Apr 28 2012

Koniec dyplomacji „praw człowieka”

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Premier Chin był ostatni raz w Polsce 27 lat temu. Potem dominowała u nas dyplomacja „praw człowieka”, którą uosabiał Bronisław Geremek. Kiedy był ministrem spraw zagranicznych, podczas wizyty w Pekinie, jedyne co miał do powiedzenia – to połajanki pod adresem gospodarzy i upominanie się o Tybet i Dalajlamę. Nic więc dziwnego, że na całą dekadę Chińczycy zwyczajnie nas skreślili, uznając że nie jesteśmy poważnym partnerem. Geremek i jego wyznawcy pomylili rolę aktywistów prawo-człowieczych z obowiązkami polityków kierujących państwem. Niestety, „filozofia” polityczna Bronisława Geremka była przez lata uznawana u nas za wielkie osiągnięcie. Jej wyznawcy kazali być nam dumni z tego, że jesteśmy krajem, który ma wyjątkowe prawo do pouczania innych – co mogą, a co nie mogą robić, co jest dobre, a co złe, czym jest demokracja itp. Ta pycha połączona z misjonarstwem uczyniła wiele szkód, nieraz nieodwracalnych, a i dziś znajduje wiernych wyznawców. Przez lata Dalajlamę traktowano u nas jako „wielkiego przywódcę”, zapraszano go przy każdej okazji, spotykali się z nim premierzy i prezydenci, próbowano nadawać ulicom i placom jego imię. Typowy lewacki obłęd, połączony z narzucaniem Polsce polityki konfrontacji z państwem mającym 5000 lat historii. 

Czy  wizyta w Polsce chińskiego premiera Wen Jiabao kończy ten niechlubny etap naszej „polityki zagranicznej”? Raczej tak, przynajmniej w odniesieniu do Chin. Dzisiaj, kiedy Zachód nie błyszczy już tak, jak kiedyś, kiedy zaczyna być postrzegany jako zmurszałe próchno – oczy wielu państw dawnego bloku wschodniego kierują się ponownie na Wschód, głównie na Chiny. Tam jest rozwój, dynamizm, są wreszcie pieniądze. Donald Tusk decydując się na zwołanie szczytu państw Europy Środkowej (także z udziałem krajów spoza UE – Serbii, Macedonii  i Bośni Hercegowiny) wykonał bardzo ważny ruch na geopolitycznej szachownicy, bez wątpienia znacznie bardziej racjonalny i skuteczny niż słynny „szczyt energetyczny”, któremu patronował Lech Kaczyński. Tamten „szczyt” był  bardziej polityczny niż gospodarczy, był wymierzony w Moskwę, dlatego kilka państw szybko się z tego wycofało. Teraz tak nie będzie, bo inicjatywa chińska i polska nie jest bezpośrednio montowana przeciwko UE czy Rosji. Wszelkie pokusy, by to robić (a te można dostrzec) nie będą zaakceptowane przez głównego rozgrywającego, czyli Pekin. Z drugiej jednak strony spotkanie warszawskie pokazuje, że państwa Europy Środkowej nie są skazane na dyktat Brukseli czy Waszyngtonu. Chiny mają nie tylko kapitał, ale co równie ważne – nikomu nie mówią, jak mają żyć i oczekują tego samego od swoich partnerów. To znacznie wygodniejsza płaszczyzna porozumienia niż ideologiczny gorset a la Hillary Clinton czy Manuel Barroso.

 

Brak komentarzy

Apr 10 2012

Kaczyński to nie „późny” Dmowski

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Tragedią prawicy i ruchu narodowego jest to, że tzw. mainstream utożsamia to co obecnie prezentuje PiS i Jarosław Kaczyński z Narodową Demokracją i Romanem Dmowskim. Co jakiś czas liberalni publicyści piszą o PiS-ie używając terminów „narodowy” czy „nacjonalistyczny”. Komentując organizowane przez PiS obchody 10. rocznicy katastrofy smoleńskiej, Tomasz Jastrun w radiu TOK FM powiedział: „Jarosław Kaczyński w ciągu 20 lat z polityka dosyć agresywnego, silnego, ale o poglądach bardzo umiarkowanych, stał się rewolucjonistą. Był taki przypadek w historii Polski, kiedy polityk powstrzymywał się od kroków skrajnych, choć jego zwolennicy chętnie tacy bywali. Chodzi o Romana Dmowskiego, który dopiero pod koniec życia dostrzegł tzw. młodych i stanął po ich stronie. „Rewolucja narodowa”. To ciekawe, że są politycy, którzy na starość nagle dają się uwieść mitowi młodości, mitowi dynamizmu rewolucyjnego”.

