Jul 15 2010

Grunwaldzka tradycja i jej prześmiewcy

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Jest to chyba najbardziej żywotna polska tradycja historyczna, pomimo tak odległej daty tej średniowiecznej bitwy. W różnych okresach naszej historii po 1795 roku Grunwald pojawiał się jako inspiracja dla poetów i pisarzy, polityków i moralistów. Grunwald wprowadził do świadomości powszechnej Henryk Sienkiewicz powieścią „Krzyżacy”. Potem były wielkie uroczystości w Krakowie w 1910 i odsłonięcie pomnika Władysława Jagiełły ufundowanego przez Ignacego Jana Paderewskiego. Wtedy też tradycja grunwaldzka nabrała znaczenia nie tylko czysto polskiego, ale i międzynarodowego. Echa krakowskich obchodów odbiły się szerokim echem w Pradze, Belgradzie i Moskwie. Stała się, w obliczu narastającej atmosfery wojny powszechnej, i narastających nastrojów antyniemieckich – tradycją podchwyconą przez narody słowiańskie. Tradycję tę umiejętnie wykorzystywał obóz Narodowej Demokracji z Romanem Dmowskim na czele, obca była zaś od samego początku obozowi Józefa Piłsudskiego (po dziś dzień zresztą).

Nie przypadkiem w słynnej odezwie Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza do Polaków z sierpnia 1914 roku pojawił się fragment o mieczu grunwaldzkim, który jeszcze nie zardzewiał. Co prawda tekst manifest pisał hr. Zygmunt Wielopolski, mający wpływy na dworze cara Mikołaja II, ale jest pewne, że spora część Rosjan wiedziała już wtedy o co chodzi. Historycy rosyjscy zaczęli pisać o Grunwaldzie wyolbrzymiając rolę wojsk ruskich (m.in. słynne pułki smoleńskie), ale bardziej znacząca była polityczna rola tradycji grunwaldzkiej – Słowiańszczyzna przeciwko Niemcom. Nic więc dziwnego, że Hindenburg po pokonaniu w Prusach Wschodnich dwóch armii rosyjskich uznał to za rewanż za Grunwald (tzw. bitwa pod Tannenbergiem). Wielkie mauzoleum Hindenburga zbudowane na polu bitwy w czasach hitlerowskich miało symboliczne oznaczać triumf Germanów nad Słowianami.

Ale przyszedł rok 1945 i karta się odwróciła. Sięgnięto ponownie do tradycji grunwaldzkiej. Tym razem dokonali tego komuniści z PPR i władze nowego państwa, zwanego potem PRL. Krzyż Grunwaldu nadano partyzantom Gwardii i Armii Ludowej a potem Wojska Polskiego na Wschodzie (zlikwidowany na fali tzw. „dekomunizacji” w 1992 r.). Słynny plakat z 1945 roku pokazywał podziurawione hełmy rycerza zakonnego i hitlerowskiego i stojące na nich niczym sępy wrony. Przez cały okres PRL Grunwald był istotnym elementem ideologii. Dzisiaj jest to wyśmiewane przez róże środowiska, nieraz z pozoru sobie obce – bo na czele „wyśmiewaczy” kroczy „Gazeta Wyborcza” a za nimi ochoczo dreptają młodzi geniusze historyczni zbliżeni do PiS-u. To zwykły nihilizm, przy czym w przypadku „GW” to nienawiść kultywowana przez to środowisko od lat 60., kiedy w jego ocenie Polska stała się państwem „endeckim”, a w przypadku młodych nawiedzonych antykomunistów to przejaw głupoty i intelektualnego prostactwa.

Sam fakt sięgnięcia przez niby komunistyczne państwo do tradycji bynajmniej nie komunistycznej powinien być raczej okazją do pochwał. Po drugie, w ogóle nie bierze się pod uwagę kontekstu czasu – a był to czas, kiedy RFN zwyczajnie nie uznawała naszej granicy na Odrze i Nysie, był to czas, kiedy Chruszczow puszczał oko do Niemców, dając im do zrozumienia, że może zgodzić się na zjednoczenie, jak podejrzewał Władysław Gomułka – kosztem Polski. Był to czas, kiedy układy poczdamskie na Zachodzie interpretowano wcale nie po naszej myśli. W takiej sytuacji tradycja grunwaldzka była elementem gry politycznej i propagandowej ówczesnej Polski, dodajmy – w tej konkretnej sprawie popieranej przez gros emigracji politycznej. Dlatego też te „śmichy i chichy”, jakie słyszymy z wielu stron na ten temat kompromitują tych, którzy to czynią. „Gazeta Wybiorcza” robi tylko jeden wyjątek, jakże charakterystyczny – wyjątek dla Aleksandra Forda, reżysera filmu „Krzyżacy” (1960). Film się broni po dziś dzień – obwieszcza „GW”. Dlaczego? Bo Ford naprawdę nazywał się Mosze Liwszyc, a więc nie mógł nakręcić „endeckiego” gniota. Rozgrzesza się mimo jednoznacznie propagandowego wydźwięku filmu – Ford (Liwszyc) zaostrzył antyniemiecką wymowę filmu w stosunku do sienkiewiczowskiego pierwowzoru.

Dzisiaj z kolei pojawiają się „wielcy uczeni” przekonujący nas jaki to ten Zakon był cywilizowany i właściwie nie wiadomo, po co z nim wojowaliśmy. Owszem, Zakon był wspaniale zorganizowanym państwem, jego zamki budzą po dziś dzień podziw, ale co z tego? Państwo to powstało kosztem polskich ziem, odcięło nas od Bałtyku, stanęło na drodze do wielkości państwa polskiego. I dlatego ta wojna była nieuchronna. Zakon musiał był pokonany, bo takie były reguły ówczesnej geopolityki. Biadolenie o tym, że mamy na ten temat szowinistyczne, archaiczne poglądy i posługujemy się stereotypami – są czystym prezentyzmem i salonowym ględzeniem.

Owszem, obecnie tradycja grunwaldzka pełni inną role niż kiedyś. Niemcy nie są już Zakonem Krzyżackim, nie musimy mobilizować się do obrony granicy zachodniej, ale pewne wątki są warte kultywowania. Grunwald to był wielki triumf państw słowiańskich, bo tak naprawdę Litwa była wówczas państwem słowiańskim – elity litewskie nie rozmawiały ze sobą po litewsku (Jagiełło prawdopodobnie nie znał litewskiego), tylko po rusku, językiem pisanym był wyłącznie ruski, w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego 90 proc. ludności stanowili Słowianie. Pod Grunwaldem tak naprawdę walczyła armia litewsko-ruska a nie litewska. Jak obliczył prof. Stefan M. Kuczyński („Wielka wojna z Zakonem Krzyżackim 1409-1411) połowa armii litewskiej to było rycerstwo ruskie. Dlatego rocznice tej bitwy powinny być obchodzone także w obecności przedstawienie Rosji, Ukrainy i Białorusi. Powinna być jednym z elementów wschodnioeuropejskiej tożsamości historycznej, tym bardziej, że nie musi obecnie być wymierzona przeciwko komukolwiek.

