks polega na tym, że Białoruś jest jedynym krajem za naszą wschodnią granicą, który nie próbuje zacierać śladów polskiej kultury i dziedzictwa. Odbudowuje się wielkim nakładem środków Zamek Radziwiłłów w Nieświeżu (z Muzeum Narodowego w Warszawie ściągnięto tam już kopie wszystkich portretów Radziwiłłów), pięknie utrzymane jest Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku, zrekonstruowano dworek Tadeusza Kościuszki. Władze białoruskie zabiegają o bardzo dobre stosunki z Kościołem katolickim, pielgrzymka Benedykta XVI na Białorusi jest tuż tuż. Tymczasem w Warszawie w ogóle się tego nie zauważa, podtrzymuje się realizację planu politycznego rodem z okresu rządów Georga Busha, która to amerykańska administracja, władczym głosem Condoleezy Rice, nakazała nam „walkę o demokrację” na Białorusi. Wtedy to – wychodząc temu poleceniu naprzeciw – uznano, że neutralności polityczna Związku Polaków na Białorusi jest nie do przyjęcia, bo ZPB powinna wesprzeć rachityczną i nie mającą żadnego wpływu białoruską „opozycję demokratyczną”. Aby ten plan zrealizować, należało doprowadzić do usunięcia władz ZPB – zadanie to wykonała grupa Borys. I od tej pory nie zajmuje się prawie niczym tylko jątrzeniem, dzieleniem, zastraszaniem Polaków nie mających ochoty na taką „politykę”. Czuje się pewna, bo zapewniono jej „wkład finansowy” (sprawa ta objęta jest ścisłą tajemnicą, nikt nie wie, ile i w jakim trybie jest to realizowane). Ma też potężny bat na Polaków – ona ustala, kto z Polaków znajdzie się „czarnej liście” osób nie wpuszczanych do Polski, mimo że ona sama wyjeżdża z Białorusi kiedy chce i wraca kiedy chce. To wyjątkowa podłość. Efekt – ogromna większość Polaków nie chce mieć nic wspólnego ani z legalnym ZPB Siemaszki, ani z grupą Borys. Prości ludzie nie chcą, by uniemożliwiono im wjazd do ojczystego kraju, by np. odwiedzić bliskich (a takiej możliwości pozbawiano grupę ok. 200 działaczy legalnego ZPB – nikt nie zna na jakiej podstawie i jakim trybem tę listę utworzono).
Władzom Białorusi dziwić się raczej nie należy – w Mińsku nie rządzą idioci, wiedzą, jak doszło do kryzysu, jakie były cele tej operacji (i jakie instytucje ze strony polskiej to realizowały) i co tak naprawdę ma za zadanie robić grupa Borys. Mińsk wie też doskonale, że 90 proc. Polaków głosuje na Łukaszenkę i grupa Borys nie ma żadnego realnego poparcia. Można jednak domniemywać, że dla niektórych ośrodków władzy w Mińsku działalność grupy Borys jest na rękę, bo praktycznie osłabia znaczenie polskiej mniejszości i paraliżuje działalność ZPB (tego legalnego). Wskazywać na to może wyjątkowa tolerancja dla samej Borys, która nawet po występach w Strasburgu, gdzie jako obywatelka Białorusi oskarżała jej władze o wszystko co najgorsze – swobodnie wróciła do kraju i nadal prowadziła swoją rozrabiacką aktywność. A przecież Mińsk mógł powiedzieć tak – Warszawa bezprawnie nie wpuszcza na swoje terytorium naszych obywateli polskiego pochodzenia, więc my zakazujemy wjazdu pani Borys. Nic takiego nie miało miejsca.
Jest pewne, że grupa Borys to relikt postzimnowojennej polityki „neokonów” w USA. Łatwo było w to wejść, ale bardzo trudno się z tego wygrzebać. Miał pomysł rok temu Radosław Sikorski, który zaproponował jednoczesne ustąpienie Józefa Łucznika z legalnego ZPB i pani Borys z ZPB nielegalnego. Taka opcja zerowa miała doprowadzić do wyboru na szefa zjednoczonego ZPB kogoś strawnego zarówno dla Mińsk, jak i dla Warszawy. Plan był dobry, ale larum podniosła Borys i premier, bojąc się utarty kilku punktów procentowych i gniewu mediów – nakazał wstrzymać realizację planu. Dzisiaj mamy tego gorzkie owoce, a Sikorski stał się celem ataku zarówno prezydenta i PiS, jak i części PO. To takie harce przed wyborami prezydenckimi. Skandaliczne jest w tym to, że Polacy na Białorusi są tylko i wyłącznie pionkiem w tej politykierskiej gierce. Przypadek ten jest również dowodem na to, jak w niby pluralistycznym i demokratycznym kraju można manipulować opinią publiczną i kłamać na potęgę. Optymistyczne jest tylko to, że coraz większa liczba Polaków w to już nie wierzy, wystarczy poczytać internetowe fora.