Mówił już swego czasu prof. Wiesław Chrzanowski, że PiS jest współczesną odmianą sanacji i piłsudczyzny, a nie endecji. Sam Jarosław Kaczyński, podobnie jak jego brat Lech, ostrogi polityczne zdobywał w Komitecie Obrony Robotników (KOR), a więc formacji wręcz wrogiej nurtowi narodowemu. KOR zaś wcale nie był ugrupowaniem umiarkowanym, lecz z gruntu rewolucyjnym. To że teraz jego weterani stroją się w piórka zatroskanych mężów stanu i polityków propaństwowych (vide klasyczny przykład Karola Modzelewskiego),to nie znaczy, że takimi byli w przeszłości. Jest to jawny fałsz. Dzisiejszy PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele jest produktem „filozofii politycznej” i ducha KOR-u lat 70. i pierwszej połowy lat 80. Nikt już nie chce opamiętać, że lustracyjne szaleństwo, owo „granie teczkami” – to był „wynalazek” KOR-u właśnie. Wszak to Jacek Kuroń pierwszy oskarżył Lecha Wałęsę, że jest agentem SB (wrzesień 1980!). W tamtych czasach korowcy mieli taką manierę – jeśli ktoś na spotkaniu zadawał im drażliwe pytanie, to publicznie załatwiano go tak: „pan jest agentem SB”.  KOR wprost nawiązywał do tradycji polskiej irredenty i rusofobii politycznej, za wroga nr 1 uznawał w sensie historycznym endecję i jej współczesnych następców. Uznawany był za jaczejkę trockizmu, co nie było takie dalekie od prawdy, zważywszy kontakty kilku jego liderów z IV Międzynarodówką.  

Obecny Kaczyński nie zwariował więc na starość i nagle stał się Dmowskim na emeryturze. Kaczyński jest w swoich zachowaniach konsekwentnym korowcem, który nie wyrósł z młodzieńczych fascynacji i metod działania. Do rangi symbolu urasta fakt, że w tej chwili jego najbliższym współpracownikiem w wielu kwestiach jest Antoni Macierewicz, twórca, razem z Jackiem Kuroniem – KOR-u.

Jastrun pisze, że po 1989 roku Kaczyński był politykiem o „umiarkowanych poglądach” a teraz stał się „rewolucjonistą”. To nieprawda. Wystarczy przypomnieć słynne nocne marsze przeciwko Lechowi Wałęsie z pochodniami i paleniem kukły prezydenta. Było to równo 20 lat temu – nic się od tego czasu nie zmieniło. Trwa permanentna rewolucja. Każdy następny prezydent uznawany jest za „zdrajcę”, „agenta”, „sługusa Moskwy” itp. Retoryka ta sama, i hasła te same – pichcone tak jak wtedy w pokojach redakcyjnych „Gazety Polskiej”. Owszem, taktycznie pada teraz trochę więcej haseł „narodowych”, ale to manewr socjotechniczny, konieczny do utrzymania narodowego niegdyś elektoratu przy sobie. Wszak ta sama „Gazeta Polska” i sam Jarosław Kaczyński jeszcze kilka lat temu oskarżali Radio Maryja, że to rozgłośnia na usługach Moskwy, bo ma nadajniki na Uralu – teraz zaś słyszymy podziękowania dla o. Tadeusza Rydzyka i widzimy demonstracje „Gazety Polskiej” w obronie Kościoła i Radia Maryja. Zaiste – parafrazując Henryka IV – Warszawa warta jest Mszy.

Ja wiem, że Jastrunowi trudno wypowiedzieć tę brutalną prawdę, że Kaczyński i PiS  „to nasze”, czyli KOR-u, dzieło, trudno przyznać, że wyrasta on z tradycji pepeesowskiej i piłsudczykowskiej irredenty.  Lepiej zwalić to na Dmowskiego, oczywiście późnego Dmowskiego. Zresztą i w tym przypadku Jastrun się myli, bo Dmowski wcale nie był zachwycony kierunkiem jaki przyjęli „młodzi”, choć starał się to przed nimi ukrywać. A poza tym, czy ktoś wyobraża sobie bezpośredni udział Dmowskiego w ulicznych hecach, podczas których pali się kukłę prezydenta Rosji? Bo ja sobie nie wyobrażam.

Brak komentarzy

Apr 02 2012

Arcybiskup Leszek Sławoj Głódź ma rację

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Jednym z najgłupszych „kultów”, jakie przyniosła ze sobą postsolidarność jest kult Ronalda Reagana. Ma on być, rzekomo, jednym z ojców naszej niepodległości, na równi z papieżem Janem Pawłem II. Co jakiś czas pojawiają się pomysły budowy pomników Reagana w Polsce. Jeden już stoi, w Warszawie, przed ambasadą USA. Ale to mało. Oto, jak czytamy na portalu fronda.pl, „byli działacze NSZZ Solidarność i byli więźniowie polityczni z lat 1980-89” wnioskują o pomnik Reagana idącego obok papieża Jana Pawła II. Miałby on stanąć w Gdańsku. Ponoć radni miejscy są za. Ale jest jeden problem, pomnika nie chce metropolita gdański, arcybiskup Leszek Sławoj Głódź. - Pierwsze słyszę o takim pomyśle. Nie bardzo widzę celowość zestawiania Jana Pawła II z Ronaldem Reaganem. Poza tym nie ma się co podpierać papieżem, a Reaganowi pomniki powinni stawiać Amerykanie – powiedział metropolita gdański portalowi trojmiasto.pl.