Jeden komentarz

Jul 05 2010

To były wybory, a nie mistyczny bój o być albo nie być Polski

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Minioną kampanię obserwowałem z mieszanymi uczuciami. Unosiły się bowiem nad nią opary absurdu, mistycyzmu a la XIX wiek, emocji kompletnie nie przystających do czasów i realiów, w których żyjemy. Dochodzę do wniosku, że wybory prezydenckie są generalnie rzecz biorąc szkodliwe, bo wzniecają gigantyczne emocje zupełnie niepotrzebnie. Personalny charakter tych wyborów sprawia, że ludzie bardzo łatwo elektryzują się, są przekonani, że od ich wyników zależy los Polski i świata, ba, w ogromnej większości sądzą, że prezydent w Polsce naprawdę rządzi. Dlatego zawsze frekwencja w tych wyborach jest znacznie większa niż przy innych. Ta para idzie jednak w gwizdek, bo prezydent w Polsce nie może wiele i powinien być wybierany przez parlament. Wybory powszechne byłyby uzasadnione, gdyby prezydent miał chociażby taką władzę jak przed 1997 rokiem. Ale potem, kiedy „konstytucja Kwaśniewskiego” zredukowała urząd prezydenta do minimum – to bezsens. Lud jednak tego nie zauważył, stąd każde wybory to wojna na śmierć i życie.

Kiedy wsłuchiwałem się w głos ludu, to na przemian ogarniało mnie przerażenie i zdumienie. Gdziekolwiek się pojechało na prowincję, tam od razu podnieceni znajomi czy nawet członkowie rodziny chwytali za rękę i z pełnym przekonaniem mówili: „Tusk i Komorowski przy pomocy Putina zabili prezydenta, to był zamach”. Najpierw myślałem, że to odruch chwilowy, tuż po katastrofie. Ale gdzie tam, przekonanie o tym było trwałe i powszechne. Próby dyskusji czy zaprzeczenia narażały na agresję lub co najmniej niechęć i podejrzenie o przejście na drugą stronę, na stronę śmiertelnego wroga. Sztab Kaczyńskiego tego oficjalnie nigdy nie podnosił, ale ta atmosfera była – śmiem twierdzić – główną osią kampanii. Za tym pierwotnym odkryciem (zamach) szły następne katastroficzne teorie. Porażka Kaczyńskiego to koniec Polski, nowy rozbiór, to oddanie kraju na żer złodziei, szarlatanów, zdrajców, agentów Moskwy i Berlina itp. Atmosfera mistyczna niczym w „Dziadach” Mickiewicza, tyle że bez poetyckiej finezji. To raczej karykatura tamtego mistycyzmu i mesjanizmu.

Wbrew temu co się twierdzi, wynik wyborów nie jest żadną katastrofą Polski, bo tak naprawdę obaj kandydaci niewiele się programowo różnili, wywodzą się też z tego samego obozu solidarnościowego, do nauki Kościoła mają faktycznie identyczny stosunek, itp. Skąd to powszechne przekonanie, że Kaczyński to niemal Okopy Świętej Trójcy, a Komorowski to jeździec Apokalipsy – doprawdy trudno stwierdzić. To raczej mistyczna wiara ludu wpychająca Kaczyńskiego na pozycje, na których nigdy nie był i nie będzie. Ba, w pewnym momencie kampanii feministki i lewactwo przypuściło atak na Komorowskiego za to, że propaguje paternalistyczny model rodziny, że poluje, że jest staroświeckim, zacofanym  panem z wąsikiem, itp. Ale masy tego w ogóle nie zauważyły. Nie piszę o tym, bo jestem zwolennikiem Komorowskiego, ale po to, by uzmysłowić sobie absurdalność tego podziału, w który uwierzyły miliony ludzi.  

Niektórzy wieszczą, że teraz czeka nas niemal katastrofa. A ja uważam, że nic się nie stanie ponad to, co już jest i było. W jednym natomiast na pewno będzie lepiej – w polityce zagranicznej. Publicyści zbliżeni do PiS piszą o wielkich osiągnięciach Lecha Kaczyńskiego na arenie międzynarodowej. Z całym szacunkiem – jakich? Bo ja widziałem jedynie pasmo sromotnych klęsk, które naraziły Polskę na śmieszność i wymierne straty. I drugie pytanie – na czym niby konkretnie ma polegać totalna uległość Komorowskiego i Tuska wobec Berlina, Brukseli i Moskwy, i na czym niby miałaby polegać ta twarda polityka Jarosława Kaczyńskiego? Jeśli na tym, co już widzieliśmy w okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego, to ja za taką obronę polskich interesów dziękuję. Owszem, w sprawach polityki wewnętrznej Kaczyński miał lepszy program dla Polski, ale na pewno nie w sprawach zagranicznych, jak bowiem traktować jego jasne deklaracje o kontynuacji dorobku Lecha Kaczyńskiego, o wierności „testamentowi Giedroycia”?

Politykę trzeba postrzegać realnie a nie mistycznie. Kaczyński i tak odniósł duży sukces, wydaje się, że osiągnął wszystko, czego chciał. Jest wielce prawdopodobne, że wcale nie chciał wygrać tych wyborów, chciał tylko wzmocnić politycznie siebie i swoją partię, i to się znakomicie udało. Kaczyński wie bowiem, że zamknięcie się w Pałacu Prezydenckim, to byłby jego koniec. A tak, to ma wielkie pole manewru w nadchodzących wyborach samorządowych i parlamentarnych. I w tych bataliach jego partia może być bardziej pomocna Polsce – bo samorządowcy PiS nie są wcale gorsi niż ci z PO. Obawiam się jednak, że na nadchodzące wybory będzie już trudniej zmobilizować tak liczny elektorat, bo ten elektorat chce zbawiać Polskę i świat, chce walczyć z Rosją, Niemcami, Unią Europejską, masonerią, Żydami, Ameryką. I ten elektorat, wielki atut Kaczyńskiego i PiS – jest też ich największym problemem.

Brak komentarzy

Jul 02 2010

Niech żyje Edward Gierek!

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Jarosław Kaczyński powiedział w Sosnowcu, mieście lewicy i ośrodku kultu Edwarda Gierka, że były I sekretarz KC PZPR był „komunistycznym, ale jednak patriotą”. Zaznaczył, że choć jako działacz opozycji demokratycznej był czynnym przeciwnikiem Edwarda Gierka, cenił w nim m.in. to, że „opozycję jakoś tam tolerował, a nie zamykał do więzienia”, co – jak mówił – było w komunizmie bardzo rzadkie; przede wszystkim jednak cenił to, że Gierek „chciał siły Polski”. – Śmiano się często z tego 10. miejsca na świecie. A ja się z tego nie śmiałem. Ja wiedziałem, że to nieprawda, ale uważałem, że to zdrowa ambicja – mówił Kaczyński.

No i zaczęło się, spod ziemi pojawiali się natychmiast wielcy dysydenci i prześladowani stronnicy Bronisława Komorowskiego – Stefan Niesiołowski, Andrzej Czuma, Jan Lityński i Leszek Moczulski. Ten ostatni nazwał Kaczyńskiego „obrotowym antykomunistą” i żalił się, że za Gierka był 250 razy aresztowany. – To był liberalizm w stylu Gierka – mówił Moczulski. – Te wozy pancerne, te armatki wodne, to wszystko, co się pojawiło za Jaruzelskiego, to przecież nie Jaruzelski to przygotował. Cały ten aparat terroru zmodernizował, nadał mu nowoczesny, taki uderzeniowy kształt Gierek i jego ludzie – dodał. I puenta: - Władza totalitarna była szkodliwa, a Polska w PRL nie była nigdy 10. gospodarką na świecie, tylko w propagandzie komunistycznej. Jedynym zaś, co zostało Polsce po rządach Gierka, są długi, które Polacy spłacają do dziś.