Brak komentarzy

Feb 09 2010

Instytut Pamięci Ukraińskiej Powstańczej Armii

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Kiedy jeden z moich kolegów wyszperał w Internecie, na stronie IPN, kilka nazwisk w „Indeksie represjonowanych w PRL z powodów politycznych” i mi je pokazał – nie mogłem uwierzyć i przeczytałem dwa razy. Nie, pomyłki nie było. Pod literą „B” znaleźliśmy od razu cztery nazwiska „bojowców” UPA schwytanych w roku 1947 przez polskie lub czechosłowackie organa bezpieczeństwa. Znalezienie się upowców na tej liście to swego rodzaju nobilitacja – „represjonowani z powodów politycznych” – to brzmi jak wyróżnienie i oddanie hołdu. Dodam tylko, że IPN nie zdecydował się umieścić w tym rejestrze np. Lecha Wałęsy, ale zdecydował  się na umieszczenie członków sotni UPA grasujących w Bieszczadach, zabijających polskich żołnierzy i palących polskie wsie.
Podajmy kilka przykładów. Wasyl Brewka (ur. 8 VIII 1915), analfabeta, członek sotni „Hromenki” (tej z filmu „Żelazna sotnia”), Brał udział w atakach na jednostki WP w Uluczu i w lesie k. Dobrzanki. Wyrok śmierci wykonano 1 X 1947 r. W kwestionariuszu wymienia się nazwiska „osób represjonujących”, czyli w tym przypadku pracowników Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Rzeszowie i pionu sądowego w Grupie Operacyjnej „Wisła”. Następny delikwent: Józef Boczkowski (ur. 8 VIII 1926), 4 klasy szkoły powszechnej, członek UPA, brał udział w napadach na jednostki WP i jednostki czechosłowackie. Następny: Bryliński Stefan (ur. 20 IX 1922), 5 klas szkoły powszechnej, członek sotni „Osypa”, potem „Burłaki”, oskarżony m.in. o „usiłowanie oderwania od Państwa Polskiego części jego obszaru”. Wyrok śmierci wykonano  28 IX 1948. I wreszcie Bochniak Adam (ur. 5 X 1925), 4 klasy szkoły powszechnej, członek sotni „Hrynia”, brał udział m.in. w ataku na Baligród i podpalaniu wsi polskich. Wyrok śmierci wykonano 2 IV 1949 r.
To tylko kilka przykładów – na liście figurują dziesiątki nazwisk członków UPA. Powstaje pytanie – jak to się stało, że w tym rejestrze umieszczono upowców? Jakie były przesłanki merytoryczne i polityczne? Można łatwo się domyśleć, że za takim rozwiązaniem stoi grupa pracowników IPN o wyraźnie probanderowskiej proweniencji. Są oni w IPN od samego początku, kiedy instytucja ta była pod kontrolą Unii Wolności. To ci pracownicy razem z naiwnymi polskimi historykami opracowali sławetny „Atlas podziemia niepodległościowego”, w którym straty UPA w walce w WP i KBW wliczono lekką rączką do strat polskiego podziemia! Mimo że w ogromnej większości przypadków podziemie polskie zwalczało UPA gdzie tylko się dało.  Czy jednak hasełko „walki z komuną” może być aż tak zaczadzające, by godzić się na taką manipulację? Czy w imię tej obsesji mamy stawiać pod pręgierzem żołnierzy WP i KBW (w dużej części pochodzących z Kresów, często członków Samoobrony i AK), a wynosić na piedestał członków organizacji, która nosi na sobie piętno zbrodni ludobójstwa? Czy polscy kierownicy IPN (najpierw Kieres, teraz Kurtyka) nie mogą zrozumieć, że gdyby po 1945 roku nastała Polska „londyńska”, to także rozprawiłaby się z UPA, bo chodziło tu nie tylko o zapewnienie spokoju i bezpieczeństwa, ale i rację stanu? Kto więc w tej poronionej logice jest zbrodniarzem a kto bohaterem – gen. Stefan Mossor, przedwojenny oficer, wybitny sztabowiec, dowodzący Grupą Operacyjną „Wisła”, czy analfabeta z sotni „Hromenki”? To wstyd, że musimy dzisiaj zadawać takie pytania.
Pisałem nie raz, że IPN to instytucja zbudowana na fundamentach fałszywej ideologii, w dużej mierze antypolskich. Sprytnie podrzucona przez pogrobowców UPA idea „walki z komuną” sprawia, że IPN poluje na Polaków z WP i KBW a na listę represjonowanych wciąga analfabetów z sotni „Hromenki”. I to ma być budowanie fundamentów „wolnej Polski”? Czy w imię mitycznej walki z nie istnieją „komuną” musimy się jako państwo i naród tak upokarzać? I do czego to wszystko doprowadziło? – do totalnej kompromitacji w skali międzynarodowej, kiedy patron tej historycznej wizji na Ukrainie, Wiktor Juszczenko, uznał Banderę „Bohaterem Ukrainy”. IPN ma w tym swój udział, bo ściśle współpracował ze swoim probanderowskim odpowiednikiem w Kijowie, dostarczając mu dokumenty archiwalne na temat „prześladowań” UPA i wpisując na „listę represjonowanych w PRL” członków tej zbrodniczej organizacji. Niech o tym wiedzą ci wszyscy wrzeszczący, że zamach na IPN, to niemal zamach na Polskę.