Portal fronda.pl, zajmujący się ostatnio walką z hierarchią kościelną (nie wiem czemu jest on uznawany za „prawicowy” i „konserwatywny”, skoro jest rewolucyjno-syjonistyczno-jakobiński?), ma rzecz jasna inne zdanie: „Nie zgadzamy się z arcybiskupem. To właśnie dzięki bezkompromisowej polityce Reagana stało się możliwe odzyskanie niepodległości przez państwa Europy Wschodniej w 1989 roku. To właśnie sojusz amerykańskiego prezydenta i polskiego papieża okazał się być niezwykle destrukcyjny dla Związku Sowieckiego (nie na darmo tygodnik „Time” pisał o „świętym sojuszu” tych dwóch wielkich ludzi)”.


Tygodnik „Time” piszący o „świętym sojuszu”, to brzmi – przyznajmy – kuriozalnie, jeśli nie bluźnierczo. A co do Reagana. Przede wszystkim dbał on w tym czasie wyłącznie o interes USA, a Polska zajmowała go o tyle, na ile mogła napsuć krwi Moskwie. I tyle. W 1981 roku trzeźwi politycy amerykańscy musieli ukrywać przed Reaganem informacje o planie wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, bo bali się nieodpowiedzialnej reakcji tego w sumie ograniczonego polityka. Bo Reagan byłby gotów do walki z Moskwą do ostatniego Polaka. Dlatego dla mnie pomnik w Polsce należy się nie Reaganowi, ale sekretarzowi stanu Alexandrowi Haigowi, który powstrzymał szaleństwo pana prezydenta. Haig był politykiem odpowiedzialnym i uczciwym, ale nikt w Polsce o nim nie pamięta, a to on nas uratował. Bo gdyby Reagan sprowokował nas do walki z „Imperium Zła” (z wiadomym skutkiem), to dzisiaj i świat, i Polska byłyby w innym miejscu. Pomysły czczenia Reagana są więc nie tylko niesmaczne i głupie, ale w dodatku uwłaczające Polakom jako narodowi. Arcybiskup Głódź ma więc rację – niech pomniki Reaganowi stawiają Amerykanie.  


 

Brak komentarzy

Mar 18 2012

Nowe otwarcie z Rosją?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

„Rosyjskie inwestycje w Polsce to ledwie 40 mln dolarów. Taką sumę wydaje się jednego wieczora w Moskwie na imprezę promocyjną. Ten stan trzeba zmienić. Rosja jest gotowa inwestować w Polsce duże pieniądze i to wcale nie tylko w sektorze energetycznym. Nasz kapitał nie żąda żadnych preferencyjnych warunków, chcemy działać zgodnie z polskim prawem, płacić tu podatki. Mamy tylko jeden warunek – nasze firmy chcą mieć takie same prawa jak firmy z innych państw” – powiedział ambasador Federacji Rosyjskiej Aleksander Aleksiejew podczas spotkania z komisją Rady Naczelnej PSL ds. międzynarodowych. Dodał też, że przyjechał do Polski, żeby dbać o rozwój polsko-rosyjskich stosunków, deklarując jednocześnie, że kurs na pragmatyczne relacje z naszym państwem będzie przez Rosję utrzymany.

Rosja jest państwem posiadającym ogromne nadwyżki waluty, nie przeżywa kryzysu finansowego, takiego jak państwa Unii Europejskiej. Jest to państwo leżące na drodze do Chin, będące jednocześnie wielkim rynkiem zbytu. Polska przez 20 lat stopniowo traciła, w dużej mierze na własne życzenie, pozycję gospodarczą, jaką miała w Rosji przed 1989 rokiem. Potem doszedł prymat polityki i ideologii nad gospodarką. Trwa to po dziś dzień – istnieją u nas siły, które z założenia są przeciwne jakiejkolwiek obecności rosyjskiego kapitału w Polsce. Podnoszą krzyk przy każdej okazji, stąd panujące w Rosji przeświadczenie, że w Polsce nie ma sprzyjającego klimatu dla rosyjskich inwestycji. Taka sytuacja, wbrew opinii pseudopatriotów, bije jednak nie w Rosję, ale w nas. Przykładem tego jest Gazociąg Północny, który wcale nie musiał powstać oraz szerokotorowa linia kolejowa omijająca Polskę i idącą przez Słowację do Wiednia. Teraz ponownie Rosja deklaruje otwarcie – czy spotka się ze strony Polski z pozytywną odpowiedzią, czy znowu rzucimy na stół dyżurne tematy – Katyń i Smoleńsk? Pamiętajmy też, że jeśli ten kapitał nie będzie zainwestowany w Polsce, to znajdzie bez trudu miejsce gdzie indziej. Trzeba oczywiście zawierać umowy zgodne z polskimi interesami, ale nie można stosować podwójnych standardów – ulgowych dla kapitału zachodniego i obostrzonych dla rosyjskiego. I – rzecz jasna – nie można zwlekać z decyzjami w nieskończoność.

