Jan 26 2012

Wariacki przegląd prasy (3)

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Tygodnik „Uważam Rze” miał w pewnym momencie szansę, żeby stać się pismem poważnym, który skieruje myślenie na prawicy na tory jakiej takiej racjonalności. Jeśli ktoś miał takie nadzieje, to musiał złapać się za głowę po lekturze numeru ostatniego (23-29 stycznia br.). Już sama okładka jest zapowiedzią tego co na czeka w środku: „Kłamstwo smoleńskie pęka” i podtytuł: „Rosyjska, powielana w Polsce, wersja katastrofy rozsypała się jak domek z kart”.

Hmm… Niby po czym? Po tym, jak ogłoszono, że któryś z głosów w kabinie nie był dobrze rozpoznany? A cóż to zmienia w określeniu przyczyn katastrofy? Oczywiście wszyscy eksperci twierdzą, że niczego, ale media smoleńskie wiedzą swoje. No właśnie, jest problem tych ekspertów. No bo Tuska i Komorowskiego można łatwo uderzyć, że działają z pobudek politycznych. Ale eksperci? To jest ta drzazga, która doskwiera smoleńszczanom. Jak ją wyjąć? Tego dowiemy się przeglądając publikacje  w środku. Clou numeru to wywiad z wdową po gen. Andrzeju Błasiku. Lektura to smutna, ale nie należy mieć pretensji do samej wdowy, tylko do redakcji, która nie waha się wykorzystywać bólu i dramatu ludzkiego do podpierania swoich obłędnych politycznych tez. Oto pierwszy cytat z wywiadu z Ewą Błasik:

„Po konferencji MAK miałam wrażenie, że generał Anodinie zależy na tym, by mnie osobiście doprowadzić do takiej sytuacji, żebym się zamknęła i pogodziła się z tą ich narracją. Im bardziej oni mnie atakowali, tym bardziej prosiłam Ojca Świętego o wsparcie i on mnie tą łaską obdarzał. Cały czas miałam przed oczami cierpienie Jana Pawła II, i wiedziałam, że muszę wytrzymać. Rosjanie z całą premedytacją niszczyli honor polskich żołnierzy, oficerów, wreszcie całej polskiej armii. Odnosiłam wrażenie, że sprawiało im to jakąś sadystyczną przyjemność. Niestety nie sposób uciec od konstatacji, że Rosjanom pomagali również Polacy, a w szczególności płk Edmund Klich. Jak się wydaje, jego przyjacielskie kontakty z wiceszefem MAK sprawiły, że bardziej, w mojej opinii, reprezentował interesy Rosji niż Polski. Podzielam opinię tych, którzy uważają, że osobie Edmunda Klicha powinny się przyjrzeć odpowiednie służby”.

I drugi, o ekspertach:  „Powinno się powiedzieć: tak zwani eksperci lotniczy. To, że ktoś wydaje jakieś pisemko o samolotach albo nawet otarł się o latanie, jeszcze nie czyni z niego eksperta od lotnictwa wojskowego. Wielokrotnie mówiłam przedstawicielom mediów o prawdziwych ekspertach, którzy bronią polskiego lotnictwa i się na nim znają. Dawałam nawet ich numery telefonów. Nigdy ich nie zaproszono. Bo mówienie dobrze o Błasiku i polskim lotnictwie zaburzałoby przyjętą narrację narzuconą przez Edmunda Klicha i Rosjan”.

Nie ma tu co komentować. Jeśli żyjemy w państwie, w którym dla niektórych bardziej miarodajne od opinii fachowców stają się poglądy i odczucia osób, które nie powinny się na ten temat wypowiadać – to przyszłość nasza nie rysuje się optymistycznie. Zawsze, kiedy czytam eskalujące emocje i napięcie wywiady z kilkoma paniami (nazwiska dobrze znane), nasuwa mi się natrętnie pytanie – dlaczego wdowy i wdowcy po ofiarach katastrofy z PSL, SLD, PO, a także po oficerach BOR, i innych ofiarach – nie mają takich odczuć jak te panie, dlaczego nie widzą potrzeby ciągłej obecności w mediach, dlaczego nie formułują publicznie oskarżeń i kategorycznych wyroków? Dlaczego robią to wyłącznie osoby związane z jedna z partii? To jest pytanie retoryczne.

Ale idźmy dalej. Następne teksty na ten sam temat są autorstwa Marka Pyzy (tego od agitek propagandowych w Wiadomościach TVP 1) i Jacka Karnowskiego pod jakże wymownym tytułem: „Dlaczego aż tak kłamią w sprawie Smoleńska”. Autor podsuwa odpowiedź – ktoś tym kłamcom sufluje to co mają mówić. Kto? Znając poglądy pana redaktora, jest to jasne jak nic. Na koniec Karnowski przekonuje nas, co jest dla Polski w tej chwili najważniejsze: 

„Dość Smoleńska” – krzyczą na nas prorządowe media przy każdej okazji. Ale nie mówią prawdy: one same chcą mówić i mówią o Smoleńsku nawet więcej niż my. Tyle że na swoich warunkach, i tak często niezgodnie z prawdą, z widoczną złą wolą. Byle osłonić swoich, poniżyć szukających prawdy i zniechęcić pozostałych. Za każdą cenę: nie liczy się honor polskich oficerów, ból rodzin, racja stanu. I ten ich upór jest najlepszą ilustracją wagi sprawy 10/04 – dziś sprawy dla Polski fundamentalnej, centralnej. Nie tylko dlatego, że dzieli ona Polaków, ale przede wszystkim dlatego, że rozbicie smoleńskiego salonu krzywych luster jest warunkiem koniecznym naprawy Rzeczypospolitej – tak jak podtrzymywanie tej fikcji jest aktem założycielskim updatowanej wersji III RP, z którą mamy dziś do czynienia”. Nie chciałbym rozczarować pana redaktora, ale wydaje mi się, że są jednak sprawy ważniejsze.

Ale to nie koniec atrakcji. Już na stronie 6 Piotr Zychowicz, zajmujący się komentowaniem polskiej historii najnowszej w duchu IPN do kwadratu, pisze o pomniku „czterech śpiących” na Pradze, że to oburzające, że ma on ponownie stanąć tam, gdzie stoi. I przebija autorów akcji żądających jego odstawienia do muzeum w Kozłówce. Zychowicz ma inny pomysł: „powinno się go wysadzić w powietrze”.  Cóż za pomysł, cóż za wyczucie historii! Gdzie pan redaktor proponuje spektakl dla gawiedzi? Gdzieś na poligonie czy może w centrum miasta? No i pewnie transmisja na żywo poprzedzona pogadanką pana redaktora na temat słuszności tej operacji. To, że przy okazji w powietrze poszłyby figury polskich żołnierzy, zdobywców Kołobrzegu i Berlina, chłopaków z Kresów, łagierników, a nierzadko także oficerów i szeregowych z AK – mało redaktora obchodzi, bo pan redaktor wyznaje filozofię Józefa Mackiewicza, który mawiał, że zamiast narodowości wpisuje w dokumentach „antykomunista”. To niech sobie redaktor uprawia tę filozofię, ale nie kosztem pamięci i szacunku dla poległych.