Brak komentarzy

Feb 06 2010

Dobry komunista, to nasz komunista

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Mój przyjaciel Maciej Eckardt raczył uznać, że film „Towarzysz Generał” jest dobry, dynamiczny, przekonujący. Hmm… Jego prawo, ja jednak nadal uważam, że to gniot, i to do tego niesmaczny. Nie o tym jednak. W jednym z wpisów na swoim blogu Maciek pisze o tym, jak redaktorzy Żakowski i Mazowiecki bronili Jaruzelskiego przed zarzutem antysemityzmu i dokonania „czystki antysemickiej w armii”, co skłoniło go do konstatacji, że działają wedle zasady „dobry antysemita, to nasz antysemita”. Ja przed tym – przyznam – dziwacznym zarzutem broniłbym Jaruzelskiego w inny sposób niż Żakowski, ale niech tam…
Wydaje mi się, że wbrew piejącym na cześć gniota filmowego o Jaruzelskim, inny aspekt sprawy jest o wiele bardziej interesujący i bulwersujący. Oto integralnym antykomunistom w ogóle nie przeszkadza fakt, że na pierwszą linię ognia twórcy filmu rzucili „komuchów” co się zowie – politruka z pionu politycznego LWP, płka Lecha Kowalskiego, i szefa POP PZPR w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego prof. Pawła Wieczorkiewicza. Obaj są zresztą najbardziej zaciekli. Red. Rafał Ziemkiewicz i inni mówią – No i co z tego? O co chodzi? Przecież mają prawo do zmiany poglądów a poza tym ważne jest to, co mówią. Owszem, mają, tylko, że istnieje coś takiego jak elementarne poczucie przyzwoitości. Gdyby któryś z tej dwójki „zbuntował” się przed 1989 rokiem, to miałby prawo do wystąpienia w filmie w roli sędziego, prawo moralne. Ale nie, obaj panowie tkwili w strukturach „totalitarnego państwa”, by użyć formułki zrozumiałej dla adeptów szkoły ipn-owskiej  – do końca, czyli do 1990 roku. Ich aktywność nosi więc cechy koniunkturalizmu. Piszę o tym z pewną niechęcią, bo znałem prof. Wieczorkiewicza jako wspaniałego historyka, zwolennika realizmu politycznego, opowiadającego się za przyjaznymi stosunkami z Rosją (mówił mi o tym jeszcze w drugiej połowie lat 90.), uznającego szkołę Romana Dmowskiego za najbardziej przydatną dla Polski. Jego nagłego zwrotu na przełomie lat 90. XX w. i na początku XXI w. nie rozumiałem i nie akceptowałem. W tym co zaczął wtedy robić trudno dostrzec szlachetność i obiektywizm. Jego nowi zwolennicy albo udawali, że nic nie wiedzą, że był to prawie przez całe życie „komuch”, albo rzeczywiście nie wiedzą, uznając że pan profesor bojownikiem „z komuną” był. Dla mnie nie miało znaczenia, że profesor był szefem POP PZPR, ba, wtedy, kiedy studiowałem na UW o tym nawet nie wiedziałem. Jednak obecnie, kiedy dzieją się w dziedzinie nauk historycznych (choć trudno to nazywać teraz nauką) rzeczy skandaliczne, kiedy nazwisko profesora stało się dla wielu symbolem „walki z komuną”, kiedy Sławomir Cenckiewicz pisze na narodowcach w PRL jako o „endekoesbecji” i jednocześnie uznaje Wieczorkiewicza za swojego mistrza – milczeć nie można. Za dużo tu bowiem szulerstwa i oszustwa, za dużo niegodziwości.
Płk Lech Kowalski był oficerem politycznym LWP i honor oficera nakazywałby, by nie kalać własnego gniazda, a więc w najlepszym przypadku milczeć lub zajmować się czymś innym niż wylewaniem pomyj na swojego byłego szefa. Jego postawa spotkała się z jednoznacznym potępieniem środowiska i ja się temu nie dziwię. Ale cóż, honor – to towar deficytowy.
Omawiana sprawa nie jest wyjątkowa. Mamy bowiem we współczesnej Polsce cały tabun byłych „komuchów” maszerujących w pierwszym szeregu antypeerelowskiej krucjaty. Dla poczucia własnego bezpieczeństwa, dla zaistnienia w nowej rzeczywistości, chcąc się podlizać nowym władcom dusz – mszczą się na swoich byłych szefach, na państwie, któremu służyli, na wszystkim, co wiąże się z ich życiem w tamtych czasach. Nie będę wymieniał nazwisk – znane są dobrze. Mamy byłego aktywistę TPPR – obecnie naczelnego rusofoba RP publikującego – o zgrozo – w katolickim dzienniku; mamy literata piszącego antykomunistyczne kawałki do jednego z hurrapatriotycznych tygodników, który w latach 50. donosił ; mamy speca od mediów, publicystę  i wielkiego „antykomunistę”, który w latach 80. gościł w studiu TVP samego Generała Jaruzelskiego i bił przed nim czołem; mamy satyryka, który istnieje jako artysta tylko dzięki PRL, absolwenta Wyższej Szkoły Nauk Społecznych – plującego na tenże PRL, że aż miło; mamy wybitnego pisarza wydającego w PRL setki tysięcy egzemplarzy książek o epoce napoleońskiej, a obecnie uznającego się za jednego z najbardziej poszkodowanych „przez komunę” i do tego ofiarę KGB. Itd. Itp.
Jest taka scena w filmie „Aleksander”, kiedy po przegranej bitwie z Macedończykami król Presów Dariusz ucieka przez pustynię i zostaje zdradzony przez swoich dowódców, którzy go zabijają mając nadzieję, że się wkupią w łaski zwycięzcy. Jednak ten każe ich ściąć – bo okazali się zdrajcami i zabili swojego pana. My jednak żyjemy w czasach, kiedy przynoszących na tacy głowę Jaruzelskiego wita się w obozie zwycięzców z fanfarami, nagradza i daje za przykład do naśladowania. Takie to niehonorowane i paskudne czasy.
Wracając wszakże do początku – okazuje się, że „dobry komunista, to nasz komunista”. Dobrzy nie są tylko ci, którzy nie robią ze swojej gęby cholewy, nie przebierają się co kilka lat w nowe ciuchy maskujące, nie wyskakują na publiczną scenę z palcami w kształcie „V” krzycząc „Precz z komuną!”. Ja jednak – pozwolisz Maćku – zachowam większy szacunek dla tych „złych komunistów” a nie tych „dobrych”.