Brak komentarzy

Mar 05 2012

Na froncie białoruskim bez zmian

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Polski ambasador na Białorusi wyproszony z Mińska, ambasador Białorusi w Polsce wezwany „na konsultacje”. Kolejna odsłona absurdalnego, sztucznie kreowanego konfliktu między sąsiedzkimi krajami, które zamiast współpracować i zgodnie żyć – szarpią się od prawie 10 lat.

Prasa białoruska używa sobie ile wlezie na Radosławie Sikorskim. Największy białoruski dziennik „Sowietskaja Biełarus” napisał, że „permanentna histeria polskiego ministra Sikorskiego w sprawie Białorusi stała się już nawykiem”. Gazeta stwierdza, że stosunek polskiego ministra do Białorusi „najłatwiej można objaśnić brakiem osobistych i realnych zwycięstw w dyplomacji”. Dalej można przeczytać, że Sikorski jest żywym symbolem przegranej polityki Polski na wschód od Buga. „Polska bardzo poważnie nadszarpnęła stosunki z Mińskiem i Kijowem. Kto będzie następny?” – zastanawia się gazeta. Sugeruje też, że szefowi polskiej dyplomacji przydałby się „odpoczynek i konsultacja u dobrego lekarza”. Gazeta artykuł kończy pytaniem: „gdzie Tusk znalazł takiego dziwaka”. Przypomnijmy, to jest tekst w gazecie odzwierciedlającej stanowisko władz w Mińsku.

Polska opinia publiczna jest już raczej zmęczona niekończącymi się incydentami, kryzysami i wojną medialną z Mińskiem. Spora część Polaków nadal wierzy w słuszność działań polskiego MSZ, ale jest ich coraz mniej. Wystarczy przejrzeć internetowe fora, by się o tym przekonać. Ludzie wyczuwają w działaniach ministra Sikorskiego i mediów fałsz. Nasza polityka wobec Białorusi weszła w nowe stadium – teraz nie koncentruje się już na obronie rzekomo prześladowanych Polaków z nie uznawanego przez Mińsk Związku Polaków na Białorusi, lecz na wcale nie skrywanym wspieraniu garstki oderwanych od własnego narodu i rzeczywistości aktywistów „demokratycznej opozycji”. Dlatego opinia publiczna w Polsce ma prawo wiedzieć, jakie środki z pieniędzy podatników przeznaczane są na popieranie opozycji na Białorusi? Ma prawo zadać pytanie – dlaczego polskie placówki dyplomatyczne zamiast zajmować się reprezentowaniem interesów Rzeczypospolitej, zajmują się działalnością wymierzoną we władze państwa , z którym utrzymujemy przecież stosunki dyplomatyczne? Dlaczego polscy dyplomaci, nie mówiąc już o przedstawicielach rządu i prezydenta RP – nie pojawiają się na ważnych uroczystościach związanych z kultywowaniem polskiej tradycji na Białorusi? Czy zamiast pompowania euro dla opozycji, nie lepiej byłoby wspólnie z władzami w Mińsku otworzyć dla zwiedzających pięknie odrestaurowany zamek Radziwiłłów w Nieświeżu albo odtworzony z pietyzmem dworek Tadeusza Kościuszki w Mereczowszczyźnie na Polesiu?

Brak komentarzy

Mar 04 2012

Putin panuje nadal…

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

To zła wiadomość dla rusofobów. Dlaczego tak się stało? Bo, przede wszystkim, w czasie jego prezydentury, a potem premierostwa  – Rosja dokonała ogromnego skoku gospodarczego, z dna, na jakim była w końcówce niesławnej pamięci prezydentury Borysa Jelcyna. Statystyka nie kłamie – w 2000 roku PKB Rosji wynosił 260 mld USD (czyli mniej więcej tyle, ile obecnie Polski), a w 2011 – 1476 mld USD. Jest to wzrost aż sześciokrotny. Średnia pensja w 2000 roku wynosiła… 222 złote, teraz 2005 złotych (wzrost prawie dziesięciokrotny). Rezerwy kruszcowo-walutowe Rosji zwiększyły się z 19,82 mld USD do…  433 mld USD. Porażką jest spadek liczby ludności z 146 mln do 143.  Rosjanie, mając do wyboru, może nudną, ale jednak stabilizację i przewidywalność lub nieznane i kapitulację przed Zachodem – wybrali stabilizację. Jakoś nie chcą uwierzyć, że Niemcow, Kasparow, Ryżkow, a z Londynu Bierezowski – zapewnią im świetlaną przyszłość, a Rosji potęgę i bogactwo. To Putin daje Rosjanom gwarancję, że ich kraj pozostanie krajem niepodległym, a nie kolonią międzynarodowego kapitału. Daje gwarancję, że decyzje o przyszłości Rosji będą zapadać w Moskwie, a nie w Waszyngtonie. Przypomnieć wypada, że podczas wizyty w Moskwie w 2011 roku Jo Biden, wiceprezydent USA, zasugerował, że Ameryka życzy sobie, żeby prezydentem Rosji był nadal Dmitrij Miedwiediew. Tymczasem dla ogromnej większości Rosjan kwestia suwerenności to nadal rzecz o zasadniczym znaczeniu.