No cóż, wszystkiego bym się spodziewał, ale nie takiego obrotu sprawy – Kaczyński oskarżany o brak pryncypialnego antykomunizmu, o uległość wobec PRL, o gloryfikację Gierka. W całej tej wrzawie są dwie kwestie. Pierwsza, to logika kampanii wyborczej. Kaczyński konsekwentnie walczy o elektorat postpeerelowski od czasu wypowiedzi w Szczecinie. Wbrew zgrzytaniu otoczenia, np. Jadwigi Staniszkis, nie zrezygnował z tej taktyki i w końcówce kampanii jeszcze mocniej zaakcentował swoje nowe stanowisko w sprawie PRL. Sztab PO jest zaskoczony, bo to Komorowski jest pomawiany przez zwolenników Kaczyńskiego (np. Radio Maryja, „Nasz Dziennik”, „Gazetę Polską”) o „prokomunizm”. Co w tej sytuacji robić? Zgodzić się w prezesem PiS, przyznać mu rację? Nie – na ringu pojawiają się „ofiary Gierka” z Janem Lityńskim na czele i świadczą, jak to było źle w tych czasach.

Ale jest i drugi aspekt tej sprawy. Kto ma rację z punktu widzenia historycznego? Rację ma oczywiście Jarosław Kaczyński. Spojrzał bowiem (mniejsza czy szczerze) na ówczesnego dzieje Polski nie z punktu widzenia garstki opozycjonistów, ale z perspektywy całego narodu. A ta perspektywa była zupełnie inna niż perspektywa kilkudziesięciu KOR-wców czy ROPCiO-wców. Poza tym, wbrew szyderczym uwagom Moczulskiego, za Gierka rzeczywiście zbudowano podstawy gospodarki, która mogła tworzyć z Polski kraj naprawdę silny. I to za jedyne 20 mld USD długu (dzisiaj dług to jakieś 500 mld USD). To są fakty oczywiste – samodzielny i nowoczesny przemysł chemiczny, stoczniowy, zbrojeniowy, przetwórczy, hutniczy. Polskie firmy budowały fabryki przemysłu chemicznego w całym III świecie, w samym Iraku pracowało 15 tysięcy polskich robotników budujących drogi (autostradą wybudowaną przez Polaków Amerykanie wjechali do Bagdadu w 2003 r.). Stocznie polskie uchodziły za jedne z najbardziej nowoczesnych na świecie. Imponujący był postęp w budowie infrastruktury – kolejowej i drogowej. Problem tamtej gospodarki polegał na tym, że nie potrafiła zapewnić ogromnej rzeszy konsumentów (ludność Polski wzrosła z 21 mln w 1945 do 38 mln w latach 70.). dostatecznej ilości towaru. Tragiczna była także organizacja handlu. A przecież wystarczyło oddać w ręce prywatne handel i usługi, by poprawa była widoczna od razu. Zrobiono to w końcu lat 80., ale było za późno. Rządy solidarnościowe po 1989 r. z jednej strony pluły na PRL, z drugiej przez 20 lat wyprzedawały za ciężkie pieniądze cały jej dorobek, a precyzyjniej dorobek całego narodu z tego okresu.  I jeszcze jedno – to nie opozycja była sprawczynią Sierpnia 1980, lecz tęsknota ludzi za lepszym życiem, o opozycji mało kto słyszał, albo się jej bano.

Adam Gierek, syn Edwarda Gierka, zadeklarował co prawda, że zagłosuje w wyborach na Komorowskiego, ale nie ocenił wypowiedzi Kaczyńskiego tak surowo, jak sztabowcy PO. Powiedział, że jest wdzięczny Kaczyńskiemu za te słowa pod adresem ojca, dodając, że w ten sposób rozpoczął się proces rehabilitacji PRL jako państwa. Nie zgodził się z opinią, że wypowiedź Kaczyńskiego jest nieszczera. To w tej chwili mniej ważne – słowa te bowiem padły i każdy je słyszał. Nie da się już chyba powrócić do retoryki ostatnich lat, do znęcania się nad własną historią, do wciskania ludziom półprawd i bajek o żelaznym totalitarnym wilku. A propos, gdyby – jak chce Leszek Moczulski – władza za Gierka była naprawdę totalitarna (była, ale do 1956, kiedy Moczulski opozycjonista nie był, a Jan Lityński dawał jako dziecko kwiaty Bierutowi), to dzisiaj nie mielibyśmy okazji wysłuchiwać o jego bohaterskich wyczynach, tak samo jak historii Jana Lityńskiego czy Andrzeja Czumy. Bo prawda jest taka, że ta cała opozycja to był skutek liberalnej polityki gierkowskiej. Towarzysz Feliks Dzierżyński załatwił by to inaczej, niż Stanisław Kania. Czasami trzeba takie oczywistości przypominać.

Brak komentarzy

Jun 22 2010

Paryż wart jest Mszy

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

„Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi. Może i po trosze jesteśmy? To nic złego. W Smoleńsku zginęła część ludzi lewicy, tego starszego pokolenia, która leciała tam oddać hołd. Jest coś takiego, jak „czynna skrucha” i powinniśmy to uszanować. Od dziś już nie będę mówił o „postkomunizmie”, ale właśnie o „lewicy”. W socjalizmie nie było złe to, że budowano. Złe było to, że nie było wolności oraz to, że był to system źle zarządzany” – to są słowa Jarosława Kaczyńskiego z wiecu w Szczecinie.

Sztuczka wyborcza, oszustwo, szarlataneria – grzmią media sprzyjające Bronisławowi Komorowskiemu. Trwa wielki targ o elektorat lewicy, o elektorat patrzący z sentymentem na czasy PRL, o elektorat widzący w Edwardzie Gierku najlepszego gospodarza XX wieku, wreszcie o elektorat rozgrzeszającego Wojciecha Jaruzelskiego za stan wojenny. To, że o ten elektorat zabiega właśnie Jarosław Kaczyński może wydać się wielu czymś niebywałym i nie do przyjęcia, ale to nie jest żadna niespodzianka. Dlaczego? Po pierwsze, to powtórka socjotechnicznego zabiegu Lecha Kaczyńskiego z roku 2005. Wtedy też odwołał się on do tych samych sentymentów elektoratu, chwalił osiągnięcia PRL i otrzymał wsparcie Adama Gierka, syna I sekretarza. Gra się opłaciła – Kaczyński wygrał dzięki PRL-owskiemu elektoratowi. Dzisiaj brat Lecha powtarza ten sam manewr. Po drugie, sztab Kaczyńskiego doskonale wie, jakich ma zwolenników. W dużej skali jest to były elektorat SLD. Wystarczy spojrzeć na Województwo Świętokrzyskie, w latach 90. bastion lewicy i Kwaśniewskiego, do tego stopnia, że swoje kampanie zaczynał on w Kielcach. Jak jest dzisiaj? Świętokrzyskie to twierdza Kaczyńskiego i PiS-u, dostaje tam  nawet 50 % głosów. Głosują ci sami, którzy 10 lat temu głosowali na SLD. Oni nie widzą w PiS-ie „prawicy”, oni widzą w PiS partię socjalną, obrończynię biednych i pogromcę złodziei.  