Brak komentarzy

Feb 03 2010

Bandera i Putin pogrzebali prezydenta RP

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Lech Kaczyński jest w dołku – jest coraz bardziej osaczony i osamotniony. W głównej mierze to rezultat jego nieprzemyślanej, tromtadrackiej polityki zagranicznej. Symbolicznym zakończeniem tej polityki była sromotna przegrana jego „przyjaciela” Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich na Ukrainie, połączona z ze swoistym ciosem w plecy w postaci nadania przez tegoż Juszczenkę tytułu Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze i uznanie całej organizacji OUN-UPA za „bojowników za wolność”. Jakby na ironię – kilka dni wcześniej ambasador Ukrainy w Polsce wręczył kilku proprezydenckim politykom (Aleksandrowi Szczygło, Mariuszowi Handzlikowi, Pawłowi Kowalowi i Markowi Kuchcińskiemu) wysokie ordery „za zasługi” w „umacnianiu współpracy polsko-ukraińskiej”. Tak oto cała prezydencka ekipa znalazła się w sytuacji co najmniej niezręcznej, wystawiona przez swojego ukraińskiego „przyjaciela” na pośmiewisko i potępienie opinii polskiej
Podczas gdy obóz Kaczyńskiego zaległ w banderowski bagnie – obóz Donalda Tuska dostał niemal w tym samym momencie wsparcie z Moskwy. Zaproszenie wystosowane do Tuska przez premiera Władimira Putina na wspólne obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, choć oczekiwane – przyszło w chwili bardzo dla polskiego premiera korzystnej. Polacy, zmęczeni ekscesami „polskiej polityki wschodniej” w wydaniu PiS i Lecha Kaczyńskiego, zniesmaczeni poziomem ukraińskiego i gruzińskiego partnera prezydenta RP – zaczynają doceniać walory „nowej polityki wschodniej” Tuska. Już zeszłoroczna wizyta Putina na Westerplatte była, wbrew publicystycznej wrzawie w mediach, sukcesem. Przy okazji okazało się, że tzw. przeciętny Polak rusofobem nie jest, Putina chciały zobaczyć setki ludzi gromadzących się pod Grand Hotelem w Sopocie. To nie tylko ciekawość, to także oczekiwanie na pozytywny przełom w polsko-rosyjskich relacjach. Putin jest zręcznym politykiem, wyczuł tę atmosferę i postanowił postawić kropkę nad „i”. Katyń ma być dla Rosji i Polski okazją do wspólnego potępienia stalinizmu niszczącego i Polaków, i Rosjan, w duchu oświadczeń rosyjskiego Kościoła prawosławnego, prezydenta Dmitrija Miedwiediewa i wreszcie samego Putina. Trudno sobie wyobrazić, żeby było inaczej.