Sporo absurdów jak na jeden numer? Sporo, ale to nie wszystko! Red. Piotr Gursztyn „rozprawia” się z tymi (także z prof. Maciejem Giertychem), którzy porównują stan wojenny z 1981 roku, z zamachem stanu Piłsudskiego z 1926. Jest oburzony: „Jaruzelski to nie Piłsudski, a stan wojenny nie był zamachem majowym. Tylko ignoranci i kłamcy znajdują podobieństwa”. Hmm… ostro, ale pragnę zauważyć, że nikt tego bynajmniej nie robi. Zwraca się tylko uwagę na to, że działania Piłsudskiego przyczyniły się do zabicia wielokrotnie większej liczy ludzi, niż Jaruzelskiego, a po drugie, jeśli stan wojenny był przygotowany przez jakiś „przestępczy związek zbrojny”, to jak nazwać Piłsudskiego i jego ludzi? Chodzi o stosowanie jednej miary w ocenach historycznych. Gursztyn oburza się na „ignorantów i „kłamców”, a następnie w swoim tekście sam się nim staje. Owszem, jakieś aresztowania i prześladowania za Piłsudskiego były, ale to tylko „incydenty”. Pisze o Zagórskim i Rozwadowskim, ale już nie o Brześciu i Berezie, gdzie znęcanie się nad ludźmi przewyższało najgorsze przypadki stanu wojennego. Autor artykułu „podkręca” liczbę ofiar stanu wojennego do 91, choć wiadomo, że liczba udokumentowanych wynosi 15 (patrz A. L. Sowa, „Historia polityczna Polski 1944-1991”, Kraków 2011).

Nie pisze też o innych przypadkach terroru sanacyjnego – o zabiciu 44 chłopów podczas strajku w 1937 roku czy o 18 innych, których zastrzelono pod Radomiem. O ile się nie mylę, w 1976 roku w Radomiu nikt nie zginął. Nie pisze po pobiciu licznych „wrogów” marszałka – w tym pisarza Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Pisze, że za sanacji nikt z Polski nie uciekał, ale zapomniał o Wincentym Witosie i Wojciechu Korfantym, którzy musieli uciec do Czechosłowacji. Pisze, że przecież Piłsudski „nie zdjął” z urzędu prezydenta Wojciechowskiego, ale ustąpił on sam. Zaiste wielka to zasługa – doprowadzić państwo na skraj wojny domowej, wymuszając ustąpienie honorowego Wojciechowskiego i uznać, że przecież on sam złożył dymisję. Zapomniał też red. Gurysztyn dodać, że w 1926 roku Polsce nie groziła bynajmniej inwazja z zewnątrz, a Moskwa wiedziała od jesieni 1925, że będzie wkrótce zamach (od KPP, która wiedziała to z kolei od tajnego wysłannika Piłsudskiego). I ta Moskwa, na naradzie na Kremlu, z udziałem Feliksa Dzierżyńskiego, zadecydowała, że w takim razie trzeba udzielić Piłsudskiemu poparcia. Są na to wiarygodne dokumenty archiwalne. Jak to nazwać? Niech sobie red. Gursztyn odpowie. Myli się też wyśmiewając tezę, że w końcu 1981 roku „Solidarność” szykowała się do przejęcia władzy. Były takie chore pomysły i są one dobrze znane w literaturze przedmiotu.

Mam jednak dla czytelników na koniec niespodziankę. Na tle całego numeru, pełnego tekstów, które określilibyśmy, zgodnie z tytułem tego cyklu, „wariackimi” – jest jeden zasługujący na pochwalę. I kto go napisał? Waldemar Łysiak! Jakaż niespodzianka! Autor pisze o wolności i odnosi się do końca XVIII wieku:

„Nie obwiniajmy wszakże o zlikwidowanie Rzeczypospolitej w stuleciu XVIII wyłącznie „wrogich potencji”, czyli niedobrych sąsiadów, bośmy sami sobie byli winni, zwłaszcza zdradziecka (korumpowana przez zaborców) magnateria, i głupia (korumpowana przez magnatów) szlachta. Jej patologiczny kult wolności bywa dzisiaj hagiografowany bezsensownie (exemplum Jarosław M. Rymkiewicz), mimo że to właśnie on budował pochylnie upadku państwa, prostą drogę do niewoli narodowej, do kajdanów. Jako akademicki wykładowca Historii Kultury i Cywilizacji, przez prawie 20 lat tłumaczyłem studentom, iż na tamtym etapie rozwoju Europy tylko absolutyzm (silna władza centralna) dawał szansę odpierania zakusów wrogich mocarstw, jednak u nas praktykujące „złotą wolność” hordy nobilów terroryzowały królów siłą rozbestwionego sejmu, skutecznie sabotując każdą próbę zaprowadzenia absolutystycznej monarchii dysponującej silną armią regularną”.

Cóż za puenta! I to by było tym razem na tyle.

Brak komentarzy

Jan 22 2012

Dlaczego musimy stać po stronie Orbana?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Ktoś nie interesujący się sytuacją wewnętrzną Węgier i wierzący we wszystko, co piszą gazety w Polsce i na świecie – mógłby dojść do przekonania, że w kraju tym jesteśmy o krok od „faszystowskiej dyktatury”. Co prawda słowo „faszystowski” dawno już straciło pierwotne znaczenie, stając się jedynie inwektywą i pałką, przy pomocy której bije się politycznego przeciwnika – to jednak używanie tego typu określeń pod adresem demokratycznego kraju, mającego 1000-letnią, chrześcijańską tradycję, który wiele przeszedł w ostatnich dziesięcioleciach – jest czymś, wobec czego nie można przechodzić obojętnie. Tym bardziej, jeśli w gronie stawiających pod pręgierzem są przywódcy największych państw mieniących się demokratycznymi.

Jest rzeczą nie podlegającą dyskusji, że na Węgrzech nie doszło do żadnego „zamachu”, że kraj ten nie zmierza ku „faszystowskiej dyktaturze”. Jeśli bowiem uchwalanie ustaw i praw dzięki wygranym wyborom i posiadanej większości w parlamencie jest „faszystowską dyktaturą”, to w takim razie czym jest ta „prawdziwa demokracja”, o którą walczy Bruksela i Ameryka? Czy wprowadzenie do preambuły Konstytucji Węgier słów „Boże, błogosław Węgrów”, danie ludziom swobody wyboru przynależności do OFE, czy zmniejszenie liczby posłów do 199 – to jest działanie antydemokratyczne? Czy instytucja wyborów została zlikwidowana? Oczywiście nie. Chodzi o coś zupełnie innego – to Bruksela i USA roszczą sobie prawo do określania tego, co jest demokratyczne a co nie. Chodzi też o naruszone interesy ponadnarodowych korporacji i instytucji finansowych. Skandal polega też na tym, że takie państwa jak Francja i Niemcy na własnym podwórku realizują politykę bardzo podobną do tej, jaką chce iść Orban, a nowym państwom członkowskim UE aplikują rozwiązania, których u siebie nigdy by nie przyjęli.

