Mar 08 2010
Mistral, Rosja i kwestia polska
Mistral to duży desantowy okręt szturmowy o wyporności blisko 24 tys. ton. W rejsach transoceanicznych może transportować 40 czołgów, 450 żołnierzy i 16 ciężkich śmigłowców. Ze 199-metrowego pokładu jednocześnie operuje 6 śmigłowców, w tym jeden o masie do 33 t, a hangary pomieszczą 16 dużych maszyn. W przypadku wykorzystania jednostki jako śmigłowcowca, możliwym jest operowanie z niego do 35 lżejszych helikopterów. Wyposażono go w 4 kutry desantowe i 2 poduszkowce. To są dane techniczne francuskiego okrętu wojennego, który Francja zdecydowała się sprzedać Rosji.
Wiadomość o tym, że transakcja jest przygotowywana była znana już jesienią 2009 roku. Jednak dopiero podczas niedawnej wizyty prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w Paryżu ogłoszono o tym oficjalnie. W komentarzach podkreśla się, że jest to pierwsza po 1989 roku transakcja tego typu między krajem NATO a Rosją. W Polsce natychmiast odezwały się głosy krytyczne, zarówno w komentarzach publicystów, jak i oficjalnych enuncjacjach. I tak, podległe prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu Biuro Bezpieczeństwa Narodowego opublikowało analizę, w której czytamy m.in., że kontrakt „należy widzieć w perspektywie neoimperialnej ekspansji rosyjskiej”. Dalej sarkastycznie pisze się o polityce Paryża: „Pomny doświadczeń doby swojego poprzednika J. Chiraca, kiedy to Francja została zdystansowana na scenie europejskiej przez Niemcy poprzez współpracę Berlina z Moskwą, prezydent N. Sarkozy jest motorem ożywienia w relacjach z Rosją. Pozwala to Paryżowi na zachowanie marzeń o powrocie do roli głównego rozgrywającego w Europie, ale z drugiej strony daje Moskwie pole do manipulowania zarówno polityką francuską, jak i niemiecką oraz europejską, choćby przez wprowadzanie do europejskiej agendy kwestii nowego traktatu o bezpieczeństwie zbiorowym”. Dalej padają nawet zarzuty, że Francja daje się wykorzystywać Rosji do prowadzenia polityki zmierzającej do „marginalizacji bądź wręcz likwidacji NATO rękami jego członków”.
Takie są poglądy większej części polskich elit politycznych, choć rządząca Platforma Obywatelska nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak ostre publiczne sformułowanie zarzutów. Można więc powiedzieć, że polska polityka nadal wierna jest idei przewodniej sformułowanej już ładnych parę lat temu – ta idea to podejmowanie działań mających na celu maksymalne ograniczanie wpływów Rosji nie tylko w przestrzeni postsowieckiej (kraje bałtyckie, Ukraina, Gruzja, Azerbejdżan itd.), ale torpedowanie wszelkich projektów (politycznych, gospodarczych i wojskowych) zmierzających do zbliżenia Rosji i Europy. Polska chciałaby, żeby NATO i UE były instytucjami nastawionymi na konfrontację z Rosją. Niestety, wszystko wskazuje na to, że jest to koncepcja całkowicie oderwana od rzeczywistości. Choćby w sprawie okrętu typu Mistral, sekretarz generalny NATO, Duńczyk Anders Fogh Rasmussen, zajął zupełnie odmienne stanowisko niż oficjalne czynniki w Polsce. Stwierdził on, że Rosja „nie jest zagrożeniem ani dla Sojuszu, ani dla jego członków”. Wyraził tylko opinię, że „niepokoje niektórych aliantów są zrozumiałe z racji historycznych i geograficznych”. Tylko tyle.
Motorem napędowym zacieśniania współpracy Europy z Rosją jest nie tylko Francja, ale przede wszystkim Niemcy. Do państw „prorosyjskich” zalicza się także Włochy i Hiszpanię. Są to kluczowe państwa Unii Europejskiej i nawet bardzo głośne protesty Polski czy Estonii nic tu nie dadzą. Po prostu – strategia UE i – jak się wydaje – NATO, jest całkowicie przeciwstawna temu, co proponuje Polska. O ile w czasie rządów administracji Georga Busha juniora antyrosyjska opcja w polskiej polityce miała jako takie oparcie (acz było ono bardzo instrumentalne), to teraz nie ma już żadnego. Waszyngton przestał interesować się wschodnią Europą, oddał inicjatywę Unii Europejskiej (czyli Niemcom i Francji). Zasadnicza zmiana polityczna na Ukrainie i brak jakiejkolwiek reakcji Ameryki – świadczy o tym dobitnie. Polska zaś poniosła tak dużo spektakularnych porażek, by wymienić tylko fiasko prób storpedowania budowy Gazociągu Północnego – że aż dziwnym wydaje się, że prawie w ogóle o tym nad Wisłą się nie mówi. Tak, jakby nic się nie stało.
Tymczasem stało się wiele – polska polityka wschodnia jest traktowana w zachodniej Europie jako całkowicie nieodpowiedzialna, jako relikt polityki Busha i wspierających go amerykańskich neokonserwatystów. To dlatego Niemcy i Francja zrobiły wiele, by na stanowisko sekretarza generalnego NATO nie wybrać czasem Radosława Sikorskiego, postrzeganego w Paryżu i Berlinie jako pionka w rękach Waszyngtonu (mniejsza o to, czy słusznie czy nie). Na rzeczywistość nie można się obrażać, politykę zawsze można skorygować, najgorsze dla Polski byłoby brnięcie w starych koleinach. Chyba powoli wybija godzina podjęcia zasadniczej decyzji, a jest nią skorelowanie polskiej polityki wschodniej z polityką Niemiec i Francji. W przeciwnym wypadku będziemy się jako kraj marginalizować, ze szkodą dla siebie rzecz jasna.
Tekst przeznaczony dla „Głosu Katolickiego” (Paryż)