Media liberalne robią wszystko, żeby przekonać tych ludzi, że naturalnym sojusznikiem ludzi lewicy to PO. Tak, to prawda, ale tylko w odniesieniu do tzw. elit tejże lewicy, do takich ludzi jak Kwaśniewski, Kalisz, Siwiec czy Olejniczak. Ale dla ludu miasteczek i wsi już nie – dla niego to Kaczyński jest Robin Hoodem, Janosikiem, czy Edwardem Gierkiem. Ten lud, dawny elektorat SLD, nie lubi dziwactw, nie lubi głupich, nawiedzonych feministek, nie lubi „mniejszości seksualnych” i innych „zdobyczy” współczesnej lewicy. Ten elektorat jest konserwatywny i zachowawczy. SLD zdradził ten elektorat i zepchnął go w ramiona PiS. Teraz pewna jego część poszła za Napieralskim i sztab Kaczyńskiego chce go przekonać, że w II turze nie powinien głosować na kandydata PO, „liberała”, otoczonego salonowcami warszawskimi, a więc sprawcami ich niedoli. Jest pewne, że wielu z nich da się namówić i poprze Kaczyńskiego. A on sam zachowuje się niczym Henryk IV, protestant i heretyk, który zbliżając się do stolicy Francji i mając w perspektywie koronę katolickiego królestwa, wypowiedział słynne słowa: „Paryż wart jest Mszy”.

Brak komentarzy

Jun 12 2010

Czy to jeszcze Muzeum Narodowe?

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Muzeum Narodowe w Warszawie to jedna z najbardziej zasłużonych placówek kulturalnych w Polsce – ma ogromne i bezcenne zbiory, zatrudnia prawie 1000 osób, jest – jakby się wydawało – wizytówką polskiego muzealnictwa. A jednak tak wcale może nie być. Po odwołaniu z funkcji dyrektora Ferdynanda Ruszczyca, Muzeum ma nowego – prof. Piotra Piotrowskiego. Wyłanianie nowego szefa Muzeum trwało bardzo długo – tajemnicą Poliszynela jest to, że przyczyna była jedna – pan profesor kończył jakieś ważne zajęcia za granicą i dlatego konkursu do tego czasu nikt nie miał prawa wygrać. Kiedy Piotrowski już mógł – natychmiast okazał się najlepszym kandydatem.

Od tego momentu z tej szacownej placówki zaczęły napływać bardzo niepokojące wieści.  Pan profesor, mający poparcie tzw. salonu warszawskiego, w tym „Gazety Wyborczej”, nie ma wielkiego pojęcia o pracy muzeów, nie zna polskiego prawa i w ogóle nie zwraca wielkiej uwagi na procedury. A w muzealnictwie to żelazna zasada – kto je lekceważy, szybko przepada przy pierwszej kontroli. W Muzeum wisi od lat jeden z najsłynniejszych polskich obrazów – „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki. Dla ludzi „nowoczesnych” to kicz i obciach. Nic więc dziwnego, że kiedy pewne muzeum z Berlina zwróciło się do pana dyrektora z prośbą o wypożyczenie obrazu na wystawę o „kulturalnych śmieciach” – nie wahał się ani chwili i wyraził zgodę. Sęk w tym, że taka decyzja musi mieć umocowanie w opinii konserwatora, a ten nie wyraził zgody. Dyrektor musiał się wycofać, a grupa najlepszych w Polsce konserwatorów postanowiła wypowiedzieć pracę nie widząc możliwości współpracy z kimś tak niekompetentnym. Na pracowników padł zresztą blady strach – wszyscy czują, że statek pod nazwą „Muzeum Narodowe” ma nieopowiedzianego kapitana.

Pan dyrektor dokonał zresztą swoistej zemsty na obrazie Matejki. W Muzeum Narodowym odbyła się konferencja na temat obrazu „Bitwa pod Grunwaldem”, podczas której jedna z referentek z całą powagą mówiła o tym, że obraz jest przejawem „męskiego nacjonalizmu”, bowiem nie na nim namalowanej ani jednej kobiety! Jednak tęsknota za feminizmem była u artysty tak przemożna, że kobiecość ujął w rozwianych grzywach koni, w nieprzyzwoitych fałdach krzyżackich płaszczy i w… niemęskiej sylwetce księcia Witolda! Tak oto kpina ze sztuki i ze zdrowego rozsądku jest firmowana przez Muzeum Narodowe.  

To jednak – jak mówią młodzi – „mały Pikuś”. Piotr Piotrowski jest bowiem aktywistą ruchu gejowskiego i postanowił zmienić wizerunek zbyt – jego zdaniem – konserwatywnej placówki. „Nowe otwarcie” w jego wydaniu to wielka wystawa pt. „Ars Homo Erotica”. Miała być ona połączona z wielką paradą gejów i lesbijek w Warszawie w dniu 6 czerwca, w dniu beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki. Nic z tego jednak nie wyszło, ale wystawa została otwarta. Jak tłumaczy jej ideę wicedyrektor Muzeum Katarzyna Murawska-Muthesius:  „Chcielibyśmy zmienić postrzeganie Polaków za granicą – dzięki pokazaniu tej wystawy w Muzeum Narodowym mówimy innym krajom, że Polska nie jest homofoniczna”. A kurator wystawy dr Paweł Leszkowicz z pasją opowiada o ekspozycji: „Dokonałem śledztwa kuratorskiego i analizowałem tradycje homoerotyczną w historii sztuki. Pokażemy przedstawienia ze starożytności, renesansu, XIX w. czy współczesności. Jest cała sekcja poświęcona św. Sebastianowi, który od renesansu pokazywany jest jako chrześcijański Adonis, przebity strzałami, w ekstazie”.

Ciekawa jest reakcja ministerstwa kultury na protesty przeciwko wystawie.  Poseł PiS Stanisław Pięta złożył interpelację w Sejmie, w której zarzucił prof. Piotrowi Piotrowskiemu, że „ze świątyni sztuki chce uczynić wychodek”. A oto co odpowiedział pan minister Bogdan Zdrojewski: „Przygotowywana wystawa wpisuje się w projekt muzeum jako instytucji krytycznej podejmującej istotne dla życia publicznego tematy, stymulującej procesy rozwoju społecznego oraz kształtowania demokracji”. W tym zdaniu, które trudno określić inaczej jak bełkot jasne jest jedno – minister kultury nie widzi w tym przedsięwzięciu niczego zdrożnego.

Sprawa ta ma szerszy wymiar – od pewnego czasu ministerstwo kultury z uporem wyraźnie foruje tzw. sztukę współczesną, czyli de facto antysztukę robioną przez artystycznych hochsztaplerów (tak to ocenił jeden z autentycznych twórców sztuki współczesnej). To zdumiewające, ale ofiarą tego szaleństwa padły już: Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, Zachęta, a teraz Muzeum Narodowe. Ale to nie wszystko – w centrum Warszawy ma powstać ogromnym kosztem Muzeum Sztuki Współczesnej. Do tych przybytków pseudosztuki i pseudokultury strach chodzić, a mimo to ministerstwo pakuje w nie miliony. Zdumiewa tylko jedno – zmowa milczenia wokół tego skandalu, tak jakby wszyscy byli sparaliżowani i bali się zarzutu, że są zacofańcami, ksenofobami, homofobami. I dlatego „Gazeta Wyborcza” triumfalnie obwieszcza – gdyby to, co dzieje się teraz w Muzeum Narodowym stało się kilka lat temu, to dyrektor by „poleciał”. A teraz? Teraz dostaje poparcie od ministra. Zaiste wielki to „postęp”.