Czy polityka polska jest przygotowana na następne sześć lat rządów Putina? Raczej wątpliwe. W mediach dominuje „czarny piar”, przedstawia się tego w gruncie rzeczy prozachodniego i umiarkowanego polityka jako drugiego Stalina, budującego nowy ZSRR, szefa przestępczej mafii i mordercę. Rusofobicznego bębenka podbija tzw. prawica będąca w istocie narzędziem w rękach nowego Wielkiego Brata. Politycy partii rządzącej, sparaliżowani tą aurą oraz będąc w istocie tak samo uprzedzeni do Rosji, jak ich niby przeciwnicy – stronią od kontaktów z przywódcą potężnego sąsiada, czekając na nie wiadomo co. Donald Tusk, po wykonaniu kilku znaczących posunięć w roku 2009, „obraził” się na Putina za raport MAK, choć polska komisja w zasadzie potwierdziła jego główne ustalenia. Nie doszło do przełomu w stosunkach gospodarczych, nie położono na stole żadnego wielkiego, wspólnego projektu. Teraz z Putinem będzie musiał rozmawiać Bronisław Komorowski. Jego stosunki z poprzednim prezydentem Rosji były dobre – czy będzie to kontynuował z nowym lokatorem Kremla? Czy nie ulegnie szantażowi mediów i krzykaczy politycznych? Czy nie przestraszy się lansowanego w pewnych kręgach przydomka – „Komoruski”?

Brak komentarzy

Mar 01 2012

Gen. Fieldorf „Nil” nie był „żołnierzem wyklętym”

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Podczas obchodów Dnia Żołnierzy Wyklętych bardzo często posługiwano się nazwiskiem legendarnego gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” (1895-1953), szefa Kedywu KG AK i organizacji „Nie”. Stawiano go w jednym szeregu np. z Józefem Kurasiem „Ogniem” czy innymi kontrowersyjnymi dowódcami oddziałów zbrojnych po 1945 roku. Jest to jawne nadużycie i fałszowanie historii. Tak jak praktycznie wszyscy wysocy rangą oficerowie AK, „Nil” zdecydowanym przeciwnikiem kontynuowania walki w lesie przez byłych członków konspiracji. Uważał to za karygodne i bezcelowe, przynoszące umęczonemu narodowi dodatkowe ofiary.

„Nil” nie był obecny w Polsce w okresie największego nasilenia walki podziemnej w latach 1945-1947. Po powrocie z zsyłki, i zapoznaniu się z sytuacją – zajął jednoznaczne stanowisko. Jak wynika z dokumentów znajdujących się obecnie w IPN i wykorzystanych w pracy Marii Fieldorf i Leszka Zachuty pt. „Generał Fieldorf „Nil” – fakty, dokumenty, relacje” (Warszawa, 2006), „Nil” miał pretensję do swoich kolegów z Komendy Głównej AK. W raporcie agenturalnym niejakiego „Żukowskiego”, czytamy:

„Za winę Radosława [płk. Jana Mazurkiewicza] i [płk Jana] Rzepeckiego uważa utrzymywanie oddziałów leśnych po wyzwoleniu, co określa jako zbrodnicze i niezgodne z projektami. Akcję ujawniania powinien był podjąć Rzepecki. Władze Bezpieczeństwa były w tym czasie skłonne pójść na dalekie ustępstwa. Radosław nie umiał tego momentu wykorzystać i wyrządził tym szkodę. Rzepeckiego wina w tym, że powinien był sam sprawę rozwiązania AK i ujawnienia omawiać z władzami Bezpieczeństwa”.

Ponadto autorzy książki dodają: „Negatywny stosunek „Nila” do kontynuowania działalności konspiracyjnej znajduje potwierdzenie i w innych źródłach. Stanisława Wierzbicka „Chinka” przekazała GZI WP informację, że Fieldorf w czasie rozmowy na temat dawnej konspiracji „wyraził się, że potępia każdą obecną działalność podziemia i uważa, że najwyższy czas pozytywnie pracować dla kraju” (IPN w Warszawie, sygn. 0259/586, K. 51)”.

Taką ocenę sformułował mimo znanych mu faktów nie przestrzegania (choć nie zawsze) przez UB układów z dowódcami AK. Dlaczego „Nil” zajął takie stanowisko? Wyjaśnia to dalszy ciąg donosu „Żukowskiego”: „Co myśli o sprawie podziemia i jego działania. N[il] uważa, że istnieje konflikt między ZSRR i Ameryką i że my Polacy nie mamy tu nic do powiedzenia. Raczej powinno się myśleć o pozostawaniu na uboczu. Mówi, że gdyby na przykład istniała teoretyczna możliwość powstania zbrojnego całego narodu, to rezultatem tego byłoby tylko zmniejszenie ludności o 25%. Związek Radziecki jest w stanie każdy ruch zbrojny zlikwidować”.