Z wielu powodów, ale i przez wzgląd na nasze interesy – powinniśmy w tym sporze stanąć po stronie Węgier. Dobrze, że opozycja zajęła takie stanowisko, ale o wiele ważniejsze jest to, że uczynił to także premier Donald Tusk, czym może niektórych zaskoczył. Na konferencji prasowej w Warszawie powiedział: „Polska zaoferuje, jeśli premier Viktor Orban i Węgrzy będą tym zainteresowani, jakąś formę politycznego wsparcia, tak aby reakcje na sytuację na Węgrzech nie były przesadzone. Mam wrażenie, że część tych reakcji jest przesadzona, mówię bardziej o reakcjach politycznych niż czysto formalnych czy proceduralnych związanych z oceną Komisji Europejskiej. Węgry prezentują ciągle na poziomie europejskim standard demokratyczny. Nie ma żadnego powodu, aby podnosić takie larum, jak czynią to niektóre polityczne środowiska”.

Ten głos będzie miał w Europie większy rezonans, niż głos opozycji, bo Tusk jest premierem, a ponadto jest uznawany w UE za „swojego”. Dlaczego się na to zdecydował? Po pierwsze, Orban jest zaprzyjaźniony z Tuskiem, wbrew powszechnej opinii, że to PiS jest naturalnym sojusznikiem Fidesz. Musiał więc w jakiś sposób wesprzeć kolegę. Ale jest też drugi powód – Tusk jest chyba zaskoczony i zaniepokojony tonem, w jakim wypowiada się na temat Węgier UE. Taki los może spotkać każde z państw naszego regionu. Podpaść Brukseli jest bardzo łatwo i wtedy staje się ona bezwzględna. Jest jeszcze jedna sprawa – przypadek węgierski postawił na nowo pytanie o granice suwerenności państw członkowskich UE. Można mieć tylko nadzieję, że po tej bolesnej lekcji profederalistyczny entuzjazm naszego rządu wyrażony niedawno w Berlinie przez ministra Radosława Sikorskiego – osłabnie.  

Brak komentarzy

Jan 19 2012

Wariacki przegląd prasy (2)

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

„Nie ulega wątpliwości, że w momencie wprowadzenia stanu wojennego nie było bezpośredniego zagrożenia zbrojną interwencją ze strony wojsk Układu Warszawskiego, którego państwa oczekiwały rozwiązania sytuacji w Polsce poprzez polskie władze” – stwierdził sąd w uzasadnieniu wyroku wobec autorów stanu wojennego. Tak oto, na podstawie widzimisię sądu i niektórych polityków oraz będących na ich usługach historyków – orzeczono w sprawie historii sprzed 30 lat, mimo że inni historycy twierdzą coś zupełnie innego a kluczowe dokumenty z archiwów rosyjskich i amerykańskich są do tej pory utajnione. Innym kuriozum tego wyroku było oskarżenie podsądnych (m.in. Czesława Kiszczaka) na podstawie Konstytucji PRL, jak wiadomo uchwalonej przy czynnym udziale Józefa Stalina. Ciekawe były reakcje na to kuriozum.

Na początek Bogdan Borusewicz, który rzecz jasna jest bardzo zadowolony z wyroku. „To wyrok sprawiedliwy” – ocenia. Zaś na pytanie o podstawę prawną odpowiada tak: „Oczywiście zapisy konstytucji PRL były fikcyjne, ale prawo obowiązywało i mnie na podstawie tego prawa wiele razy skazywano na więzienie. Wychodząc z takiej tezy nigdy byśmy nikogo nie skazali za czyny popełnione w czasach PRL” („Gazeta Wyborcza”, 13.01.2012). Ciekawa interpretacja – trzeba było więc oprzeć się na „komunistycznej” Konstytucji PRL z 1952 roku (ze zmianami) – żeby „dopaść Jaruzela”. Śmieszność tej sytuacji polega na tym, że mściwi działacze „Solidarności” stanęli de facto na gruncie legalności PRL jako państwa. Przezwyciężyli w sobie wstręt do niego, byle tylko dopiąć swego i udowodnić, że prawda jest po ich stronie. Już widzę szyderczy śmiech Stalina: „No co, panowie Polaczki, bez mojej pomocy nie udałoby wam się nic”.

Stanowisko Borusewicza nie dziwi (choć jako człowiek pełniący funkcję marszałka Senatu mógłby zdobyć się na większy dystans), ale co powiedzieć o historyku, prof. Andrzeju Paczkowskim, który odnosi się do największego kuriozum orzeczenia sądu, czyli uznania, że twórcy stanu wojennego są winni „zbrodni komunistycznej przez udział w grupie przestępczej pod kierunkiem Wojciecha Jaruzelskiego”. Każdy poważny historyk by to wyśmiał. Tymczasem pan profesor mówi tak: „Akt oskarżenia koncentrował się wokół „związku przestępczego”. Ewidentnie Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON) najbardziej odpowiada takiemu określeniu. Co prawda tworzyli ją ludzie pełniący funkcje publiczne, ale Jaruzelski wybrał ich i skrzyknął nie ze względu na te funkcje. WRON nie miał żadnego umocowania prawnego. Był więc związkiem jawnym, ale przestępczym i nielegalnym” („Superexpress”, 14. 01.2012). Jest to – przyznam – opinia dla pana profesora kompromitująca, widać wziął w nim górę temperament działacza „Solidarności” a nie chłodne oko badacza.

Oczy otworzył mi dopiero materiał w „Rzeczpospolitej” (14-15.01.2012) zatytułowany „Znalazł sposób na Kiszczaka”. Po jego przeczytaniu można sobie wyrobić zdanie na temat – o co w tym wszystkim chodziło. Zacytujmy tekst: „Już samo uznanie winy byłego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka za wprowadzenie stanu wojennego to ogromny sukces. Jego główny autor – prokurator Piotr Piątek, naczelnik krakowskiego pionu śledczego IPN – odbiera gratulacje. – To jedyny prokurator, który doprowadził rzecz do końca. Szkoda tylko, że wyrok zapada tak późno, a tyle zbrodni PRL wciąż nie jest rozliczonych – mówi Ryszard Majdzik, działacz „S” ze Skawiny, internowany w czasie stanu wojennego. Piątek bardzo przeżywał proces autorów stanu wojennego, rozpoczęty trzy i pół roku temu. Przyznaje, że kilka lat śledztwa i procesu odbiło się na jego życiu rodzinnym i zdrowiu”.