 

PS. Wystawę otwarto, ale w podłej atmosferze, bowiem – jak się okazuje – przeciwko panu dyrektorowi wystąpił zgodnie cały zespół pracowniczy, także ci, którzy go do niedawna popierali. I to w tym wszystkim jest optymistyczne, ale aż strach pomyśleć, co by było gdyby pan dyrektor był na swoim stanowisku zręczny i układny? A tak, to – jak wieści nawet „Gazeta Wyborcza” – daleko nie zajedzie. Nie sposób bowiem kierować placówką taką jak Muzeum Narodowe mając przeciwko sobie wszystkich.

 

Tekst przeznaczony dla „Głosu Katolickiego” w Paryżu

Brak komentarzy

Jun 01 2010

Mit czarnej skrzynki runął

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Polityczna decyzja premiera Donalda Tuska o natychmiastowej publikacji całego zapisu tzw. czarnej skrzynki Tu-154, który rozbił się 10 kwietnia po Smoleńskiem była – mimo wszystko – zaskoczeniem. Przede wszystkim zaskoczeniem dla sztabu Jarosława Kaczyńskiego. W ciągu 24 godzin od przekazania zapisów czarnej skrzynki przez Rosjan min. Jerzemu Millerowi opinia publiczna w Polsce zapoznała się z jej treścią (w części do tej pory odczytanej). Jeszcze wczoraj po południu media donosiły, że Rosjanie – owszem – przekazali zapis ze skrzynek stronie polskiej, ale zastrzegli (w podpisanym memorandum), że nie godzą się na ich publikację. Jak się okazało był to zapis czysto formalny, zgodny z tzw. konwencją chicagowską, która zabrania publikacji jakichkolwiek materiałów z dochodzenia. Niektóre media w Polsce triumfalnie pytały w porannych czołówkach gazet: „Co chcą ukryć Rosjanie?”. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Dlaczego sztab J. Kaczyńskiego i on sam nie wykazał wobec tego faktu entuzjazmu? Z dwóch powodów. Po pierwsze, postulat natychmiastowego ujawnienia zapisów z czarnej skrzynki i przekazania jej stronie polskiej – był jednym z fundamentów kampanii wyborczej. O ile sam prezes PiS tego nie tak ostro nie podnosił, to media stanowiące zaplecze jego kampanii uczyniły z tego główne narzędzie ataku na obóz Tuska i Komorowskiego. W sztabie Kaczyńskiego zakładano, że do 20 czerwca nic się w tej kwestii nie zmieni. Szybkość decyzji Tuska i ujawnienie całości zapisu – były więc zaskoczeniem. Jest i druga przyczyna – zapis przedstawiony opinii publicznej nie jest korzystny dla sączonych w mediach popierających Kaczyńskiego teorii spiskowych. Więcej – dla wielu jest on raczej dowodem na to, że główną przyczyną katastrofy był strach załogi Tu-154 przed konsekwencjami nie wylądowania na lotnisku w Smoleńsku, a konkretnie strach przed reakcją Lecha Kaczyńskiego. W ujawnionych zapisach jest to aż nadto widoczne. I mniejsza o to, że na tej podstawie nie można jeszcze jednoznacznie określić przyczyn katastrofy. Warto tylko dodać, że strona przeciwna na podstawie o wiele bardziej skromnych dowodów (czy przesłanek) wysuwała kategoryczne wnioski typu: „To był zamach” („Gazeta Polska”).
Nie podlega kwestii, że decyzja o takim trybie ujawnienia zapisów była  decyzją polityczną. Podjął ją Donald Tusk poirytowany falą spekulacji w dużej mierze wymierzonych w niego osobiście. Podjął ją chcąc wytrącić sztabowi Kaczyńskiego oręż z ręki. Ale w takim scenariuszu zainteresowana była też Moskwa, także coraz bardziej zdenerwowana regularnie pojawiającymi się zarzutami pod jej adresem (np. w telewizji publicznej). Dlatego zdecydowali się nawet na złamanie uregulowań konwencji chicagowskiej.
Co to wszystko oznacza i czym to będzie skutkować? Na pewno jest to kluczowy moment kampanii wyborczej, która do tej pory toczyła się ślamazarnie. Dzisiaj to się skończyło. Odmowa wzięcia udziału w posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez J. Kaczyńskiego, demonstracyjne wysłanie na to posiedzenie pełnomocnika (nota bene wyjątkowo źle dobranego) oraz publiczne oświadczenie szefa PiS, ze nie należy wierzyć państwu rosyjskiemu – kończą czas sielankowej kampanii. Tyle tylko, że wydarzenia te niewiele zmienią w układzie sił – zwolennicy J. Kaczyńskiego będą nadal święcie przekonani, że ujawnienie zapisów to dalszy ciąg rosyjsko-tuskowego spisku. Jednak celem Tuska wcale nie było ich przekonanie, że tak nie jest. Celem było zatrzymanie dopływu do obozu Kaczyńskiego nowych zwolenników, ograniczenie go do tych rozmiarów jaki ma teraz. Reakcja obozu Kaczyńskiego świadczy o tym, że plan Tuska ma szansę na realizację. W zastawione wnyki prezes PiS wchodzi – jak się okazuje – dosyć łatwo.