Na jakiej więc podstawie gen. „Nil” uznany jest przez organizatorów obchodów za niemal patrona i symbol Dnia Żołnierzy Wyklętych? Może dlatego, że potrzebne jest jakieś znane i szanowane nazwisko? Może chodzi o postawienie znaku równości między AK a „żołnierzami wyklętymi”? Tak czy inaczej, jest to manipulacja faktami i zakłamywanie prawdy historycznej. Oficerowie Komendy Głównej AK, jeszcze w 1945 roku, jasno stwierdzili, że takiego związku nie ma i powoływanie się przez odziały leśne na AK lub używanie jej nazwy jest bezprawne.

Przy tej okazji prezentowane są opinie, że dalsze losy gen. „Nila” (skazanie na śmierć w 1953 roku) są dowodem na to, że walka podziemna „wyklętych” była słuszna. Jest to opinia nie do przyjęcia. „Nil” postępował wedle zasady, że nadrzędny jest los całego narodu, a nie los jednostek. Nawet gdyby przewidział co go może czekać, nie zmieniłby zdania, bo jego troską była przyszłość umęczonego wojną narodu. Być może wtedy zdecydowałby się na emigrację, ale na pewno nie rzuciłby hasła: „walczymy dalej do upadłego, do końca”.

„Nil” był ofiarą terroru stalinowskiego, a nie „żołnierzem wyklętym”. Łączenie  jego nazwiska z ideologią i historiozofią, która towarzyszy obchodom Dnia Żołnierzy Wyklętych – jest nie do przyjęcia. Ale to nie znaczy, żeby tego dnia nie oddawać Mu hołdu, co niniejszym czynię. Jemu, ideowemu piłsudczykowi, który wykazał się w tym dramatycznym momencie polskiej historii wielkim poczuciem odpowiedzialności, dając przykład prawdziwej postawy patriotycznej i heroicznej niejednemu powołującemu się, tak wtedy jaki i dziś, na spuściznę polityczną Romana Dmowskiego.

 

Brak komentarzy

Feb 14 2012

Jak komuniści zamordowali 100 tys. akowców?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Dariusz Bohatkiewicz to dziennikarz zaangażowany ideowo, jego celne i precyzyjne komentarze są przykładem tego, jak realizuje się w praktyce „wolność słowa” w „wolnej Rzeczypospolitej”. Oczywiście ironizuję – albowiem dziennikarz ten to raczej przykład tendencyjności i zacietrzewienia. Pewnie nie jego to wina, skoro te „komentarze” są tolerowane przez kierownictwo TVP. Ale dzisiaj nie o komentarzach pana redaktora, tylko o podawaniu nieprawdziwych faktów.

Wiadomości TVP 1, 14 lutego, godz. 19.30. Informacja Bohatkiewicza o 70. rocznicy powstania Armii Krajowej. Wszystko ładnie i pięknie. Dochodzimy jednak do końca materiału i słyszymy: „Po wojnie komuniści zamordowali 100 tys. akowców”. Kiedy kolega poinformował mnie o tym mailem, nie uwierzyłem. Przecież to niemożliwe, żeby w głównym wydaniu „Wiadomości”, w telewizji publicznej, przy oglądalności kilku milionów ludzi – podawać takie bzdury! Myliłem się, kolega odtworzył mi ścieżkę dźwiękową i usłyszałem na własne uszy: „komuniści zamordowali 100 tys. akowców”.

Zadałem sobie trud odtworzenia – jak red. Bohatkiewicz tworzył tę „informację”? Oczywiście posługiwał się Internetem. W informacji agencyjnej jest, owszem, o 100 tysiącach, ale brzmi to tak:  „Straty AK wyniosły ok. 100 tys. poległych i zamordowanych żołnierzy, ok. 50 tys. zostało wywiezionych do ZSRR [w rzeczywistości 27 tys. – JE] i uwięzionych, np. w Riazaniu, Borowiczach i Ostaszkowie (…) Żołnierze AK byli prześladowani przez władze komunistyczne, zwłaszcza w okresie stalinizmu, wielu z nich skazano na karę śmierci lub wieloletniego więzienia”. Tak więc liczna 100 tys. dotyczy całej wojny, choć jest to bardzo niezręcznie połączone z informacją o wywózkach po 1945 roku i można całą informację różnie interpretować. Gdyby red. Bohatkiewicz czytał dalej, to doczytałby, że po wojnie „wielu akowców skazano na karę śmierci”, ale nie pada żadna cyfra. Co to znaczy „wielu”? Jak wynika z badań naukowych, wyroków śmierci w okresie stalinowskim wydano ok. 3-5 tys. Nie wszystkie wykonano, i nie wszyscy osądzeni byli akowcami. Możemy więc mówić o szacunkowej liczbie ok. 2 tys. zabitych.