Brak komentarzy

Feb 02 2010

Towarzysz Knot

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Wyemitowany w TVP 1 w porze największej oglądalności film Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka pt. „Towarzysz Generał”, poświęcony życiu Wojciecha Jaruzelskiego – jest, trzeba to jasno powiedzieć, knotem. Mieści się w konwencji filmów propagandowych, gdzie z góry zakłada się cele, jakie się chce osiągnąć – a potem skrupulatnie dobiera fakty lub pseudofakty. Jednocześnie jednak jest to film szalenie prostacki, naiwny, bowiem próbuje spojrzeć na niezwykle skomplikowany okres w historii Polski (1945-1989) przez okulary agitatora, który nie ma żadnych wątpliwości i szerszych przemyśleń, ale który wie kto jest zdrajcą a kto bohaterem, który liczy na to, że do widza przemówią uczucia a nie rozum, i który wreszcie liczy na to, że nikt tego nie zdemaskuje.  
Film jest knotem, bowiem główne role grają w nim ludzie kompletnie niewiarygodni – oni komentują zawiłości życiorysu Jaruzelskiego i PRL, a właściwie nie komentują, tylko oskarżają. Na prokuratorskiej ławie zasiedli – płk Lech Kowalski, były politruk, członek PZPR (on gra pierwsze skrzypce), nieżyjący już prof.. Paweł Wieczorkiewicz, było sekretarz POP PZPR na Uniwersytecie Warszawskim do 1990 roku, dr Bogdan Musiał, obywatel Niemiec mający ogromne kłopoty z formułowaniem zdań w języku polskim, Władimir Bukowski, człowiek ogarnięty obsesją i kreowany w Polsce na wielki autorytet, niejaki John Lenczowski z USA, którego pełne nowomowy tyrady budzą tylko uczucie zażenowania, i wreszcie dyżurni tropiciel agentów – Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk. Tylko prof. Andrzej Paczkowski wypada w tym gronie w miarę poważnie.  
Red. Rafał Ziemkiewicz w dyskusji po filmie jak lew bronił zarówno Lecha Kowalskiego, jak i Pawła Wieczorkiewicza. Twierdził, że ich życiorysy nie mają nic do rzeczy, liczy się tylko to, czy mówią prawdę (ciekawe, że w innych przypadkach nader chętnie „grzebie” w życiorysach). To nie tak, gdyby ci panowie przed 1989 rokiem zapisali się jako przeciwnicy systemu, to tak, ale w ich przypadku nie miało to miejsca. Neofityzm jest chorobą groźną, bo neofici nie znają umiaru, by udowodnić, że w nowej epoce są znowu na pierwszej linii. Są żołnierzami nowej władzy i wysługują się nowemu panu. W filmie oczywiście nie podano, kim byli przed 1989 rokiem, bo to by część widzów zastanowiło. Z drugiej strony wywody Lecha Kowalskiego były na bardzo niskim poziomie (godnym politruka), a już zabieg polegający na tym, że występuje on na tle statuetki Józefa Piłsudskiego – uznać należy za komiczny.
Film przeładowany jest nowomową, której trudno słuchać, bo jej celem nie jest bynajmniej poznanie prawdy o tamtych czasach, lecz tylko podgrzewanie atmosfery. Wygląda czasami na to, że występujący w filmie pompują się wzajemnie dodając sobie animuszu. Często wypada to komicznie.