Jeden komentarz

May 25 2010

Polska Norma, czyli o naturze Gazpromu

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Ktoś powie, że jestem monotematyczny znowu poruszając temat relacji polsko-rosyjskich, ale do licha – temat ten w kółko wałkują dyżurni rusofobi, nie przepuszczając żadnej okazji i robiąc aferę z każdego (powtarzam każdego) faktu, który uznają za przejaw „wasalizacji” Polski wobec Moskwy. A ta wasalizacja – jak twierdzą – postępuję w tempie geometrycznym od 10 kwietnia 2010 roku. Wiadomo – tajny pakt Tusk-Putin zawarty 7 kwietnia.
Tym razem chodzi o umowę między Uniwersytetem Warszawskim a Gazpromem. Na stronie UW czytamy: „19 maja br. zostało podpisane trójstronne porozumienie pomiędzy UW a spółkami Gazprom Export i EuRoPol GAZ. Umowa dotyczy stworzenia pięcioletniego programu stypendialnego dla doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy prowadzą badania dotyczące stosunków polsko-rosyjskich: gospodarczych, politycznych czy kulturalnych. Stypendia będą przeznaczone dla doktorantów, którzy ukończyli przynajmniej pierwszy rok studiów. Osoby, które będą ubiegać się o dofinansowanie, będą musiały dodatkowo przedstawić szczegółowy plan pracy i opinię opiekuna naukowego oraz wykazać się znajomością języka rosyjskiego. Kandydatów do stypendiów wybierze specjalna komisja konkursowa, złożona z pracowników UW”.
O co więc chodzi? Ano wyjaśnia nam to niezawodny Łukasz Warzecha na swoim blogu Salonu24: „Żałuję, że sprawa gazpromowych stypendiów odbiła się tak słabym echem, bo wydaje się bardzo ważna i stanowi przyczynek do dyskusji i stanie państwa.
Po pierwsze – Rosjanie zaczynają się zachowywać podobnie jak Niemcy czy kiedyś Amerykanie: łowią w Polsce już oficjalnie ludzi, którzy w przyszłości mogliby bronić ich interesów, dzięki sowitym stypendiom znalazłszy się zapewne w miejscach, na których będą mogli mieć spory wpływ na polskie życie publiczne i gospodarcze.
Bo przecież nie ulega wątpliwości, że biorąc stypendium od firmy takiej jak Gazprom, zaciąga się pewne zobowiązanie. A i stypendia zapewne będą przyznawane jedynie osobom, rokującym z punktu widzenia Gazpromu odpowiednie nadzieje”.
Dalej stawia kropkę nad „i”: „Zresztą praktyka przyznawania stypendiów przez rządowe instytucje lub firmy, ściśle powiązane z innymi państwami, takie jak Gazprom, przywodzi na myśl schyłek XVII i XVIII wiek, gdy trudno było w polskim życiu publicznym znaleźć osobę, która nie byłaby zasilana przez ten lub inny zagraniczny dwór (…) Oczywiście – stypendium od prywatnej firmy zagranicznej nie jest samo w sobie niczym złym i podobnych stypendiów jest wiele. Jednak – jak powiedział słusznie Jan Filip Staniłko [z Instytutu Sobieskiego] – trzeba sobie zadać pytanie, czy Gazprom to normalna firma”. Krótko mówiąc – będzie się produkować „agentów wpływu”.
Najciekawsze w tym wywodzie jest określenie Gazpromu jako firmy „nienormalnej”, różniącej się zasadniczo od firm światowych. Nie wchodząc w spór na temat samego porozumienia UW i Gazpromu – pragnę jednak stwierdzić, że rosyjska firma wcale nie różni się od innych wielkich koncernów z branży paliwowej. Weźmy taki Chevron – amerykański potentat naftowy. W je Radzie Dyrektorów zasiadała do roku 2001 Condoleeza Rice, sekretarz stanu w administracji G. W. Busha. Tak jakoś dziwnie się złożyło, że Rice należała do najbardziej gorących zwolenniczek ataku na Irak. No i atak nastąpił. Która firma dostała najwięcej kontraktów na eksploatację ropy w Iraku? Pytanie naiwne – rzecz jasna Chevron. Czy wobec tego można powiedzieć, że jest to firma „normalna”? Tak, we współczesnym świecie jest to –niestety – norma. Tak działają praktycznie wszystkie koncerny zachodnie – francuskie, brytyjskie i amerykańskie. Mają pełne poparcie rządów i służb specjalnych. Dla osiągnięcia celu nie wahają się stosować praktycznie każdej metody, nawet wojny na skalę iracką.
Tak więc, odpowiadając na pytanie red. Warzechy – odpowiadam: Gazprom jest w realiach świata dzisiejszego firmą „normalną”, ze wszystkiego tego konsekwencjami. Wiedzą o tym na całym świecie, dlatego umowy biznesowe i nie tylko biznesowe podpisują z tymże Gazpromem wszyscy – Słowacy, Czesi, Serbowie, Chorwaci, Włosi, Grecy, Rumuni, Bułgarzy, Austriacy, Francuzi, Anglicy, Norwegowie, Szwedzi, Niemcy oraz… Amerykanie. Na koszulkach zawodników niemieckiej drużyny Bundesligi Schalke widnieje wielki napis „Gazprom”. Czyżby na boiskach biegali nie piłkarze, tylko „agenci wpływu”?
Ale dość żartów – jak ktoś chce zrobić z Polski antyrosyjski skansen, to niech to robi na własny użytek. Często wizję takiego skansenu propagują stypendyści różnych fundacji zza Oceanu. Śmiem twierdzić, że nasza pseudopolityka energetyczna lat ostatnich była robiona w interesie nie Polski, lecz tych amerykańskich koncernów, które w latach 90. miały już prawie w ręku wielkie syberyjskie złoża ropy i gazu. Wiadomo np., że dokument sprzedający Gazprom Georgowi Sorosowi był już przygotowany do podpisu (podejrzewam, że dla redaktorów Salonu 24 byłaby to wtedy firma „normalna”).
Ale dzisiaj Chevron, który przegrał walkę o Syberię, zachowuje się pragmatycznie i współpracuje z Gazpromem przy różnych przedsięwzięciach na terenie Rosji i Kazachstanu. I tak zachowywać się powinniśmy my, drodzy panowie, tak samo jak Chevron. Panowie nie zauważyli, że zmieniły się realia i dawne dyrektywy nie obowiązują? Już nie musimy kąsać po kostkach rosyjskiego niedźwiedzia, czas chyba, żeby o tym wiedzieć. Chyba że się mylę – chyba, że zza Oceanu płynie taka sugestia: my co prawda już robimy z Gazpromem i Rosją interesy, ale wy macie nadal ujadać, tak na wszelki wypadek, bo w ogóle nieźle wam to wychodzi.

PS.
Po mojej ostatniej polemice z red. Warzechą ktoś sprostował, że w latach 90. nie był on w UPR, tylko w SPR, czyli w Stronnictwie Polityki Realnej, najbardziej prorosyjskiej partii w Polsce. Któż by pomyślał. Ale odezwał się podczas internetowej dyskusji i sam red. Warzecha, kwitując mój tekst pt. „Narada rusofobów” wzruszeniem ramion i stwierdzeniem – no tak, takie poglądy to anachroniczne trzymanie się Dmowskiego. Otóż nie, Dmowski nic tu do rzeczy nie ma (choć nie uważam, żeby jego przesłanie na temat naszego stosunku do Rosji było „anachroniczne”), tu chodzi o polityczny elementarz, o to, żeby np. tzw. polska prawica nie stała się oddziałem szpitala psychiatrycznego, jeśli już nim nie jest.