Ale red. Bohatkiewicz uznał, że 100 tys. to brzmi bardziej dramatycznie, i dopisał do wiadomości agencyjnej: „zamordowani przez komunistów”. W ten sposób osiągnął kilka celów. Po pierwsze, nadał informacji dramatyczny rys; po drugie niemiecka okupacja w tej optyce wydaje się sielanką; po trzecie wykazał czujność podając informację zgodną z obecnym trendem „polityki historycznej”.  Tylko co to ma wspólnego z rzetelnością dziennikarską? Jeśli informuje się miliony ludzi, którzy nie mają wiedzy historycznej, to trzeba wykazać minimum uczciwości i dobrze przygotować materiał. Wystarczyło pogrzebać nawet w tymże Internecie, a wtedy okazało by się, że i liczba 100 tys. zabitych podczas wojny akowców także jest drastycznie zawyżona. Naukowcy szacują, że w czasie wojny zginęło ok. 25-30 tys. akowców (w tym 18 tys. w powstaniu), choć i te cyfry są kwestionowane (niektórzy podają 13 tys. zabitych w powstaniu i do 20 tys. w podziemiu, ale tu nie wszyscy polegli byli akowcami). Te liczby są i tak wstrząsające, bo za każdym przypadkiem kryje się tragedia narodu. Podanie prawdziwych danych bynajmniej jej nie pomniejsza.

Ale po co zawracać sobie głowę, przecież te „100 tys. akowców zamordowanych przez komunistów” brzmi  o wiele lepiej. A poza tym – kto się tym oburzy? Kto narazi się na podejrzenie, że „wybiela UB” i pomniejsza skalę terroru? Ja się oburzam, bo nie lubię, jak ludziom robi się wodę z mózgu, kłamie w żywe oczy i na każdym kroku podkreśla się, jak to dawniej „fałszowano historię”. A teraz to niby co się dzieje – sama prawda i tylko prawda?

Brak komentarzy

Feb 10 2012

Jakie filmy mają oglądać licealiści?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

„Gazeta Wyborcza” ostrzega przed filmem dokumentalnym „Ukraiński rapsod” o zbrodniach UPA na Wołyniu. Uważa, że film jest „nieuczciwy, szkodliwy i prostacki” i nie powinien być pokazywany w liceach. Dlaczego? Bo, owszem, pokazuje wydarzenia, jakie miały miejsce, ale nie daje dopowiedzi – dlaczego do nich doszło? Albowiem: „Temat jest bowiem trudny. Pisać czy robić film o zbrodniach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nie można bez odpowiedniego warsztatu, wyczucia, a przede wszystkim bez koniecznej w tym wypadku refleksji uwzględniającej kontekst czasów, w jakich do nich doszło. To wymaga nie tylko wybitnego reżyserskiego wzroku i słuchu, ale przede wszystkim otwartej głowy – mądrości i umiejętności analizy faktów historycznych, także tych poprzedzających tragedię”.

No proszę, jaka troska o obiektywizm i kontekst epoki. „Ktoś, kto bierze się za taki temat, musi przynajmniej spróbować rzetelnie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego do nich doszło? W „Ukraińskim rapsodzie” śladu takiego pytania nie ma” – czytamy we wrocławskim wydaniu „GW”.  Autora razi drastyczność scen i koncentrowanie się na mordach, sprowadzaniu wszystkiego „do opisów mechaniki zbrodni”, i brak „refleksji nad jej korzeniami”. I dalej: „Sceny są prostacko wymyślone i beznadziejnie wyreżyserowane”.

Człowiek nie znający podwójnej moralności redaktorów „GW” mógłby się nawet z niektórymi wnioskami zgodzić. Zbyt dosłowne pokazywanie strasznych zbrodni, epatowanie przemocą i krwią – może być rzeczywiście dyskusyjne i przynosić odwrotny efekt.  Można by też rzeczywiście pokazać kontekst historyczny. Tak jest, tyle tylko, że „GW” jest taka troskliwa i zabiegająca o delikatność oraz „kontekst historyczny” tylko w przypadku zbrodni UPA, bo jeśli powstaje jakiś film, w którym to Polacy są zbirami, mordercami, tępym motłochem mordującym inne nacje – to jest to z reguły „arcydzieło”. Przykład? Proszę bardzo – „Róża” Wojciecha Smarzowskiego, epatujący naturalizmem, perwersyjną brutalnością, ordynarnymi scenami gwałtu i tortur. To obraz Mazur po 1945 roku – w roli oprawców Rosjanie i Polacy. Ofiary to Niemcy i Mazurzy. Obraz jest okrzyczany jako arcydzieło, choć jest jednostronny i tendencyjny. Ale to nikomu nie przeszkadza, bo ma „obalić” mit „Samych swoich”, ma pokazać, że nie byliśmy tacy cacy, że mordowaliśmy i gwałciliśmy.

Ta sama „GW”, która oburza się na film „Ukraiński rapsod” tak pisze o „Róży: „Z niespotykaną bezwzględnością ukazano bestialstwa radzieckich żołnierzy, używających sobie na „Giermańcach”. Ale czym różnią się tu gwałty rosyjskie od gwałtów niemieckich? Czym różnią się piwnice polskiego UB od katowni gestapo? Towarzysz broni Tadeusza, z innej opcji politycznej, tak samo jak on walczący z Hitlerem, po wojnie staje się jego katem. Gwałt nie zna granic, przychodzi jak fala, pobudzony przez wojnę. Smarzowski wykracza jednak poza ramy polityki historycznej. „Róża” nie zaspokoi tych, którzy chcieliby zobaczyć w niej przede wszystkim film o polskich cierpieniach, ponieważ gwałt zadają również sami Polacy”. No i proszę bardzo, nie ma domagania się „kontekstu historycznego”, nie ma żądania, żeby pokazać jakie były źródła tych gwałtów, nie ma pytania – dlaczego? I nie będzie takich pytań – bo w tym przypadku „GW” i tym, którzy propagują ten film chodzi o coś zupełnie innego. I pewnie będą żądać, żeby to obejrzał każdy licealista.