Walka była ostra, bo – jak sugeruje gazeta – szło o przyszłość pionu śledczego IPN, powszechnie krytykowanego jako niepotrzebnego i kompromitującego. Piątek swoim „sukcesem” miał udowodnić, że jednak jest on potrzebny i skuteczny. Nic więc dziwnego, że: „Pogratulowaliśmy sobie po procesie – mówi Ewa Koj, naczelnik katowickiego pionu śledczego IPN”. Przypomnijmy, Ewa Koj to pani, która wymyśliła dochodzenie w sprawie śmierci gen. Władysława Sikorskiego zakończone ekshumacją ciała Generała za 100.000 zł. Poszukiwania kuli w czaszce Naczelnego Wodza (nie wiem czy sowieckiej czy angielskiej) nie powiodły się.

Na koniec opinia jednego z niewielu trzeźwych, czyli Tomasza Wołka, który w audycji w radiu TOK FM podsumował ten dance macabre następująco: „Niezależnie od tego, że ówczesne władze naginały prawo – nawet to załgane, PRL-owskie – to nazywanie ich przestępczym związkiem zbrojnym, czyli operowanie kategoriami jakiegoś gangu, jest absurdem! Nie było wtedy innej władzy. Myśmy z tą władzą walczyli, przeciwstawialiśmy się jej, ale nazywanie tego przestępczym związkiem jest dla mnie czymś kompletnie niedorzecznym. Gdyby to było tak, że walczą dwa obozy władzy, gdzie jeden podstępnie, metodami mafijnymi wydziera władzę, to dobrze. Ale to była jedna jedyna władza wtedy”.

Racja, a co z takimi osobami, jak Jan Paweł II, Prymas Józef Glemp, George Bush, Margaret Thatcher, a także Lech Kaczyński – którzy spotykali się z Jaruzelskim po 1981 roku, rozmawiali z nim, doceniali, nieraz bardzo chwalili? Tymczasem, wedle sądu i IPN – spotykali się z szefem „przestępczego gangu”. Oto do czego doprowadzili nas jakobińscy rewolucjoniści. I zdumiewa tylko jedno – jak wielu ludzi, wydawać by się mogło inteligentnych, ulega tym szaleństwom i aberracjom, jakże miałkim i prostackim. W wydanej właśnie książce pt. „Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” i inne szkice” – prof. Andrzej Romanowski nazywa to „aksjologiczną katastrofą”. I trudno się z nim nie zgodzić.

 

Brak komentarzy

Jan 13 2012

Red. Michalkiewicz ma nowego konika

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Red. Stanisław Michalkiewicz, którego niniejszym pozdrawiam, ma nowego konika. O ile przez wiele miesięcy w swoich felietonach nagminnie używał terminu „razwiedka”, bez względu na to czego dotyczył tekst – teraz wreszcie zmienił płytę. Pisząc z podziwem o różnych powstaniach (rzecz jasna przegranych) za każdym razem nadmienia, że ja nazwałbym je „ruchawką”, co ma świadczyć o mojej pogardzie dla tych szlachetnych zrywów, bo przecież były przeciwko Rosji (czy ZSRR). W najnowszym felietonie (w „Najwyższym Czasie”) pisze tak:  

„Jak wiadomo, w roku 1956 na Węgrzech wybuchło powstanie przeciwko komunistom z centralą w Moskwie. Z powodu tej centrali pan red. Engelgard z „Myśli Polskiej” zapewne nazwałby je pogardliwie „ruchawką” – bo jużci – czy ktoś przy zdrowych zmysłach ośmieliłby się sprzeciwić umiłowanej Rosji zamiast – jak Pan Bóg przykazał – patriotycznie się jej nadstawiać? Więc węgierscy „chojracy”, którzy 23 października 1956 roku tę „ruchawkę” wszczęli, sami sobie byli winni, że już 24 października sowieckie czołgi wkroczyły do Budapesztu w obronie socjalizmu”.

Dowcipnie i śmiesznie? Prawda? Tylko, że to co pisze red. Michalkiewicz nazwać można niczym innym tylko robieniem sobie jaj z pogrzebu. Powstanie węgierskie było klasycznym przykładem tragicznego zrywu nie mającego żadnych szans na pomoc ukochanego Zachodu z Wujem Samem na czele. My o tym w 1956 wiedzieliśmy (po doświadczeniach 1944 roku), więc zachowaliśmy się czujnie. Węgrzy tego doświadczenia nie mieli – więc wierzyli święcie, że Wuj Sam stanie w ich obronie, wierzyli w audycje kontrolowanego przez CIA Radia Wolna Europa nawołujące do oporu i obiecujące, że „pomoc nadchodzi”. Złudzenia trwały krótko – podział świata na strefy wpływów był przestrzegany skrupulatnie przez wielkich tego świata. Nie wiem w związku z tym, czym zachwyca się red. Michalkiewicz opisując tę tragedię. Czy tak, jak nasze stalinowskie sierotki w 1956 roku próbowały nas podburzyć i rzucić na rzeź przeciw Moskwie, którą nagle znienawidzili, byle tylko odwrócić od siebie uwagę i zapobiec rozliczeniu za zbrodnie poprzedniego okresu? Czy red. Michalkiewicz nie pamięta kto wówczas w naszej prasie i radiu piał z zachwytu nad tym Budapesztem? Nazwisk nie wymienię, ale pewnie redaktor Michalkiewicz wie o kogo chodzi. I pewnie wolałby nie być wymieniany razem z nimi.

Ale ta „budapesztańska ruchawka” to tylko wstęp. W dalszej części mamy już o Jaruzelskim, stanie wojennym i „Myśli Polskiej”. Najpierw jedno kłamstewko: „W 1956 roku pojawił się nowy generał Wojciech Jaruzelski, co to jako jedyny opowiedział się za pozostawieniem w LWP marszałka Konstantego Rokossowskiego”. Już kilku historyków, w tym prof. Jerzy Eisler, pisało jasno, że jest to kłamstwo, ale mędrcy felietonu tak łatwo z takiego kąska nie zrezygnują. Potem jest już tylko o 1981: „Jeśli socjalizm w jakimś socjalistycznym państwie jest zagrożony, to pozostałe bratnie kraje mogą, a nawet powinny, udzielić mu bratniej pomocy. I dopiero na tym tle możemy pojąć całą głębię przyczyn, dla których konserwatyści i prawica, zwłaszcza skupiona wokół „Myśli Polskiej”, nie może wytrzymać bez Związku Radzieckiego, a w ostateczności – przynajmniej bez Rosji i jej najwierniejszego syna – generała Wojciecha Jaruzelskiego. Tylko w Rosji bowiem potrafią właściwie tłumaczyć obiektywne i nieubłagane prawa dziejowe, a wszystkie te konieczności najlepiej potrafił objaśniać mniej wartościowemu narodowi tubylczemu właśnie najwierniejszy syn, generał Wojciech Jaruzelski. Mówiąc krótko – bez Rosji i bez generała Jaruzelskiego po prostu nie wiemy co myślimy – tak samo, jak michnikowszczyna bez pana red. Michnika. W ten oto sposób les extremes se touchent”.