Jeden komentarz

May 20 2010

Sami agenci i zdrajcy naprzeciw garstki patriotów

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Taki obraz rysuje się czytając publicystyczne „dzieła” wielu hurrapatriotycznych publicystów. Zacięcie historyczne objawia ostatnio Wojciech Reszczyński, choć jego wiedza na temat opisywanych kwestii jest raczej nikła. Ale cóż się dziwić – czerpie ją niemal wyłącznie z książek Jerzego Łojka i „twórczości” Józefa Szaniawskiego. W numerze „Naszego Dziennika” (20.05.2010) czytamy krótki kurs historii Polski od początku wieku XVIII. Teza postawiona jest jasno – Rosja jako monstrum, w kraju ich agenci i płatni zdrajcy, no i walcząca o honor i niezależność garstka patriotów. W opinii publicysty nic się po dziś dzień nie zmieniło.
Oto garść odkrywczych myśli redaktora-publicysty: „Był też w naszej historii sejm, tzw. niemy (1 lutego 1717 r.), kiedy to posłowie w kompletnym milczeniu godzili się na traktat dyktowany przez Rosję ograniczający polską armię do liczby wręcz symbolicznej. Była też w naszej historii zaprzedana Rosji polska „familia”, której przeciwstawiali się jak zwykle słabo zorganizowani i nieliczni „republikanie”, czyli patrioci. Dziś jeszcze „familią” nazywają niektórzy nasi publicyści tzw. salon III RP”. To był początek, potem było już wedle ustalonego w Petersburgu (Moskwie) scenariusza: „Mieliśmy też w historii sejm tzw. delegacyjny, który zawiesił swoje prawa i powierzył władzę wybranym prawem kaduka posłom, tzw. delegacji. Otóż w roku 1767 przywódcy opozycji patriotycznej, na czele której stał krakowski biskup Kajetan Sołtyk, zostali nagle w nocy aresztowani przez rosyjskich żołnierzy i wywiezieni do Kaługi. Było też tragiczne wydarzenie, które powtórzyło się dokładnie po 178 latach. Wtedy to podobnie postąpiono z 16 przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego, których w 1945 r. Sowieci zwabili na spotkanie pod pretekstem politycznych rozmów, po czym aresztowali ich i wywieźli do Moskwy, by postawić przed własnym sądem. Trzech z nich: ostatni dowódca AK gen. Leopold Okulicki, wicepremier Jan Stanisław Jankowski i delegat rządu RP na kraj Stanisław Jasiukowicz, zostało zamordowanych”.
Po co autorowi ten wywód? Ano po to: „Niedawno mieszkańcy Warszawy, Wrocławia, Gdańska i wielu innych miast, o czym media niespecjalnie mówiły, podczas spontanicznie zwołanych manifestacji domagali się od rządu tylko jednej rzeczy. Aby śledztwo w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem prowadziły polskie władze, a nie Rosja, która ma wpływ na wszystkie dowody, i od której zależy skuteczność prowadzenia śledztwa (…) Wydawałoby się, że domaganie się przejęcia śledztwa od Rosjan to „oczywista oczywistość”. Tak postąpiłoby każde państwo, które czuje się nie tylko wolne i suwerenne, ale rzeczywiście zdeterminowane do tego, by od początku do końca wyjaśnić dramat, jaki rozegrał się nieopodal Katynia (…)  Polski Sejm AD 2010 okazał się nie tylko niemy, ale i ślepy”.
A więc powtórka z historii – jesteśmy nadal w roku 1717! Kupieni przez Moskali posłowie, zdrajcy i agenci, jawni i wpływu. Tylko o krok od rozbioru. Niestety ten wywód przypomina mi publikacje dogmatycznych historyków-marksistów, którzy każde wydarzenie (powtarzam – każde!) wyjaśniali i tłumaczyli tylko wedle jednego szablonu. Z jeden strony był uciśniony lud, z drugiej „klasy posiadające”, oczywiście zdradzieckie i antynarodowe. Teraz mamy zamiast ludu uciśniony naród, a zamiast klas posiadających agentów Moskwy. Poza tym wszystko jest takie same – skrajny schematyzm, kompletne ignorowanie kontekstu historycznego i niewygodnych faktów. Dla marksistów historyczne prostactwo było potrzebne dla mobilizowania mas przeciwko rzeczywistości, tak samo jak dzisiaj jest to potrzebne dla „niepodległościowców”. Kto panuje nad historią, ten panuje nad teraźniejszością. To jest jasne. Zdumiewa tylko, że to wszystko uznawane jest dzisiaj za kwintesencję myśli prawicowej, co jest nieporozumieniem. Takie myślenie wywodzi się w linii prostej z jakobinizmu, XIX-wiecznego węglarstwa i masonerii, a potem lewicowej PPS, by zakończyć na anarchizującej, zainfekowanej przez KOR „Solidarności”.
Jest jeszcze jedno podobieństwo z marksistami – uwielbienie dla jednostki-symbolu tej doktryny. Tu rolę tę pełni oczywiście Józef Piłsudski. Urasta on niemal do rangi wszechmogącego giganta. Prawda historyczna ginie na ołtarzu wielkiej sprawy. Parę dni temu obchodziliśmy 75. rocznicę śmierci tego polityka. Mogliśmy się np. dowiedzieć z mediów, że w 1926 roku Piłsudski zorganizował „demonstrację zbrojną, która przekształciła się w walki z rządem”, a gdzie indziej sprecyzowano, że ta „demonstracja” nazywana była przez prawicę narodową „zamachem stanu”. Nazywana, a więc zamachem nie była. Ba, ale cóż się dziwić – jeden z „historyków” z naukowym tytułem twierdzi np., że zamachu stanu dokonał … Wincenty Witos, dając rozkaz do zaatakowania oddziałów wiernych Piłsudskiemu, co samo w sobie było oczywiście zbrodnią.
A wracając jeszcze do „historiozofii” Reszczyńskiego. W wieku XVIII „familia” (czyli Czartoryscy i Poniatowscy) bynajmniej nie była zaprzedana Rosji – ta opcja w polityce polskiej była wynikiem bardzo realistycznej oceny sytuacji, dokonanej przez najbardziej światły odłam polskiej arystokracji. A ta była taka – gwarantem integralności Rzeczypospolitej właśnie od 1717 roku była Rosja, która sprzeciwiała się pomysłom rozbioru wysuwanym przez Augusta II i Prusy (oczywiście we własnym interesie, a nie z altruizmu). Wybór był więc prosty – zrzucić protektorat rosyjski i doprowadzić do rozbioru i upadku państwa lub godzić się nań i próbować stopniowo reformować kraj. Ta polityka prawie by się powiodła, gdyby nie szaleństwa „patriotów”. Takiego zdania jest zdecydowana większość polskich historyków (Kalinka, Konopczyński, Michalski, Rostworowski, Zahorski, Zielińska), poza Łojkiem. Potem „patrioci” zrobili dwa powstania, które utopiły sprawę polską na wiek. W 1918 roku Polska powstała w wyniku wyjątkowo korzystnego splotu wydarzeń a nie czynu legionowego i geniuszu Piłsudskiego. A w 1914 roku biskup kielecki Augustyn Łosiński nie witał z entuzjazmem kompanii strzelców Piłsudskiego (a nie Legiony Piłsudskiego, jak mylnie sugeruje Reszczyński w innym tekście w „ND”) dlatego, że był zdrajcą i uległym wobec cara, lecz dlatego, że akcja strzelców stała w sprzeczności z przyjętą przez Narodową Demokrację i podzielaną przez większość Polaków w Królestwie strategią ulokowania sprawy polskiej w obozie antyniemieckim.
Tyle na dzisiaj lekcji historii, udzielonej bez większej nadziei na zmianę postawy wyznawców jedynie słusznej wykładni. Prawda jest zawsze trudniejsza do przyjęcia, bo jest zbyt mało porywająca i „nudna”. Zawsze lepiej sprzedać ją jako pasmo zdrad, spisków i zamachów. Tyle tylko, że takie trzymanie kotła pod parą jest albo jałowe i śmieszne, albo kończy się tragicznie. Całe szczęście, że żyjemy w czasach, w których w grę wchodzi tylko pierwszy wariant.