Polska po 1945 objęła wielkie tereny pod Odrę i Nysę, zajęła Prusy Wschodnie, kolebkę państwa, które doprowadziło do rozbiorów. Miliony ludzi zasiedliło te ziemie, w błyskawiczny sposób je zagospodarowano. A teraz mamy spuszczać głowy i przepraszać za to, co działo się być może naprawdę, ale z punktu widzenia tych wielkich migracji i wysiłku narodu obejmującego nowe ziemie – nie miało znaczenia. To Niemcy wywołały wojnę i same siebie doprowadziły na skraj upodlenia. I to nie my, i nie Rosjanie – za to odpowiadają. Owszem, popełniono fatalne błędy w polityce wobec autochtonów – ludzie z obozu narodowego, którzy byli zaangażowani w politykę obejmowania Ziem Zachodnich i Północnych w ręce polskie – nie godzili się z tym i protestowali (np. Władysław Jan Grabski), ale to nie jest powód, żeby przedstawiać to w taki sposób jak Smarzowski. Ten film jest przesiąknięty ideologią tzw. nowego spojrzenia na dzieje najnowsze i dzieje Polski, i jest to ideologia Polakom wroga. Nawet kinematografia niemiecka (film „Die Flucht” o ucieczce Niemców z Prus Wschodnich) nie pokazuje tych wydarzeń tak, jak Smarzowski. Naiwni „antykomuniści” oczywiście się na to nabierają (vide entuzjastyczna recenzja w „Uważam Rze”), ale to już ich sprawa. Dla nich każdy film bijący w „Ruskiego” i „komunę” jest OK. Ważniejszy jest antykomunizm niż Polska.  Większą czujność wykazał „Nasz Dziennik”, który zauważył, że to film szkalujący Polaków. A „GW”? Jeszcze raz pokazała, jak rozumie swoją misję „bycia uczciwym” i „obiektywnym”. A do reżysera Smarzowskiego mam jedno pytanie – jak pan jest taki dobry w epatowaniu widza przemocą, to czy podejmie się pan nakręcenia filmu o zbrodniach UPA? Nie będzie musiał pan „podkręcać” rzeczywistości, wystarczy tylko pokazać, jak było.

Brak komentarzy

Feb 06 2012

Festiwal hipokryzji made in USA

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Stany Zjednoczone są oburzone zablokowaniem przez Chiny i Rosję rezolucji  Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Syrii. „Jesteśmy zdegustowani, że niektórzy członkowie powstrzymują nas od wykonywania naszych obowiązków” – powiedziała amerykańska ambasador przy ONZ Susan Rice. Od miesięcy „dwa kraje, które myślą tylko o własnych korzyściach, trzymają pozostałych członków RB jako zakładnika. Jest to tym bardziej hańbiące, że same sprzedają Syrii broń” – dodała. Z kolei Hillary Clinton, w tej chwili jastrząb nr 1 w administracji Obamy, stwierdziła: „Nadszedł czas, byśmy podjęli decyzję: chcemy popierać wolność i bezpieczeństwo czy stać się współodpowiedzialnymi za dalsze akty przemocy i rozlew krwi?”.

Polityka jest – czego nie trzeba dowodzić – pełna hipokryzji i kłamstwa. Po 1990 roku Amerykanie stali się jednak niedościgłymi mistrzami hipokryzji pełną gębą. Osiągnęli to mistrzostwo w czasie agresji na Jugosławię w 1999 roku wmawiając opinii publicznej, że atak ten ma charakter „humanitarny”, choć tak naprawdę chodziło o zdobycie przyczółka na Bałkanach w postaci największej bazy US Army na świecie, która powstała w „wolnym” Kosowie. Potem był atak na Irak motywowany obawą przed rzekomą „bronią masowego rażenia”, którą miał posiadać Saddam Husajn. I tym razem nie o to chodziło – Irak „demokratyczny” przekształcił się kraj chaosu i terroru. Ostatnio zaś była Libia, a pani Clinton jasno wskazała cel misji NATO – zabić Kaddafiego. I tak się stało. Jest jeden wspólny mianownik tych „humanitarnych” interwencji – zawsze korzystają na tym radykalne siły islamu, a ofiarą padają chrześcijanie (w Iraku 1,5 mln). Matka Agnieszka z Syrii, wywiad z którą można przeczytać w najnowszym numerze „Myśli Polskiej” , mówi wprost: „Zachód daje olbrzymią władzę islamistom”. Mówi też, że ONZ opiera się w przypadku Syrii na fałszywych danych, a rząd syryjski walczy w dużej mierze ze zbrojną rebelią, a nie tylko z bezbronnymi demonstrantami.  Dlatego trudno podzielać „święte” oburzenie pani Clinton i pani Rice.

Brak komentarzy

Next »