I tu się pan redaktor wyłożył. Bo to nie „Myśl Polska” i ci pogardzani „konserwatyści i prawica” (nie wiem czy dobrze myślę, ale red. Michalkiewicz ponoć też jest konserwatystą, chyba że się mylę, może konserwatystą inaczej?) – wierzą Centrali, czyli Moskwie. A ta Centrala przekonuje od lat, w osobach różnych marszałków i ich adiutantów, że nic wam przecież w 1981 roku nie groziło, mogliście sobie robić co chcieliście, myśmy nie mieli zamiaru ruszyć palcem. I red. Michalkiewicz im wierzy! Kto by pomyślał, człowiek, który wylał morze atramentu przekonując czytelników o niecnych zamiarach Moskwy, wierzy marszałkowi Kulikowowi i strażnikowi ortodoksji stalinowskiej Susłowowi! Cholera, ale Jaruzelski im nie uwierzył. Co za skandaliczny brak patriotyzmu i zdrada! Tak oto, jak słusznie pisze red. Michalkiewicz, „les extremes se touchent”. Nasi dzielni insurekcjoniści-antykomuniści z red. Michalkiewiczem-Razwiedką na czele i towariszcz Susłow i marszał Kulikow – hurrrra!

Na koniec jeszcze raz pozdrawiam pana redaktora, bo go mimo wszystko cenię.

Brak komentarzy

Jan 11 2012

Będziemy nadal ujadać

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Jak poinformowały media, Barak Obama podpisał „Ustawę o demokracji i prawach człowieka na Białorusi” (Belarus Democracy and Human Rights Act). Akt prawny wytycza główne priorytety amerykańskiej polityki wobec Białorusi, jednym z nich jest wsparcie mediów elektronicznych nadających w języku białoruskim – w tym telewizji Biełsat (choć jest to stacja finansowana z pieniędzy polskiego podatnika). Wpisanie Biełsatu do treści dokumentu odbyło się przy aktywnym działaniu polskiego ambasadora w USA Roberta Kupieckiego. Pięknie – czyli zamiast zwijać sztandar „demokratycznej krucjaty” i zacząć prowadzić politykę realną – sami podrzucamy drew do ognia. Wydaje się, że ceną jaką płacimy za korektę polskiej polityki wschodniej, jaka dokonała się w okresie rządów Donalda Tuska (wyciszenie odcinka gruzińskiego, znormalizowanie relacji z Rosją, ostrożniejsza polityka ukraińska) – jest misjonarska nadgorliwość wobec Białorusi.

Co ciekawe pojawiają się sporadycznie głosy nawołujące do rozsądku. Andrzej Talaga na łamach „Rzeczpospolitej”  delikatnie daje do zrozumienia, że nie tędy droga. Za wzór postępowania daje kraje UE (głównie Niemcy). Nie dały się one namówić na sankcje ekonomiczne wobec Mińska – podtrzymały bliskie więzi ekonomiczne, zwiększając import towarów białoruskich. „W ubiegłym roku eksport Białorusi do UE wzrósł o ponad 120 procent. Do samych Niemiec zaś aż trzykrotnie” – pisze autor. I kończy: „Z trzech najbardziej prawdopodobnych wariantów rozwoju wypadków: rozpadu państwa białoruskiego wskutek ekonomicznych protestów, może połączonych z buntem części wojska, przejęciem pełni władzy przez Moskwę przy zachowaniu pozorów białoruskiej niezależności, trwania reżimu próbującego mimo niekorzystnych warunków balansować między Moskwą i Unią, ten trzeci jest najkorzystniejszy. Nie stać nas na kryzys na wschodniej granicy, dość mamy kłopotów ze wstrząsami w strefie euro”. Nie dla wszystkich, jak się okazuje, jest takie jednoznaczne. W MSZ grają chyba na wariant pierwszy i drugi. Aż trudno uwierzyć, że nieświadomie.

Brak komentarzy

Jan 07 2012

Wariacki przegląd prasy (1)

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Rafałowi Ziemkiewiczowi znudziło się chyba granie roli realisty i neoendeka. Ostatnie publikacje wskazują na jedno – powrócił do równowagi, czyli jest całym sobą romantycznym, rusofobicznym gazeto-polakiem. „Życie z dziurą w potylicy” („Rzeczpospolita – Weekend”, 7.01.2012) to artykuł o tchórzostwie polskich elit bojących się „prawdy” niewygodnej rzecz jasna dla Rosji. W tekście czyni paralelę między milczeniem w sprawie zbrodni katyńskiej (w imię „realizmu politycznego”, którego w takim wydaniu redaktor Z. nie znosi), a milczeniem w sprawie „zbrodni smoleńskiej”.

Pisze: „Rządowy tupolew z dwoma prezydentami RP – aktualnym i byłym prezydentem na wychodźstwie – bohaterską Anną Walentynowicz i kilkudziesięcioma innymi wybitnymi obywatelami spadł pono wypadkiem, bo we mgle podczas próby lądowania zahaczył skrzydłem o drzewo. Zahaczył, bo rosyjski kontroler upewniał pilotów, że są „na kursie i na ścieżce”, ale nauczyliśmy się już nie wypominać tego Rosjanom, w końcu wiadomo, jacy są drażliwi, i jak bardzo naszym zachodnim sojusznikom zależy na tym, żeby polskie fobie nie komplikowały im stosunków z tak ważnym graczem światowej polityki. Kilka miesięcy po Tragedii Smoleńskiej inny tupolew, pod względem konstrukcji kadłuba identyczny jak ten nasz, podczas przymusowego lądowania zahaczył o lasek i skosił kilkadziesiąt drzewek, żłobiąc w nim sporą przecinkę ? a skrzydła mu nie odpadły. Można zobaczyć zdjęcia z tego zdarzenia w Internecie”.

Chyba nie ma sensu wracać do dyskusji o przyczynach katastrofy, bo i po co. Wspomnę jedynie, że to, iż Tu-154 zahaczył o brzozę, to nie był rezultat wsłuchiwania się polskich pilotów w głos rosyjskiego kontrolera (tenże kontroler miał do dyspozycji stare sowieckie radary, które nie odczytywały wysokości, a poza tym nikt w kabinie nie reagował na jego słowa) – lecz błędnej decyzji o podjęciu lądowania w skrajnie niekorzystnych warunkach pogodowych (mimo komunikatu z wieży: „nie ma warunków do lądowania”) i odczytywania wysokości nie z tego wysokościomierza, co trzeba. Ale niech tam, redaktor pewnie i tak uważa to za kagiebowską propagandę. Recz w czym innym – red. Ziemkiewicz powinien jednoznacznie ogłosić, że jego flirt z realistyczną myślą Romana Dmowskiego definitywnie się kończy. Jego ideowe miejsce jest zupełnie gdzie indziej. Po co robić z siebie komedianta i męczyć się w przyciasnym kostiumie? Czyż nie lepiej odetchnąć pełną piersią? Wykrzyczeć swoje przeciwko Sowietom, Putinowi i ich krajowym sługusom, sprawcom zamachu? Od razu będzie lżej. Po diabła do tego ten Dmowski?