Brak komentarzy

May 14 2010

Nie przeciągajmy struny

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

W stosunkach polsko-rosyjskich powiały nowe wiatry – rusofobia stała się niemodna, nawet Jarosław Kaczyński ogłosił pojednawcze posłanie do Rosjan. Deklaracji jest sporo, ale na razie dotyczą one prawie wyłącznie kwestii historycznych, a konkretnie Katynia. I w tym widzę główne niebezpieczeństwo ponownego ugrzęźnięcia w sporach nie mających zasadniczego znaczenia. Jeśli przez następne miesiące i lata znowu na plan pierwszy będzie wysuwany Katyń, to do niczego dobrego nie dojdziemy. Owszem, padły ważne deklaracje ze strony rosyjskiej i trzeba oczekiwać od niej wypełnienia ich treścią, jednak nie można ograniczać się tylko do tego, nie można też wysuwać nowych żądań i przesuwania ich granicy na nowe pola. A tak może być – oto polscy eurodeputowani z uporem dążą do uznania przez Parlament Europejski zbrodni katyńskiej za ludobójstwo (ramię w ramię niezbyt politycznie rozważni Marek Migalski z PiS i taki sam „pistolet” z PO Sławomir Nitras). Po co? Jasno cel wyznaczył Migalski – żeby była podstawa prawna do wystąpienia do Rosji o odszkodowania.
Tymczasem nawet bardzo propolscy i wrodzy Kremlowi działacze rosyjskiego „Memoriału” uważają, że to jest droga donikąd. Jeden z nich, Aleksander Pamiatnych, pisze: „Uważam, że możliwy jest kompromis nawet w kwalifikacji prawnej tej zbrodni. Wystarczy przyjąć, że nie było to ludobójstwo (moim zdaniem, żaden obiektywny prawnik nie udowodni tutaj ludobójstwa), ale zbrodnia wojenna, też nie podlegającą przedawnieniu. Tak czy inaczej, osądzić nie ma już kogo – wszyscy zbrodniarze nie żyją” („Rosja i Katyń”, Warszawa 2010, s. 16-17). Rosyjscy działacze „Memoriału” uważają też, że dążenie do prawnej „rehabilitacji” ofiar też jest pozbawione sensu, bo to jest kategoria prawna z okresu Chruszczowa, kiedy było to konieczne, by żyjące ofiary Stalina lub ich rodziny mogły normalnie egzystować. Dzisiaj taka „rehabilitacja” nikomu nie jest potrzebna. Warto się tym opiniom przysłuchać, tymczasem wielu u nas ma nadal pokusę grania Katyniem, używaniem go do celów bieżącej polityki. To obrzydliwe zjawisko, mimo tylu nauczek, nadal w Polsce  występuje.
Polska jako kraj musi szybko określić pola współpracy z Rosją, gospodarczej, politycznej i kulturalnej. Polska musi też ostatecznie odłożyć ad acta dotychczasową politykę wschodnią, bo ona po prostu zbankrutowała, i to doszczętnie. Nikt nie chce tego głośno powiedzieć, choć wszyscy o tym dobrze wiedzą. W stosunkach z Rosją potrzebny jest odważny krok naprzód, np. w kwestii wspólnych przedsięwzięć w energetyce (tymczasem eurodeputowany z PO Bogusław Sonik z jakimś perwersyjnym uporem przygotowuje kolejny projekt uchwały Parlamentu Europejskiego przeciwko Gazociągowi Północnemu, który jest już w budowie!) . To pilne, bo to my bardziej straciliśmy więcej na „zimnej wojnie” z Rosją niż ona. I to nam powinno bardziej zależeć na zmianie tej sytuacji.

Brak komentarzy

Apr 18 2010

Modlitwa przed kościołem mariackim

Opublikował: engelgard w kategoriach Uncategorized

Pogrzeb Lecha Kaczyńskiego w Krakowie zgromadził prawie wyłącznie przywódców państw Europy Wschodniej – Rosji, Ukrainy, Estonii, Litwy, Czech, Słowacji… Jedynym dużym państwem Zachodu obecnym na pogrzebie były Niemcy. Los tak sprawił, że symbolika tego wydarzenia jest jakże widoczna. I to także, że najważniejszym gościem z zagranicy był prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew. Nie Obama, Browne, Sarkozy czy Berlusconi, ale Miedwiediew. Jedni uznali to za przypadek, inni za znak, że tak naprawdę tę uroczystość żałobną obchodziliśmy „wśród swoich”. Znowu pojawiały się głosy o „słowiańskim braterstwie” o „bratnich narodach”, o pojednaniu.
Uwagę zwraca silny głos Kościoła, nawołującego od paru tygodni do dokonania przełomu w relacjach polsko-rosyjskich. Z tego punktu widzenia głos kard. Stanisława Dziwisza brzmiał najdobitniej: „Siedemdziesiąt lat temu Katyń oddalił dwa narody, a ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało zabliźnić się bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra tkwiących w osobach i narodach.. Współczucie i pomoc, jakiej doświadczyliśmy w tych dniach od braci Rosjan, ożywia nadzieje na zbliżenie i pojednanie naszych dwóch słowiańskich narodów. Te słowa kieruję do Pana Prezydenta Rosji. Oto zadanie dla naszego pokolenia. Podejmijmy je wielkodusznie! Prosił o to również zmarły Prezydent w przemówieniu, którego już nie wygłosił w Katyniu. Powiedział: „drogą, która zbliża nasze narody, powinniśmy iść dalej, nie zatrzymując się na niej ani nie cofając”.
Dlaczego Kościół tak to podkreśla? Przede  wszystkim dlatego, że taka była wielka wizja Jana Pawła II, który zawsze marzył o Europie dwóch płuc – katolickim i prawosławnym, zachodnim i wschodnim. Przed 1989 rokiem mówił, że podział ten, na Zachód i Wschód, jest sztuczny i wymuszony. Po 1989 roku zabiegał o jedność Europy także w wymiarze duchowym – i co bardzo ważne, a takiej zjednoczonej Europie widział Rosję. Dzisiaj Kościół uznał, że tragedia pod Smoleńskiem jest dramatycznym znakiem wskazującym na to, że czas na porzucenie błędnych teorii, nienawistnych odruchów, tworzenia nowych linii podziału. Kościół nie wskazuje kto jest temu winien – ważniejsze jest to, czy ten wstrząs (po obu stronach barykady) będzie owocował dobrem, będzie początkiem budowy czegoś nowego, wyczekiwanego i pożądanego.
Warto w tym miejscu przytoczyć znamienną wypowiedź sen. Piotra Andrzejewskiego („Nasz Dziennik”, 13.04.2010); „Myślę, że przyszedł czas, by powrócić do zasadniczych postaw. Przypomnę tu jeszcze jedną, ważną kwestię płynącą z Tajemnicy Fatimskiej – odrodzenie chrześcijaństwa ma przyjść ze Wschodu. Dzisiaj sprzęgły się bardzo istotne elementy, które pokazują drogę. Pierwszy raz od dawna święto Zmartwychwstania Pańskiego obchodziliśmy razem z Kościołem Prawosławnym. Nie chcę tu stawiać kropki nad “i”, ale temu wydarzeniu powinna towarzyszyć głęboka refleksja, byśmy nie zmarnowali tej ofiary, tego, co ze świata materii przechodzi do świata ducha, oraz tego, co z powrotem z ducha powinno przejść do świata materii”. Bardzo ważny głos, choć na tych łamach ginący w zgiełku opinii nieodpowiedzialnych, emocjonalnych, idących wbrew wskazaniom Kościoła. 
Widok modlącego się prezydenta Rosji przed kościołem mariackim w Krakowie, jeszcze kilka lat temu był trudny do wyobrażenia. To jednak dzieje się na naszych oczach. To widziały miliony Polaków, i miliony to doceniły. To także, że Lecha Kaczyńskiego, którego polityka inspirowana była zgoła innymi koncepcjami – żegnał jako najważniejszy gość zagraniczny właśnie prezydent Rosji.

Brak komentarzy

« Prev - Next »