Np. Musiał mówi, że on rozumie, że Jaruzelski wstąpił do Armii Berlinga, bo chciał wyjść z Sowietów, ale dlaczego potem z niej nie wystąpił, kiedy wiedział, że to jest „narzędzie sowieckiego imperium”? Tak zresztą jak dziesiątki tysięcy innych też nie wystąpiło. Zgodnie z zasadą, że bohater narodowy, to martwy bohater – Musiał zdaje się sugerować, że powinien wstąpić do podziemia i zginąć w walce rzecz jasna „z sowieckim imperium”. Narrację ilustrują zdjęcia zastrzelonych żołnierzy podziemia, choć jedno z nich (co za wpadka!) pokazuje ujętego przez Wojsko Polskie upowca. Ale pewnie to dla twórców filmu nieistotny drobiazg, wszak upowiec to antykomunista walczący „z sowieckim imperium”. Ale szczyt wszystkiego, to oskarżenie Jaruzelskiego za „czystkę antysemicką w armii” w 1968 r. Tu się twórcy filmu kompletnie obnażają – co to za zarzut w kręgu ludzi przyznających się do poglądów prawicowych czy nawet narodowych? „Towarzysze pochodzenia żydowskiego” byli w wojsku znienawidzeni – traktowano ich jako relikt epoki stalinowskiej. Ich usuniecie z wojska uważano powszechnie za polonizację armii, drugą po 1956 roku, kiedy usunięto doradców sowieckich. I to ma być zbrodnia Jaruzelskiego? 
Ale to nie wszystko – Lech Kowalski oskarża Jaruzelskiego o to, że Amerykanie chcieli w razie wojny uczynić z Polski atomowe cmentarzysko. Od 1964 roku, kiedy ujawnił to niemiecki „Der Spiegel”, było to powszechnie znane. Polonia była oburzona, ale nie na Jaruzelskiego czy Gomułkę, tylko na Amerykanów. Najpierw nas sprzedali w Teheranie i Jałcie, a potem ich wojskowi zrobili sobie w Polski atomowy cel – nad Wisłą chcieli zatrzymać armie sowieckie, czyniąc z naszego kraju atomową pustynię. Ale nie, Lech Kowalski uważa, że winien jest Jaruzelski, bo wiedział i nic nie zrobił. A niby co miał zrobić? Strzelić sobie w łeb, zabić dowódcę Układu Warszawskiego? A może tak jak uwielbiany przez wielu Ryszard Kukliński, przekazać do USA plany rozlokowania wojsk polskich, by wiedzieli gdzie uderzyć? No bo chyba nikt rozsądny nie wierzy, że w razie wojny Amerykanie by się przed tym zawahali, ze względu na Kościuszkę, Pułaskiego czy Kongres Polonii Amerykańskiej.
Ten film nie powinien być emitowany w telewizji publicznej i to w dodatku w porze największej oglądalności. Nie dlatego, że jest „antykomunistyczny”, ale dlatego, że jest zły, tendencyjny i jątrzący. Część historyków (także tych z desantu z USA i Niemiec) uwzięła się, by podsycać wojnę polsko-polską, by odwracać uwagę Polaków od spraw najważniejszych, by kreować coś na kształt pornografii historycznej w najgorszym wydaniu, posiłkując się byłymi politrukami i „komuchami”. Przy okazji wykazują całkowity brak zrozumienia realiów, w jakich przyszło żyć milionom Polaków po 1945 roku. A te miliony przewinęły się i przez Wojsko Polskie, i przez PZPR. Taki był los narodu polskiego i nie można w sposób prostacki pluć w twarz tym milionom. Choćby się chciało przekonać, że chodzi tylko o naplucie na Jaruzelskiego.