Teraz z nieco innej beczki, ale może wcale nie aż tak innej. George Friedman, jak czytamy w Wikipedii: „amerykański politolog żydowskiego pochodzenia, absolwent City College of New York”, nie tak dawno doradca amerykańskich dowódców wojskowych – udziela nam w wywiadzie dla tejże „Rzeczpospolitej” (31.12.2011 – wyd. internetowe) cennych rad, co mamy robić jako państwo. Oczywiście największym wyzwaniem jest rysujący się sojusz niemiecko-rosyjski:  „Rosja, i Niemcy nie lubią Stanów Zjednoczonych i boją się ich. Rosja wierzy, że USA nieustannie próbują podkopać jej międzynarodową pozycję. Niemcy wierzą, że Amerykanie są nieodpowiedzialni i wikłają się w wojny, w których Niemcy nie chcą brać udziału. Te okoliczności sprawiają, że te państwa mają naturalny interes w pogłębianiu wzajemnej współpracy. To nie jest oczywiście relacja oparta na zaufaniu i przyjaźni, ale nie wszystkie relacje muszą być na tym zbudowane. Istnieje w końcu wiele małżeństw bez miłości. A układ Rosji z Niemcami jest właśnie takim małżeństwem z rozsądku”. Analiza z grubsza słuszna, choć autor zdaje się sugerować, że rosyjskie i niemieckie pretensje do USA są wymysłem. A co w takim razie radzi nam pan Friedman? Oto jego rada: „Rolą Polski jest pełnić rolę przeciwwagi dla tego układu”.

No i wszystko jasne. Jak się wydaje przez kilka ładnych lat tak właśnie robiliśmy, wyniki są znane. Amatorów wyciągania z ognia kasztanów w interesie Ameryki u nas nie brakuje, nawet bez rad Friedmana. W języku politycznym na taką postawę jest kilka określeń – wśród których „pożyteczni idioci” jest najłagodniejsze. Przy okazji nasunęło mi się takie  pytanie – skąd się wzięła agresywna retoryka antyrosyjska i antyniemiecka w propagandzie i działaniach pewnej dużej partii? Z dogłębnej analizy zagrożeń? Z patriotyzmu i poczucia realizmu? Pozwalam sobie w to wątpić.

Brak komentarzy

Jan 03 2012

Ci głupi endecy klepiący biedę

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Rafał Ziemkiewicz od kilku lat kreuje się na wielkiego zwolennika Romana Dmowskiego i myśli narodowej, jednak – nie znając w sposób dostateczny historii tego ruchu – co jakiś odkrywa, że jego wyobrażenia na ten temat są jakże odległe od oczekiwań. Tym razem pan Rafał „przejechał” się po „Myśli Polskiej” za to, że przypomniała jakie stanowisko wobec stanu wojennego zajęło Stronnictwo narodowe w Londynie (Maciej Motas, „Uniknąć tragedii narodowej − Stronnictwo Narodowe wobec stanu wojennego”, MP, nr 51-52/2011).

Na swoim blogu pisze tak: „W tygodniku „Myśl Polska” ukazał się oto historyczny Dokumentuje on to, co uważam za najbardziej dziś skretyniałą i wstydliwą część tradycji endeckiej, a zarazem stanowi poglądowy przykład, w jaki sposób zdrowy rozsądek i realizm w polskiej tradycji zwykły się wyradzać.

Mówiąc najkrócej, w chwili, gdy naród polski przeżywał czas wielkiego odrodzenia i uniesienia, jakim był ruch „Solidarności”, znaczna liczba wychowanków tradycji narodowej znalazła się w opozycji do tego ruchu − z czasem przybierającej formy coraz bardziej namiętne i obsesyjne. Że tak się stało z działającym w kraju stowarzyszeniem „Pax”, dałoby się od biedy wyjaśnić jedynie kolaboracją, konformizmem i infiltracją tej organizacji przez agenturę SB. Ale wypowiedzi narodowców klepiących biedę na emigracji, najusilniej wszak zwalczanych przez komunizm, a mimo to z odległego Londynu w imię „politycznego realizmu” usprawiedliwiających Jaruzelskiego, gromiących „Solidarność” i nawołujących Polaków w kraju do posłuszeństwa Sowietom, w żadnym wypadku w ten sposób wytłumaczyć nie można. Im po prostu masowy ruch społeczny kompletnie nie pasował do wyznawanej wizji polityki jako dziedziny bardzo elitarnych gier i spisków”.

Autor mógłby sobie darować używanie takich terminów, jak „skretyniały”, „obsesyjne”, „kolaboracja”, „konformizm” przy opisywaniu postaw ludzi, którzy przeszli znacznie więcej niż on. Ja rozumiem, że dla pana redaktora było przykrym odkryciem, że narodowcy w Londynie myśleli tak samo jak ci w kraju, których uznaje za „kolaborantów” czy wręcz kukiełki na usługach SB.  A tu taka niespodzianka, także ci „klepiący biedę” w Londynie myślą tak samo! Co za pech! Dla mnie nie, bo tych ludzi „klepiących biedę” znałem i wiem jaki był tok ich myślenia. Dlatego szydzenie z nich i rzucanie obelg uznaję za przejaw pychy i ignorancji, jaką – niestety – nie raz pan redaktor prezentuje. Niby co – „Myśl Polska” miała teraz tych ludzi i ich polityczne wybory potępić? I to w imię czego? Dobrego samopoczucia pana redaktora i jego ideowych kolegów z „Gazety Polskiej”, która jest jawną dywersją na prawicy i sieje zamęt od wielu lat? Toż to jest, panie redaktorze, czyste wariactwo, które pan niby zwalcza.

Przywołuje pan opinie Wojciecha Wasiutyńskiego, które jako jedyny miał inne zdanie w sprawie stanu wojennego. Ale przytoczył pan tylko jedną jego wypowiedź, ja przytoczę inną: „Najgorszym wyjściem byłby, z punktu widzenia polskiego, wielki najazd sowiecki i bezpośrednie rządy KGB. Polałaby się szeroko rzeka krwi polskiej i rozwalone zostały te bardzo niedoskonałe podstawy, z których można próbować odbudowy niepodległości w przyszłości. Lepiej, że nie było konfrontacji z najliczniejszą armią współczesną. Lepiej mieć kociokwik po święcie solidarności niż głowę rozłupaną toporem. W tym punkcie, paradoksalnie ale logicznie, zbiegły się interesy polskie i rosyjskie: żeby uniknąć bezpośredniej konfrontacji”. I co? Nawet Wasiutyński miał ocenę bardzo zbliżoną do tych „klepiących biedę w Londynie”.  

Powołuje się pan na naród. A ja pytam – gdzie był naród w końcu 1981 roku? Dlaczego opór był tak słaby, dlaczego wojsko się nie zbuntowało, dlaczego Kościół nawoływał do zachowania spokoju? Nawet prof. Jerzy Eisler z IPN-u pisze, że w sprawie stanu wojennego tak naprawdę nie można się wypowiadać autorytatywnie:  „Przecież nie mogło być tak, że równocześnie była groźba radzieckiej interwencji zbrojnej i jej nie było. Możliwe zresztą, że i w tym wypadku (jak w wielu innych) nie poznamy całej prawdy nigdy. Tym bardziej, że o ile łatwo wyobrazić sobie dokumenty poświadczające taką groźbę (np. radzieckie plany, mapy, rozkazy dotyczące dyslokacji wojsk Układu Warszawskiego przed i po ewentualnej inwazji), o tyle już znacznie trudniej wyobrazić sobie jakiekolwiek dokumenty, które miałyby taką groźbę zupełnie wykluczyć. Czyż bowiem np. ewentualna uchwała Biura Politycznego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego o definitywnym wyrzeczeniu się myśli o zbrojnej interwencji w Polsce byłaby dostatecznym dowodem na brak takiego zagrożenia? Czy dokument informujący o czymś takim zasługiwałby na zaufanie tylko dlatego, że znaleziono go w tajnych moskiewskich archiwach? Poza tym, nawet jeżeli coś jest wykluczone dzisiaj, nie musi być równie niemożliwe jutro. Sytuacja zmieniała się wszak z dnia na dzień. Nie ulega więc wątpliwości, że gdyby w Polsce doszło wtedy do wybuchu wojny domowej (nie rozstrzygając w tym miejscu, czy i ewentualnie na ile była ona wówczas realna), to przecież Sowieci nie przyglądaliby się temu bezczynnie, lecz pomyśleliby o zabezpieczeniu swoich interesów i nie pozwoliliby na odcięcie od ojczyzny ponad 450 tys. swoich żołnierzy przebywających w NRD” (J. Eisler, „Bohater pozytywny czy negatywny?” [w:] „Stan wojenny – odtajnione archiwa IPN”, dodatek do tygodnika „Newsweek”, nr 01/2011). Czy on także „skretyniał”, jak ci biedacy w Londynie?

Pan redaktor pozwolił sobie także na filipikę pod adresem „Myśli Polskiej”: „Jego późni epigoni [źle pojętego realizmu] z przekonania o rozstrzygającej roli siły wyciągali już wniosek dramatycznie odmienny: że skoro o wszystkim decyduje siła, to Polska powinna skłonić się przed silnymi, i że właśnie na podporządkowywaniu się sile − z jednoczesnym odrzuceniem wartości moralnych i tradycyjnych polskich tęsknot jako „głupoty” – polega polityczny realizm. Skamieliną tego sposobu myślenia, anachroniczną, a przez to groteskową, pozostaje dziś publicystyka wspomnianej „Myśli Polskiej”, pełna pouczeń, że mądre i realne jest sławić Łukaszenkę i Putina, kochać Rosję, bać się Zachodu, potępiać głupie „smoleńskie” histerie oraz bronić jako wielkiego Polaka Jaruzelskiego”.

Pomijam to, że pan redaktor nie rozumie tekstów, jakie się u nas ukazują i dotyczą Rosji i Białorusi i woli to sprawdzić do absurdu. Rozumiem, że  histerie smoleńskie nie są dla niego głupie, nie są anachroniczne i groteskowe, tylko są esencją rozumnego, polskiego patriotyzmu, nie wariackiego, ale głębokiego i nowoczesnego? Rozumiem, że jego poczucie patriotyzmu i realizmu skłania go do konstatacji, że w 1981 roku nic nam nie groziło, nie było Kuronia i Modzelewskiego z ich obsesyjną koncepcją trockistowskiej rewolucji („Bój to wasz będzie ostatni”, „drugi Budapeszt”), nie było insurekcyjnego amoku i przekonania, że władza leży na ulicy, nie było zwyczajnej głupoty i prowokacji? Tak pewnie pan myśli. Dlatego pytam – na czym właściwie polega lansowany przez pana redaktora „patriotyzm niewariacki”? I co to ma wspólnego z myślą Romana Dmowskiego? Niestety, przypomina pan Adama Michnika, który w 1983 roku opublikował swój esej na temat endecji pt. „Rozmowa w Cytadeli”. Dał on tam swoją wykładnię dziejów ruchu narodowego, pisząc co w jego tradycji jest dobre, a co jest „anachronizmem” i – jakby pan to ujął – „skretynieniem”. Mimo różnic jakie panów dzielą – wiele was też w tej akurat sprawie łączy.

Brak komentarzy

Dec 29 2011

Historia Polski dla dzieci, czyli krótki kurs indoktrynacji

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

IPN nie mogąc sobie poradzić z opinią publiczną, która nie poddaje się propagandzie np. na temat stanu wojennego w 1981 roku, intensywnie zajął się wychowaniem „nowego człowieka”. Ma być on wolny od „pozostałości po komunie”, bo tak ideolodzy z tej instytucji pewnie określają opornych obywateli III RP, pamiętających trochę więcej niż ci urodzeni po 1980. Co innego dzieci – tych można dowolnie ukształtować w duchu jedynie słusznej prawdy. Dlatego IPN wciska się na siłę do szkół ze swoją wizją dziejów, w której nie ma już miejsca na pytania i wątpliwości. O ile nauczanie o dziejach dawnych, o patriotyzmie i bohaterach narodowych – jest chwalebne, to nachalne indoktrynowanie na temat historii bliskiej, budzącej żywe kontrowersje i namiętności, w dodatku historii nie do końca przecież wyjaśnionej – jest niczym innym tylko powielaniem metod nieboski PZPR i to okresu wczesnego. W dodatku jest to naganne wychowawczo, budzi u wielu ludzi wstręt i zażenowanie. Indoktrynacja dzieci to immanentna cecha ruchów rewolucyjnych.

Oto mamy kolejny przykład z tej łączki. W „Naszym Dzienniku” czytamy co następuje: „Po serii książeczek z historii Polski przeznaczonych dla małych dzieci (”Kocham Polskę. Elementarz dla dzieci”) znane małżeństwo historyków z Krakowa – Joanna i Jarosław Szarkowie (dr Szarek jest pracownikiem naukowym krakowskiego oddziału IPN) – postanowiło podążyć za swoimi pierwszymi czytelnikami. I oto mamy nowe piękne dzieło: „Kocham Polskę. Historia Polski dla naszych dzieci” – przeznaczone już nie dla małych dzieci, lecz dla najmłodszych nastolatków (10-, 12-latków). Zawiera się ono w jednym, 300-stronicowym tomie dużego formatu. Książka jest napisana pięknym, obrazowym językiem i bogato, kolorowo zilustrowana”.