Brak komentarzy

Jan 27 2010

Wokół KL Auschwitz

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

„Nasze” media, które od lat przekonują nas, że w 1945 r. nie było żadnego wyzwolenia, tylko nowe zniewolenie – nagle zmieniły płytę. Okazuje się, że Armia Czerwona, a konkretnie 100. Lwowska Dywizja – „wyzwoliła obóz koncentracyjny w Oświęcimiu”. Pan premier powiedział: „Trzeba też zachować pamięć o tych, którzy przyszli tutaj wyzwolić obóz, o Armii Czerwonej. Dla nielicznych ocalonych, byli symbolem końca tej gehenny”. A więc jednak, okazuje się, że historia nie jest taka prosta i czarno-biała, jak przekonują wszystkowiedzący. Zresztą, jak o takim przypadku, jak KL Auschwitz, można było powiedzieć inaczej? Ktoś powie – to przykład wyjątkowy. Tylko z pozoru – bowiem symbolizuje on sytuację całej Polski okupowanej przez hitlerowskie Niemcy. Po Żydach to Polacy mieli być następni, to my mieliśmy być zredukowani do 15 proc. dotychczasowej populacji, reszta miała być zgładzona lub wywieziona za Ural.
Przy tej okazji za zgrzyt uznano wywiad bpa Tadeusza Pieronka dla jednego z włoskich portali katolickich. Hierarcha, ku zdumieniu wielu, wypowiedział sądy, które we współczesnym świecie uznaje się za „kontrowersyjne”. Jednak po bliższej analizie żadnych „kontrowersji” w tej wypowiedzi nie ma. Poza błędnie zrozumianym stwierdzeniem, że Żydzi wymyślili „shoah” (chodzi o termin, a nie o negowanie faktu zagłady), pozostałe opinie T. Pieronka są – rzec by można – oczywiste. No bo czy zdanie:  „Żydzi, mają dobrą prasę, ponieważ dysponują potężnymi środkami finansowymi, ogromną władzą i bezwarunkowym poparciem Stanów Zjednoczonych i to sprzyja swego rodzaju arogancji, którą uważam za nie do zniesienia” – jest skandaliczne i nieprawdziwe? Albo odpowiedź na pytanie czy sądzi, że pamięć o Holokauście jest instrumentalnie wykorzystywana: „Oczywiście, że tak. Wykorzystywana jest jako broń propagandowa i to w celu osiągnięcia nieuzasadnionych często korzyści. Powtarzam, z historycznego punktu widzenia nie jest prawdą, że w obozach zginęli wyłącznie Żydzi, prawda ta jednak jest dziś niemal ignorowana”. Zaskoczeniem może być tylko to, że powiedział to właśnie bp Tadeusz Pieronek. Jednak dla wnikliwych obserwatorów już od pewnego czasu jego wypowiedzi stawały się coraz bardziej „niepoprawne politycznie”. Swego czasu zbulwersował salon stwierdzeniem, że Kościoła i społeczności katolickiej nie można obciążać za to, że Żydzi w średniowieczu byli izolowani w gettach, bo przecież „sami się tam zamknęli”. Myślę, że mamy tu syndrom ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, niegdyś wielkiego zwolennika dialogu polsko-żydowskiego, a potem surowego krytyka środowisk żydowskich. Nie ma to jak własne doświadczenia. Można więc z całkowitą pewnością stwierdzić – witamy na pokładzie, księże biskupie!

Brak komentarzy

Next »