Pięknie, tylko że obok opisania historii Polski mamy i takie „kwiatki”: „Komuniści nie zamierzali pozwolić „Solidarności” zmieniać Polskę. Chcieli za wszelką cenę utrzymać się przy władzy i zdławić ruchy wolnościowe. Tym bardziej że „Solidarność” stawała się coraz silniejsza i kiedy rząd nie dotrzymywał obietnic, robotnicy podejmowali strajki. Rząd, na którego czele stanął generał Wojciech Jaruzelski, odpowiedzialny już za strzelanie do robotników w grudniu 1970 roku, przygotowywał się do zbrojnej rozprawy z narodem. 13 grudnia 1981 roku o północy Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Nagle przestały działać telefony, a telewizja przerwała nadawanie programu. Rano w niedzielę nie nadano programu dla dzieci, zamiast niego występowali spikerzy w mundurach i generał…”.

Przepraszam bardzo, ale przypomina mi to bajki o Leninie, jakie czytałem w klasie IV szkoły podstawowej. Myślałem, że te czasy minęły już bezpowrotnie, ale się myliłem. Indoktrynacja 10-latków jest zawsze czymś nagannym, nawet jeśli jej autorzy są święcie przekonani o słuszności swojej misji. Tamci sprzed lat też mieli poczucie misji. Pomijam fakt kompletnego zakłamania opisywanej rzeczywistości, jaką zawiera cytowany fragment. Ale czemuż się dziwić – bajka musi być bajką, tak jak ta o Czerwonym Kapturku – i wiadomo też kim jest wilk.

Brak komentarzy

Dec 23 2011

Havel był tylko symbolem

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Vaclav Havel nie był – według mnie – najwybitniejszym Czechem. Wcześniej byli więksi (Tomasz Masaryk), obecnie także (Vaclav Klaus). Nie podzielam więc medialnej biegunki, tych „ochów” i „achów”, zachwytów i budowania pomniczków. Havel był politykiem ulepionym z tej samej gliny co u nas Adam Michnik – wyznawał prymat interesów międzynarodówki nad interesami narodowymi, dla swoiście pojętych „praw człowieka” był gotów akceptować przemoc i zło. Mało kto pamięta, że to właśnie Havel, przedstawiany obecnie jako uosobienie pokoju i dobroci – poparł bez żadnych wahań brutalną agresję NATO na Serbię, poparł bombardowania miast i wsi serskich, i zabijanie cywilów. W cztery lata później także bez wahań poparł atak USA na Irak. W tym samym czasie Vaclav Klaus ostentacyjnie odwiedził ambasadę Serbii w Pradze, solidaryzując się z losem masakrowanych Serbów. Nie ma więc nic dziwnego, że na pogrzeb Havla przybyła sama Madeleine Albright, która była jednym z architektów amerykańskiej polityki zagranicznej w latach 90. i która zasłynęła powiedzeniem, że nie po to Ameryka wydaje tyle pieniędzy na armię, żeby nie czynić z niej użytku. Havel wysługiwał się też Amerykanom będąc zaciekłym krytykiem Rosji, rzucając w ten sposób kłody pod nogi prezydenta Vaclava Klausa.  Dodajmy też, że w roku 2007 domagał się przysłania do Polski obserwatorów zagranicznych mających pilnować „demokracji”.

Havel był zaprzeczaniem Klausa – i walkę z nim o rząd dusz Czechów przegrał. To Klaus bowiem okazał się bardziej „czeski”, to on wyznaczył kierunki polityki czeskiej, charakteryzującej się realizmem i konserwatyzmem. To Klaus nie dopuścił do tego, żeby Czechy stały się amerykańskim pionkiem na europejskiej szachownicy, dopilnował, by nie tzw. prawa człowieka, ale interes narodowy stał się wytyczną postępowania dla kolejnych rządów. To wreszcie Klaus zahamował bezkrytyczne rzucanie się na szyję Brukseli, do czego dążył Havel. Owszem, wokół Havla panował zawsze większy zgiełk medialny, pozostawał ulubieńcem salonów, był obsypywany nagrodami i hołdami. Klaus nigdy na to nie mógł liczyć, pewnie nawet tego nie oczekiwał. Ale to on jest przywódcą Czechów. Havel był gwiazdą sezonu w 1989 roku – potem już tylko symbolem, i niczym więcej.

 

Brak komentarzy

Dec 12 2011

Większość Polaków nie wierzy w propagandę IPN

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Pomimo ogromnych nakładów przeznaczanych na „edukację” społeczeństwa na temat stanu wojennego i jego interpretacji, pomimo jednostronnego monologu na ten temat w prawie wszystkich mediach – większość Polaków nadal uważa wprowadzenie stanu wojennego za uzasadnione. Według OBOP jest ich 47 proc., podczas gdy przeciwników wprowadzenia 31 proc. Z kolei w internetowym sondażu na portalu onet.pl  (ponad 36 tys. uczestników) – decyzje Wojciecha Jaruzelskiego poparło aż 62 proc. internautów. Jednoznaczne są także komentarze dotyczące spędów organizowanych pod domen generała. Oto kilka wybranych:

 

„Panie Generale, kiedy ogłaszał Pan stan wojenny miałem dwadzieścia kilka. Wówczas to był szok i koszmar. Przeklinaliśmy i złorzeczyliśmy Panu. Na niejednej manifestacji dostałem pałką. Dzisiaj inaczej oceniam tamte lata. Rozumiem Pańskie położenie i okoliczności, które Panem kierowały. Nie chciałbym podejmować podobnych decyzji. Niezależnie jak oceni Pana historia, ja cieszę, że udało się Panu doprowadzić Polskę do wolnych wyborów, bo to też Pańska zasługa”.

 

„Najgłośniej pod domem generała krzyczą młodziki, którzy nie pamiętają tamtych czasów i którzy nawet nie byli jeszcze w planach, by się urodzić. Ja pamiętam tamte czasy i mimo że nie popieram ówczesnego ustroju, to decyzję gen Jaruzelskiego uważam za słuszną”.

 

„Dajcie już spokój temu człowiekowi, przecież on już ledwo żyje. Niech osądzi go Bóg i historia”.

 

„30 lat temu stan wojenny obronił nas przed rozlewem krwi i interwencją z zewnątrz. Jeszcze dziś widzimy jakimi prawami rządzi się Rosja. Druga sprawa, mienimy sie być krajem katolickim, a tu człowiek w czasie chemioterapii, stojący nad grobem – a z drugiej strony taka zapiekłość, złość i mściwość…”

 

PS.

W jednym z komentarzy na portalu konserwatyzm.pl pan Antoine Ratnik ze smutkiem napisał, że w sprawie stanu wojennego jesteśmy osamotnieni na prawicy. Na prawicy (jeśli to prawica, w co wątpię), być może tak, ale – jak się okazuje – nie jesteśmy osamotnieni w narodzie polskim, a to chyba ważniejsze.

 

Brak komentarzy

Next »